Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 marca 2021

"Nowy wspaniały świat" Aldous Huxley

Nowy wspaniały świat" to porywająca historia o świecie idealnym, w którym życie jednostki definiowane jest już w momencie narodzin, a każdy przejaw oryginalności może przynieść kłopoty.

Aldous Huxley w napisanej w 1932 roku powieści kreuje utopijny obraz ogólnego porządku i zorganizowania. Podział na kasty, masowa produkcja (tak, produkcja w fabryce) dzieci i ich silne warunkowanie od najmłodszych lat, skupienie na przyjemnościach i komunistycznej idei, że wszystko jest "nasze" - oto tytułowy Nowy wspaniały świat.

niedziela, 4 sierpnia 2019

"Więcej niż pocałunek" - Helen Hoang

Więcej niż pocałunek (The Kiss Quotient) było swego czasu bardzo głośno, wiele osób zachwycało się tą powieścią. Duża ilość pozytywnych głosów sprawiła, że - mimo początkowego braku zainteresowania - postanowiłam sięgnąć po tę historię, by zapoznać się z jej fenomenem. Natomiast po zakończeniu lektury byłam rozdarta i niepewna własnych uczuć - dlatego też tę recenzję piszę ponad tydzień po zamknięciu tomu, z pewnego dystansu.

Stella poświeciła życie swojej pasji i pracy - ekonometrii. Dzięki danym i pracującym na nich algorytmom, jest w stanie skutecznie proponować klientom towary, których zakupem mogą być zainteresowani. Kobieta odnosi kolejne sukcesy na polu zawodowym, ale prywatnie wciąż pozostaje sama - budowanie relacji i pozostawanie w związku ją przerażają. Stella postanawia trochę się podszkolić w szeroko pojętej sztuce randkowania. W tym celu wynajmuje żigolaka, pana do towarzystwa, o imieniu Michael. Czy uroczy mężczyzna pomoże jej pokonać problemy i nauczy ją, jak "dobrze" randkować?

czwartek, 13 grudnia 2018

"Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania" - Katarzyna Bonda

Katarzyna Bonda do ceniona autorka kryminałów. Wychodząc naprzeciw rosnącemu zainteresowaniu pisarstwem, wydała poradnik dla początkujących autorów - Maszynę do pisania. Książkę, która ze względu na tematykę wzbudziła we mnie spore zainteresowanie, a jej wykonanie... przeczytajcie poniżej :)

Konstrukcja książki to nie tylko pomysł na historię. Każdy autor musi odpowiedzieć sobie na wiele pytań, choćby o charaktery postaci czy drogę, jaką muszą pokonać bohaterowie, by dotrzeć do celu. Jednocześnie każdy próbuje przełamywać schematy, być oryginalny i niepowtarzalny. (Jako czytelnicy doskonale wiemy, że obecnie coraz więcej książek dotyka tych samych tematów - ale nie o tym ta recenzja.) Katarzyna Bonda na łamach Maszyny do pisania wprowadza odbiorcę w świat pisarstwa. Krok po kroku prowadzi przez konstrukcję opowieści, bohaterów, świata przedstawionego i fabuły, wybór narratora, tworzenie dialogów (niby banał, ale naturalność w tej materii jest nieraz ciężka do osiągnięcia), a wreszcie przez redakcję i przygotowanie gotowego utworu do wysyłki.

Maszyna do pisania na pozór jest pełna truizmów i banałów, które niejeden Czytelnik wyśmieje i uzna za niewarte marnowania papieru i swojego cennego czasu. Faktycznie, autorka nie odkrywa Ameryki, ale stara się zachęcić odbiorcę do pisania, szukania inspiracji wokół siebie i nie poddawania się mimo przeciwności oraz blokad twórczych. Osobiście najwyżej oceniam dział poświęcony kreacji bohaterów. Szczególnie złożoną z czterdziestu dwóch punktów charakterystykę postaci, dzięki której żadna sytuacja - czy zaplanowana, czy spontaniczna, będąca efektem "życia" kreowanego bohatera - nie postawi początkującego pisarza pod ścianą z pytaniem "A on właściwie boi się pająków czy nie?" (przykład śmieszny, ale zwracający uwagę na detale).
Poradnik pani Bondy zawiera różne ćwiczenia uruchamiające wyobraźnię i kreatywność (np. przepisywanie jakiejś opowieści od pewnego momentu zwrotnego - czyli poniekąd moje Co by było, gdyby...?) oraz liczne listy wypunktowane, które czynią książkę bardziej "poradnikową". Każdy dział książki kończy podsumowanie - zlepek najważniejszych myśli na dany temat. Na kartach znajdziemy sporo odwołań do najróżniejszych utworów literackich - tych klasycznych i nieco nowszych, polskich i zagranicznych - które dobrze demonstrują to, o czym autorka pisze.

Maszyna do pisania pełna jest cennych wskazówek, ale jednocześnie przegadana. Gdyby wyrzucić z książki nic nie wnoszące (albo powtarzające myśli) linijki - a nieraz całe akapity - objętość znacznie by się zmniejszyła. Za pewien mankament uznaję także porady związane z konstrukcją fabuły. Katarzyna Bonda przedstawiła nam schematy, które występują w każdej opowieści od tysięcy lat, a tym samym - przynajmniej według mnie - zasugerowała, by się ich świadomie trzymać. Być może źle zinterpretowałam tę część Maszyny do pisania, ale moim zdaniem kreacja fabuł powinna być rzeczą indywidualną, nie znającą szablonu. Tworzona przeze mnie powieść (póki co obmyślana, szkicowana) zupełnie nie wpasowuje się w zaprezentowane w poradniku ramy - i mam wątpliwości, czy to zaleta, czy raczej wada mojej koncepcji...?

Maszyna do pisania to książka dobra dla grafomanów, którzy chcą (w końcu) napisać kompletną, przemyślaną książkę i, przy odrobinie szczęścia, ją wydać. Katarzyna Bonda udziela wskazówek, pomaga w tworzeniu bohatera, wyborze narracji i gatunku literackiego oraz motywuje do działania. Jeśli - tak jak ja - marzycie o publikacji swojej powieści oraz zdobyciu rzesz fanów, zapoznajcie się z poradnikiem pani Bondy, ale pamiętajcie, że to tylko poradnik. Bez Waszego zaangażowania, przełamywania schematów i mnóstwa samozaparcia Wasza książka pozostanie w sferze marzeń.
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: początkującym pisarzom

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Muza
http://www.muza.com.pl

Tytuł: Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania
Autor: Katarzyna Bonda
Wydawnictwo: Muza SA
Data wydania: 4 lutego 2015 r.
Ilość stron: 319

środa, 11 listopada 2015

"Stigmata" - Beatrix Gurian

Beatrix Gurian to niemiecka pisarka tworząca dla młodzieży i dorosłych. Ma na koncie już kilka powieści, ale Stigmata to jej debiut na polskim rynku. Liczę, że doczekamy się jej kolejnych utworów, bo - jeśli są choć trochę podobne do recenzowanej dziś powieści - naprawdę warto się z nimi zapoznać.

Siedemnastoletnia Emma nie może pogodzić się ze śmiercią matki, żałuje, że traktowała ją oschle i właściwie jej nie poznała. Ciała kobiety, która miała wjechać do jeziora, nie odnaleziono. Po kilku tygodniach od tragedii do Emmy dociera dziwna przesyłka: album na zdjęcia (które zostały przez kogoś wyrwane) z dopiskiem "Jeśli chcesz wiedzieć, kim są mordercy twojej matki, zgłosisz się" oraz ulotka obozu dla młodzieży. Zaintrygowana dziewczyna zgłasza chęć udziału w Transnational Youth Fundation i trafia do tajemniczego zamku, gdzie poznaje innych obozowiczów - Toma, Philippa i Sophię - oraz opiekunów - Nicolettę, Sebastiana i Beckera. Co obóz ma wspólnego z zabójcami jej matki?

Stigmata wciągnęła mnie niemal od pierwszej strony. Pomijając absurdalność tego, że nikt nie zainteresował się osieroconą, mieszkającą samotnie nieletnią (a może w Niemczech siedemnastolatka to już osoba dorosła?), reszta fabuły trzyma poziom. Czytelnik wraz z Emmą odkrywa tajemnice zamku, w którym organizowany jest obóz, i próbuje znaleźć odpowiedzi na kolejne pytania (których przez znakomitą większość utworu jest znacznie więcej niż odpowiedzi): Dlaczego ktoś miałby zabić matkę bohaterki? Dlaczego Emma została skierowana akurat tutaj? Czy mordercy (w liczbie mnogiej) są wśród uczestników TYF? Czy dziwne wydarzenia, które otaczają Emmę, to skomplikowana intryga, wytwór jej wyobraźni czy coś pomiędzy? Autorka podsuwa mało znaczące wskazówki, rzuca kolejne kłody pod nogi, intryguje coraz bardziej... I nagle przychodzi koniec utworu - który mnie osobiście nie zachwycił, ale w sumie pasuje do całości.

W Stigmacie, obok historii Emmy, prowadzony jest wątek Agnes - sieroty wychowywanej w szkółce prowadzonej przez siostry zakonne. Tutaj autorka kładzie nacisk na sposób, w jaki dziewczyna - mocno wierząca, odważna - jest traktowana przez osoby, które oddały się Bogu. Temat dla niektórych drażliwy, dla innych mniej, ale na pewno wzbogacający powieść o kilka dodatkowych tropów i wskazówek.

Im głębiej brnęłam w tę powieść, tym wyraźniej dostrzegałam podobieństwo Stigmaty i wydanego niedawno, również nakładem wydawnictwa Muza, Serca ze szkła. W obydwu utworach nastolatka trafia do nieznanego świata, w którym ktoś lub coś próbuje przekonać ją, że oszalała, że jej życie jest zagrożone, a ludziom wokół nie można ufać. Może to taki niemiecki trend w literaturze młodzieżowej?

Stigmata zwraca uwagę piękną, tajemniczą okładką ze srebrnymi elementami. W środku, oprócz wciągającej treści, umieszczono fotografie z albumu, które Emma znajduje w najróżniejszych miejscach (prawie jak w jakiejś grze przygodowej!). Wydanie cechuje raczej duża czcionka i podobna interlinia, dzięki czemu - a także porywającej fabule! - kolejne strony przewraca się w tempie ekspresowym.

Stigmata pozytywnie mnie zaskoczyła - może nie powaliła na kolana, ale zapewniła blisko 4 godziny dobrej zabawy. To powieść wciągająca, z szybko płynącą akcją, mrocznymi tajemnicami i bez zbędnego wątku romantycznego. Czyta się błyskawicznie. Jeśli macie ochotę na udział w obozie strachów, zachęcam Was do lektury Stigmaty.
Ocena końcowa: 5-/6
Polecam: fanom powieści z dreszczykiem i tajemnicami

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muza


Tytuł: Stigmata (org. Stigmata. Nichts bleibt verborgen)
Autor: Beatrix Gurian
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 21 października 2015 r. (premiera: maj 2014 r.)
Ilość stron: 382
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Kryminał/thriller

środa, 7 października 2015

"Serce ze szkła" - Kathrin Lange

Z niemiecką literaturą młodzieżową miałam dotychczas kontakt tylko za pośrednictwem Kerstin Gier i jej Trylogii Czasu. Dzięki wydawnictwu Muza w moje ręce wpadł pierwszy tom nowej młodzieżówki pióra Kathrin Lange, mianowicie Serce ze szkła z trylogii pod tym samym tytułem.

W ostatnich dniach grudnia siedemnastoletnia Juli (czy raczej Julianne) zostaje poproszona o towarzyszenie ojcu-pisarzowi w wyjeździe na wyspę bogaczy - Martha's Vineyard - do posiadłości jego wydawcy (która notabene nosi nazwę Sorrow, czyli Smutek). Dziewczyna ma być wsparciem dla syna gospodarza, dziewiętnastoletniego Davida, który sześć tygodni wcześniej stracił narzeczoną i od tamtej pory zachowuje się niepokojąco. Na miejscu okazuje się, że stan Davida jest nieco cięższy, niż Juli przewidywała, a dodatkowo na wyspie ciąży klątwa. Ponoć nikt nie może się tu szczęśliwie zakochać.

Początek Serca ze szkła (konkretnie pretekst, pod jakim Juli i Bob Wagnerowie mają wyjechać na Martha's Vineyard) uznaję za zupełnie absurdalny. W tę powieść długo nie mogłam się wciągnąć. Być może dlatego, że pierwsze rozdziały (no dobrze, jakaś połowa książki) przypominały mi Zmierzch, w którym nieco nieogarnięta główna bohaterka próbuje się zbliżyć do chłopaka, któremu wyraźnie na bliższej znajomości nie zależy. Mniej więcej w połowie powieści zarysował się wątek horroru: jakieś szepty, duchy, znikające i pojawiające się książki, omamy wzrokowe... Wprawdzie element młodzieżowo-romantyczny pozostał, ale został urozmaicony i uczyniony strawniejszym. Stety-niestety, ta druga, ciekawsza część powieści kojarzyła mi się z Pretty Little Liars. Kto zna książkowego tasiem ą sagę o poszukiwaniach A. (serial pewnie też się nada, ale nie wiem - nie oglądałam), może bezpiecznie założyć, czego się spodziewać.

Nie udało mi się polubić bohaterów Serca ze szkła. Juli jestem w stanie zaakceptować, ponieważ zachowuje się możliwie logicznie i spójnie (moja niechęć wynika z tego, że nie lubię takiego typu ludzi). Natomiast David... oczywiście się nie uśmiecha, burczy zamiast mówić, nie sypia po nocach, ma liczne tajemnice, dostaje białej gorączki na widok czegokolwiek, co kojarzy mu się ze zmarłą narzeczoną i, obowiązkowo, nienawidzi głównej bohaterki. Tyle że ją śledzi, czasami ją odpycha, czasami znów się otwiera, pojawia się w tych momentach, gdy jest najbardziej potrzebny. Wspominałam, że ma na sumieniu kilka sekretów?
Jak to często bywa w młodzieżówkach, bohaterów obdarzono dysfunkcyjnymi rodzicami - czy raczej ojcami, bo obydwie matki są z jakiegoś powodu wykluczone z ich żyć. Z tego powodu protagoniści muszą sami uporać się ze swoimi problemami. Jakież to typowe.

Tym, co wyróżnia Serce ze szkła, są piękna okładka (to już na pierwszy rzut oka) oraz poetycko-starodawny styl pisania. David - pomijając jego emo-zachowanie - jest jak dżentelmen wyjęty z wiktoriańskiej Anglii (takie połączenie Willa i Jema z Piekielnych maszyn, drogie Panie - tyle że niekoniecznie ich najlepszych cech), a narracja prowadzona przez Juli jest pełna romantycznych, barwnych porównań, w których często pojawia się tytułowe "szklane serce". W sumie to mi się podobało - we współczesnych młodzieżówkach raczej się tego nie spotyka.

Czy zatem Serce ze szkła mi się podobało? Pomimo ciężkiego początku - tak, chociaż nie BARDZO. Lektura upłynęła mi szybko i przyjemnie, choć sztampowość pierwszych kilkuset stron mi nie pasowała. Nie wiem, czy powieść zostanie w mojej pamięci na dłużej, ale na pewno sięgnę po kontynuację. Sądzę, że to dobra propozycja literacka na kilka odprężających popołudni. Że nie wspomnę o przyjemności, jaką daje patrzenie na tę wspaniałą okładkę ;)
Ocena końcowa:
Polecam: fanom powieści młodzieżowych pokroju Zmierzchu i/lub Pretty Little Liars.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Muza
http://muza.com.pl



Tytuł: Serce ze szkła (org. Herz aus Glas)
Autor: Kathrin Lange
Seria: Serce ze szkła #1
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 23 września 2015 r. (premiera: styczeń 2014 r.)
Ilość stron: 447
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książką, po którą sięgniesz jedynie ze względu na jej okładkę

środa, 9 września 2015

[w dniu premiery] "Tease" - Amanda Maciel

Autorka Tease, Amanda Maciel, to debiutanka. Opowieść, którą przeczytałam i dziś chcę Wam zaprezentować, to historia poruszająca, prawdopodobna, ponoć oparta na prawdziwych wydarzeniach. O takich rzeczach ciężko się słucha, a jak musi się czuć ktoś, kto przeżył podobną sytuację (albo i nie!).

Siedemnastoletnia Sara Wharton oraz grupka jej znajomych ma trafić przed oblicze sądu. Stawia się im zarzut doprowadzenia do śmierci koleżanki z klasy, niejakiej Emmy Putnam. Dziewczyna niedawno przeniosła się z innej szkoły i od razu stała się obiektem docinek. Koniec końców popełniła samobójstwo, a wina za to spadła właśnie na nich. Jak Sara ma udowodnić, że nie chciała, że Emma sama się o to prosiła?

Tease porusza niełatwy temat licealnego gnębienia. Emma właściwie od pierwszego dnia zwraca uwagę Sary i jej przyjaciółki Brienne - jest ładna, ma piękne rude włosy, potrafi zachwycić, ale przede wszystkim zaczyna odbijać chłopaków innym dziewczynom. Opatrzona etykietą "dziwki" Emma zostaje skazana na ostracyzm, nikt nie chce się z nią zadawać, a każdy, kto się na to odważy, również staje się obiektem docinków. Autorka bardzo dobitnie i realistycznie oddała klimat szkolnego gnębienia.
Tease przeplatają się rozdziały "przeszłe" - z okresu styczeń-marzec - oraz "teraźniejsze" - lipiec-listopad. O ile przeszłość wypełniona jest przykrymi rzeczami, które spotykały Emmę, o tyle teraźniejszość skupia się na Sarze, jej przygotowaniach do procesu oraz relacjach z rówieśnikami, byłym chłopakiem i rodziną. Autorka znów ukazała społeczny ostracyzm, którego ofiarą padła nasza bohaterka: kiedyś popularna, lubiana i wspierana w gnębieniu Emmy, teraz sama jest ofiarą nieprzychylnych spojrzeń. Gdyby porównać historie tych dwóch dziewczyn - Emmy i Sary - okazuje się, że mają wiele elementów wspólnych. Podczas lektury kilka razy nasuwało mi się pytanie: "Czy Sara skończy jak Emma?"

Tease nie powala na kolana ilością sympatycznych bohaterów. Tutaj każdy ma swoje brudne sekreciki, mroczną stronę, więcej wad niż zalet. Emma - początkowo kreowana na bezbronną ofiarę - okazuje się nieco bardziej charakterna i mniej kryształowa. Sara - przedstawiana jako bezwzględna suka, która butnie nie chce się do niczego przyznać - nie jest taka zła, w głębi duszy żałuje tego, jak traktowały Emmę, nie chciała brać w tym udziału. Podobał mi się sposób przedstawienia rodziny Whartonów; nakreślono ich tak realistycznie, jakby byli odbiciami prawdziwych ludzi: beztroski mały brat, coraz bardziej stroskany średni brat, zdenerwowana, ale wspierająca matka, wkurzony na cały świat ojciec. No i Brielle - istna tykająca bomba, zmienna jak chorągiewka na wietrze, bezwzględna, nie uznająca półśrodków, wykorzystująca każdą okazję, by dopiec swoim nieprzyjaciołom. I choć nie są głównymi bohaterami powieści, na pewno odgrywają w niej istotną rolę.

Tease dobitnie przedstawiono problem szkolnej nienawiści. Osobiście nie padłam nigdy ofiarą aż takiego gnębienia i nie sądzę, by któryś z moich znajomych miał z nim styczność. Co nie zmienia faktu, że w szkołach - ale nie tylko - najczęściej staramy się nie dostrzegać problemu. O ile łatwiej jest udawać ślepego i głuchego, nie wychylać się, nie stawać w obronie napastowanego kolegi. O ile łatwiej siedzieć cicho albo dorzucić swoją cegiełkę hejtu, niż narażać się na podobne dramaty. Nie będę Was z tego miejsca nawoływać do zmiany, do pchania się przed szereg, do obrony czci gnębionej osoby własnymi pięściami. Niemniej chciałabym zaapelować: starajcie się nie brać udziału w tego typu nagonkach. Nie musicie z nimi walczyć, ale nie przykładajcie do nich ręki.

Tease, mimo humorystycznych elementów, to utwór smutny i skłaniający do refleksji, zwracający uwagę na problem szkolnego gnębienia. Początkowo ciężko było mi przywyknąć do takiego stylu narracji, ale po kilkunastu stronach wciągnęłam się na tyle, by nie móc odłożyć tomu. Chętnie zapoznałabym się z tą powieści spisaną z perspektywy Emmy - ofiary prześladowania. Jeśli nie przeszkadza Wam brak magii, fantastyki i przystojnych panów otaczających bohaterkę, a także poważna tematyka utworu, serdecznie Was zachęcam do lektury.
Ocena końcowa: 4+/6
Polecam: fanom pozbawionego magii young adult

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Muza


Tytuł: Tease
Autor: Amanda Maciel
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 9 września 2015 r. (premiera: kwiecień 2014 r.)
Ilość stron: 335
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, której akcja rozgrywa się w liceum

środa, 1 lipca 2015

"Tango dla oprawcy" - Daniel Chavarria

Jeśli pamięć mnie nie myli, nie miałam dotychczas okazji czytać powieści urugwajskich pisarzy. Tango dla oprawcy pióra Daniela Chavarrii uznaję za naprawdę godny polecenia utwór z Ameryki Południowej.

Kiedy pięćdziesięcioletni Aldo Bianchi przedstawia swoim znajomym niedawno poznaną kubańską kurewkę Bini i oznajmia, że zamierza się z nią żenić, wszyscy stukają się w głowy. Bogatemu, statecznemu starcowi nie wypada zadawać się z tego typu kobietami - a tym bardziej się w nich zakochiwać. Niebawem dochodzi do nieszczęśliwego wypadku, w którym ginie rowerzysta. Podejrzenie pada na Argentyńczyka Alberto Riosa, dowody zdają się jednoznaczne, ale mężczyzna twierdzi, że jest niewinny. Co łączy dwóch mężczyzn i panienkę lekkich obyczajów? Czy Alberto naprawdę nie zabił?

Tango dla oprawcy to nie kryminał: szukanie dowodów zbrodni i podejrzanych to bardzo epizodyczny wątek. Powieść koncentruje się na powiązaniach pomiędzy wspominaną wyżej trójką bohaterów oraz tym, co doprowadziło do śmierci rowerzysty. Autor kilkakrotnie zaskakuje czytelnika, powoli ujawniając wydarzenia z przeszłości swoich postaci. Na kartach Tanga dla oprawcy panuje niemały chaos, kolejne rozdziały przenoszą odbiorcę w czasie i przestrzeni, nieraz zasypują wieloma imionami i faktami, ale składając wszystkie wskazówki "do kupy", otrzymuje się spójny - oraz zaskakujący - obraz sytuacji.
Warto zaznaczyć, że w Tangu dla oprawcy wspomina się o wielu paskudnych rzeczach. Nie ma tu szczegółowych opisów seksu (jak w Pięćdziesięciu twarzach Greya czy Collide), tortur czy trupów, jednak niesamowicie plastyczne opisy pomagają w wyobrażeniu ich sobie. Tutaj nie ma tematów tabu: jest brutalny, bardzo realistyczny obraz kubańskiej rzeczywistości początku XXI wieku.

(...)dotrzymując danych dziecku obietnic, otaczając je miłością i opieką, niewłaściwie ustawia się je na życiowych torach i karmi fałszywymi obrazami rzeczywistości. Aby uodpornić dziecko na drani, jakich przyjdzie mu w życiu spotkać, należy od najmłodszych lat wzmagać w nim nieufność. [str. 270]

Tangu dla oprawcy ogromnie ważną rolę odgrywają bohaterowie. Im dłużej czytałam tę powieść, tym lepiej ich poznawałam i mogę stwierdzić, że ostateczny obraz diametralnie różnił się od pierwszego wrażenia. Ci, których początkowo darzyłam sympatią, okazywali się szumowinami, a ci źli zmieniali się w dobrych. Nie mam zamiaru pisać nic więcej, bo odebrałabym Wam niezaprzeczalną przyjemność z odkrywania tajemnic tej powieści.

Tango dla oprawcy zwraca uwagę staromodną okładką. Spójrzcie na załączony powyżej obrazek i porównajcie ze współczesnymi książkami. W porównaniu z nimi wygląda jak średniowieczy relikt, a przez to staje się wyjątkowa. Sposób pisania także odbiega od współczesnych literackich standardów: nie przypomina ani powieści młodzieżowych, ani kryminałów, ani powieści obyczajowych, ani nawet polskiej klasyki. Znajdziecie tu długie, wielokrotnie złożone zdania (najdłuższe ciągnęło się przez dwie strony!) oraz ciekawy sposób prowadzenia narracji. (Pod pewnymi względami kojarzył mi się z prozą Lucy Maud Montgomery.) Dla mnie - bomba sprawa!
Aha, starajcie się nie czytać opisu z tyłu książki. Niestety, zdradza za dużo fabuły.

Tango dla oprawcy to niesamowita podróż w gorący kubański klimat, która jednak niesie za sobą ponurą i okrutną prawdę. To także opowieść o dwóch geniuszach zła - czy może zła i "zła" - spisana w zupełnie innym, niespotykanym dzisiaj stylu. Jak dla mnie, absolutny must read. Polecam!
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: szukającym czegoś innego, świeżego

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muza

Tytuł:Tango dla oprawcy (org. Il rosso del pappagallo)
Autor: Daniel Chavarria
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 17 czerwca 2015 r. (premiera: 2000 r.)
Ilość stron: 493
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Klucznik na lipiec - Tyłem, bokiem lub z profilu; Kryminał/Thriller/Horror pisany męską ręką

środa, 10 czerwca 2015

"Pierwsze damy Francji" - Robert Schneider

Austriacki pisarz zajmujący się francuskimi pierwszymi damami - koncepcja interesująca i nieco niepokojąca, ale odłóżmy na bok uprzedzenia. Tym bardziej, że "urzędujące" we Francji panie prezydentowe to dobre kandydatki na powieści sensacyjno-polityczne, a Robert Schneider oddał to naprawdę przyzwoicie. Ale po kolei.

Pierwsze damy Francji to zbiór biografii ośmiu kobiet żyjących u boku francuskich prezydentów: począwszy od Yvonne de Gaulle, pierwszej damy po II wojnie światowej, poprzez Claude Pompidou, Anne-Aymone Giscard d’Estaing, Bernadette Chirac, Danielle Mitterrand, Cécilię Sarkozy, Carlę Bruni-Sarkozy, aż do najbardziej współczesnej (a przecież już byłej) pani w Pałacu Elizejskim, czyli Valérie Trierweiler. Utwór przedstawia je nie tylko za czasów "panowania", ale także przed oraz po nim. Co ciekawe, według znakomitej większości bohaterek Pierwszych dam Francji bycie żoną prezydenta i mieszkanie w prezydenckiej siedzibie było jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogły sobie wyobrazić (i do tego je spotkały!). Jesteście zdziwieni? Ja byłam.
Jakie są przyczyny takiej opinii? Po lekturze Pierwszych dam Francji ośmielę się wysnuć wniosek, iż często chodziło o politykę. Kobiety pełniły funkcję reprezentatywną, towarzyszyły małżonkom podczas oficjalnych wyjazdów, ale nieuchronnie oddalały się od mężów i nie miały prawa wyrażania - czy nawet posiadania - własnej opinii. Oczywiście nie umykało to uwadze dziennikarzy, którzy ochoczo krytykowali każdą z pierwszych dam, niezależnie od jej charakteru: była uległa - źle; ośmielała się wyrazić sprzeciw wobec opinii męża - też niedobrze; publicznie głosiła własne poglądy - absolutnie najgorzej! Wielu kobietom nie odpowiadał także klimat Pałacu Elizejskiego, ale to nie przeszkadzało im we wprowadzaniu w nim zmian. Autor nie pominął nawet tak błahego elementu jak wielokrotna "redekoracja" wnętrz siedziby prezydenckiej - zwykle z powrotem na poprzedzającą tą obecną (w pierwszej klasie liceum uczyłam się nazwy takiego procesu, ale teraz już jej nie pamiętam).

Z niejakim zdziwieniem stwierdziłam, że pierwsze trzy prezydentowe - o czym wspominałam w Obecnie się czyta - były bardzo do siebie podobne, choć zapewne wynikało to z czasów, w których przyszło im żyć. Te pierwsze małżonki charakteryzowały pokora wobec męża, niesamowita wręcz skromność oraz chęć niesienia pomocy uciskanym. Im bliżej czasów współczesnych, tym bardziej niezależne się stawały, tym większą "realną" władzę chciały sprawować. Niemniej właściwie każda pierwsza dama parała się działalnością dobroczynną, angażowała się w pomoc ubogim / niepełnosprawnym / maltretowanym dzieciom / itp., a tym samym zwracała na siebie jakąś uwagę. To mnie urzekło: zyskiwanie sławy dzięki dobrym uczynkom, a nie skandalom czy romansom. Swoją drogą - i nie jest to bardzo odległa dygresja, ponieważ kwestia zdrad i małżeńskich niesnasek pojawia się w Pierwszych damach Francji - uważam, że prezydent to nie byle człowiek, że powinien dawać dobry przykład obywatelom, a tym samym powstrzymywać się od skoków w bok czy głośnych rozstań z partnerką, przynajmniej na czas sprawowania swojej fukncji. Taak tylko piszę...

Pewnym mankamentem recenzowanej książki był chaos. Podział na osiem rozdziałów, z których każdy dedykowany był innej prezydentowej, okazał się dobrym pomysłem, ale treść pozostawała nieuporządkowana. Nieustanne przeskoki w czasie, dygresje i sporo przeróżnych nazwisk co nieco uprzykrzały czytanie. Mieszanie uczucia żywię do licznych przypisów: w Pierwszych damach Francji jest niewiele stron, na których nie ma choć jednego dolnego przypisu zawierającego źródło cytatu (najczęściej biografie pierwszych dam lub prezydentów) czy jakąś uwagę. Początkowo zwracałam na nie uwagę, ale po kilku kartkach stwierdziłam, że nie ma to sensu i zaczęłam czytać tylko te dłuższe.
Jestem natomiast zachwycona estetyką polskiego wydania. Twarda okładka z pięknym zdjęciem i pozłacanymi literkami zwraca uwagę i kusi, by po nią sięgnąć. Na pewno będzie się pięknie prezentować na regale - pod warunkiem posiadania nieco większego rozstawu półek, ponieważ wolumin jest wyższy niż "standardowe" książki. W środku znajdziemy także kilka czarno-białych fotografii przedstawiających bohaterki.

Jak zatem podsumować Pierwsze damy Francji? Jest to bez wątpienia lektura ciekawa i poszerzająca horyzonty. Szczególnie interesująca dla osób zainteresowanych francuskimi prezydentowymi lub choćby jedną z nich. Utwór dotyka właściwie każdego aspektu życia swoich bohaterek, co umożliwia dobre "zżycie" się z nimi, a dzięki pięknej oprawie staje się fajnym prezentem na mamy, cioci czy babci.
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: zainteresowanym Francją i tamtejszymi pierwszymi damami

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Muza
 
Tytuł: Pierwsze damy Francji (org. Premières dames )
Autor: Robert Schneider
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 20 maja 2015 r. (premiera: sierpień 2014 r.)
Ilość stron: 384
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, której akcja rozgrywa się tam, gdzie chciałabyś pojechać

środa, 22 kwietnia 2015

[W dniu premiery] "Czas beboka" - Richard A. Antonius

Ryszard Antoniszczak (znany także jako Richard A. Antonius) to scenarzysta teatralny i filmowy, plastyk, twórca postaci Miki Mola oraz autor książek o Qanarii, ósmej Wyspie na Atlantyku. Jego ostatnie dzieło bardziej skupiło się na rzeczywistości. Czas beboka to bowiem historia, która mogłaby znaleźć się w niejednym pamiętniku. Udajmy się zatem w podróż...

...do Katowic początku roku 1953. Głównym bohaterem Czasu beboka jest Adaś - dziesięcioletni, niezbyt pilny uczeń, syn oddanego działacza partyjnego i chłodno patrzącej na polityczną rzeczywistość kobiety. Powieść jest zapisem życia tego młodego człowieka. Życia pełnego zabawy, tajemnic, konfliktów na linii dziecko - rodzic i dziecko - inne dzieci oraz najróżniejszych... beboków.

Mogłoby się wydawać, że to książka o niczym. W pewnym sensie jest to prawda, ponieważCzasie beboka nie ma właściwie żadnego konfliktu, wokół którego kręciłaby się akcja. Autor rzucił chłopca na Śląsk, obdarzył niesamowitym zmysłem obserwacji rzeczywistości i umiejętnością logicznego myślenia oraz rodzicami, którzy różnią się jak ogień od wody. W drugiej części tomu pojawia się lekki rys fabularny, a także element charakterystyczny dla prozy Bułhakowa, czyli magia. Moim zdaniem niepotrzebnie, ale ten zabieg w logiczny sposób (o ile w przypadku magii można mówić o logice) doprowadził do zakończenia, które w innych okolicznościach mogłoby wydawać się naciągane. Niemniej nieco się na nim zawiodłam. Autor przełamał najróżniejsze schematy i zagrał na sercach swoich czytelników, a także głównego bohatera. Takiego finiszu po ponad siedmiuset stronach się nie spodziewałam!

Na kartach Czasu beboka pojawia się sporo postaci. Najważniejszy jest oczywiście Adam, bystry obserwator i niepoprawny podsłuchiwacz, sporo wiedzy czerpiący z zasłyszanych w mieszkaniu rozmów. Nietrudno się z nim utożsamić, zwłaszcza osobie nieznającej Katowic czy nie za dobrze zaznajomioną z historią Polski pod radziecką okupacją. O ile jednak dojrzalszy czytelnik dostrzeże mroki czy niedwuznaczności niektórych wydarzeń, dla chłopca stanowią one tylko zabawną lub przerażającą ciekawostkę.
Obok Adasia istotną rolę odgrywają rodzice: zapatrzony w politykę i w siebie ojciec, podobno pragnący dla swojego potomka jak najlepiej oraz kochająca, wyrozumiała matka, zawsze gotowa do obrony dziecka przed poglądami i większymi wybuchami złości męża. Dalej można wymienić szkolnego przyjaciela głównego bohatera, niejakiego Wieora Sidorenkę, będącego pod wieloma względami przeciwieństwem Adasia. Mniej istotną rolę odgrywają dziadkowie chłopca, jego nauczycielka od matematyki, dyrektor i wicedyrektorka, szkolna miłość, nowy kolega z klasy czy towarzysze i towarzyszki ojca. Żadnych wampirów, żadnych potworów, po prostu zwykli ludzie, jakich można spotkać na każdym kroku.

Czas beboka czytało mi się szybko i przyjemnie. Po pierwsze, dzięki sympatycznemu głównemu bohaterowi. Po drugie, dzięki częstym wzmiankom o mojej rodzinnej miejscowości (na kilka rozdziałów akcja przeniosła się nawet do Nowego Sącza lat pięćdziesiątych... dla mnie fajna sprawa). A po trzecie - i chyba najważniejsze - dzięki językowi! Wszechobecna gwara i kolokwializmy, czasem nawet wulgarne - obecne zarówno w dialogach i w narracji - pomogły mi przenieść się do Kato... Stalinogrodu tamtych lat i z dziecięcą radością poznawać ówczesną rzeczywistość.

Czas beboka to książka gruba, ale zdecydowanie warta czasu i zainteresowania. Pod pewnymi względami podobna do Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa czy Lalki Prusa, ale posiadająca zdecydowanie bardziej "swojski" klimat. To sympatyczna, lekka w odbiorze powieść obyczajowa z lekkim wątkiem nadnaturalnym. Pozycja obowiązkowa dla miłośników twórczości wyżej wymienionych prozaików, ale także osób przepadających za pozornie spokojnymi i nudnymi historiami obyczajowymi z drugim dnem.
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: miłośnikom prozy Bułhakowa, Prusa; ceniącym powieści obyczajowe

Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję Wydawnictwo Muza
http://muza.com.pl

Tytuł: Czas beboka
Autor: Richard A. Antonius
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 22 kwietnia 2015 r.
Ilość stron: 734
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, której akcja rozgrywa się w twoim mieście
2. Klucznik na kwiecień - Książka w książce

środa, 17 grudnia 2014

"Kolacja z wampirem" - Abigail Gibbs

Tytuł: Kolacja z wampirem (org. Dinner with a Vampire)
Autor: Abigail Gibbs
Seria: Mroczna Bohaterka #1
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 23 października 2013 r. (premiera: październik 2012)
Ilość stron: 560

Stephanie Meyer uznawana jest za pionierkę literatury młodzieżowo-paranormalnej. Abigail Gibbs, pisząc swoją Mroczną Bohaterkę musiała znajdować się pod silnym wpływem amerykańskiej twórczości, ponieważ... przekonajcie się sami.

Nastoletnia Violet Lee jest świadkiem morderstwa trzydziestu osób; morderstwa dokonanego przez wampiry. Z niewiadomych przyczyn dziewczyna zostaje ocalona i uprowadzona do wampirzego dworu zwanego Varnley. Panna Lee zostaje otoczona opieką, ponieważ - jako córka brytyjskiego ministra - może okazać się cennym zakładnikiem w razie konfliktu. Na terenie posiadłości kręci się mnóstwo krwiożerczych, ale także pięknych istot; w tym król wampirów, książę wampirów, najlepszy przyjaciel księcia oraz dwie młodsze siostry księcia. Menażeria zacna, ale Violet chce przede wszystkim wrócić do domu. A może nie do końca?

Kolacja z wampirem od samego początku poraziła mnie irracjonalnością. Gdyby Kaspar - wzmiankowany wyżej książę wampirów - zachował się odpowiednio, historia Violet zakończyłaby się po około dziesięciu stronach. Panna Lee trafiła jednak do Varnley, a tam czekało ją obowiązkowe wdanie się w trójkąt miłosny. A także konflikt z wampirzycą, która dostrzegła w niej swoją rywalkę. Oraz spotkanie z podstępnym krwiopijcą, który miał wobec Violet niecne plany. Mijały miesiące, a dziewczyna nadal mieszkała z Varnami - czyżby minister Lee przestał przejmować się ukochaną córką? Bo takie właśnie wrażenie odniosłam: gdyby tak wpływowemu człowiekowi NAPRAWDĘ zależało na ocaleniu pierworodnej, nie zwlekałby tak długo. Istotnym elementem fabuły pozostaje tajemnica: dlaczego Kaspar nie zabił Violet pierwszego wieczora? Odpowiedź poznajemy grubo za połową tomiszcza, ale ja czułam się nieusatysfakcjonowana.
Nie myślcie jednak, że Kolacja z wampirem to tylko niedorzeczności i głupstwa. Autorka zadbała, by wampiry "naprawdę gryzły" (choć nie robią tego jakoś często), a Violet się nie nudziła. Czytelnika rozpieszcza nieco mniej, ponieważ dziewczyna czasami za dużo myśli, a za mało działa (albo odwrotnie: nie myśli wcale, a jednak działa). Co ciekawe, obowiązkowy w tego rodzaju historiach bal nie kończy powieści, ale znajduje się jakoś w pierwszej połowie tomu. Zabieg ciekawy i pokazujący, że można doprowadzić do balu bez całotomowych przygotowań do niego (patrz: Błękit szafiru).

Niestety, Violet Lee nie zdobyła mojego uznania. Podobnie jak Kaspar i Lyla Varnowie czy Fabian. Lyla połączyła w sobie funkcje Alice i Rosalie Cullen ze Zmierzchu (choć nie zdradzę, w jakim stopniu ani sensie), natomiast pozostała trójka przez niemal cały tom na przemian warczała na siebie i miziała się. Sytuacja nieco wyklarowała się w drugiej połowie Kolacji z wampirem, ale złe wspomnienia pozostały.

Kolacja z wampirem to powieść, która powstawała w Internecie. Abigail Gibbs publikowała swoje wypociny w Internecie, a gdy zaczęła, miała 15 lat. Szanuję jej wytrwałość i kreatywność, ale uważam, że historia za bardzo przypomina Zmierzch. Przyjemnym(?) zaskoczeniem była "seksowność" recenzowanej powieści - Gibbs nie czekała z bardziej namiętnymi scenami aż do ostatniego tomu (bo też kto wie, ile tomów będzie liczyć Mroczna Bohaterka?), przez co Kolacja z wampirem to książka dla Czytelniczek powyżej szesnastego roku życia. W utworze nie brakuje także odwołań do damsko-męskich relacji oraz wulgaryzmów.

Kolacja z wampirem może nie jest najgorszą książką o wampirach, jaką czytałam, ale do najlepszej wiele jej brakuje. Naiwne rozwiązania fabularne i irracjonalność zachowań bohaterów to zdecydowane minusy, zaś do plusów mogę zaliczyć drapieżność oraz, hm, zmysłowość. To za mało, by zapewnić Abigail Gibbs miejsce w panteonie najlepszych autorów młodzieżowych, ale dość, by zachęcić mnie do sięgnięcia po kontynuację (Jesienną Różę już prawie skończyłam czytać).
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośniczkom romansów w wieku powyżej 16 lat

sobota, 9 czerwca 2012

"Opowiadaczka filmów" - Hernan Rivera Letelier

Tytuł: Opowiadaczka filmów (org. La contadora de puliculas)
Autor: Hernan Rivera Letelier
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 17 kwietnia 2012 r. (premiera: czerwiec 2009)
Ilość stron: 104

Malutka, cieniutka, niepozorna - takich słów mogłabym użyć do opisania Opowiadaczki filmów. Czy warto poświęcić na tę opowieść jedno niedługie, leniwe popołudnie?

Główną bohaterką Opowiadaczki filmów jest Maria Margarita, najmłodsza spośród pięciorga rodzeństwa, mająca tylko ojca, piękna dziewczyna. Jest ona też narratorką, bowiem książka to "pamiętnik" z jej życia. Początkowo wspomina swoje dzieciństwo, kiedy to raz w tygodniu, na przemian z braćmi, chodziła do kina a następnie opowiadała go pozostałym domownikom. Niebawem stała się znana jako Opowiadaczka filmów właśnie - ludzie płacili za wstęp do jej domu, by móc wysłuchać ostatnio obejrzanego filmu, zapraszali ją do siebie... Niestety, czasy zaczęły się zmieniać, a na tereny pustynne zaczęła wkradać się cywilizacja: pierwszy telewizor.

Książka, oprócz historii MM, prezentuje również życie całej jej rodziny na chilijskiej gorącej pampie. Autor bardzo dobrze wczuł się w rolę młodej kobiety, Opowiadaczka filmów wydaje się być autentycznym pamiętnikiem bohaterki a nie jedynie wymysłem mężczyzny. Letelier ogromną uwagę przywiązuje do psychologii swoich postaci oraz realności prezentowanej historii. Odpowiadało mi to, po całej mnogości książek fantastycznych i sensacyjnych, które zalewają rynek.

Zdecydowanie mniej podobała mi się Maria, ze swoją naiwnością i głupim, dziecięcym uporem. Odebrałam ją jak wieczne dziecko - boleśnie doświadczone przez los, mające już swoje lata, dziecko. Zakończenie utworu zostawia ją niemal na starcie nowej drogi życiowej. Drogi, w której telewizor zastąpił kino i opowiadaczy filmów. Można się zastanawiać, jak dalej potoczyłyby się losy Marii Magdaleny, gdyby tylko istniała naprawdę.

Opowiadaczka filmów to książka mało ambitna, naiwna i krótka. Jednocześnie jest jednak poruszająca, wciągająca i niesamowicie realistyczna. Kiedy zaczęłam lekturę, nie sądziłam, że tak "zwyczajna" historia będzie w stanie tak mnie zainteresować. I chociaż dostrzegam w tej pozycji wiele minusów, nie potrafię ocenić jej niżej niż na piątkę. Za bardzo dobry warsztat autorski, sympatyczną atmosferę  i "wczucie się" mężczyzny w kobietę. Mogę polecić, jako "przekąska" pomiędzy grubszymi, poważniejszymi księgami.
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: lubiącym nieskomplikowane ale realistyczne historie

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Muza
 

niedziela, 8 kwietnia 2012

"Książę mgły" - Carlos Ruiz Zafon

Witajcie!
Ta notka miała ukazać się w piątek... Ale przed Świętami narzekam na notoryczny brak czasu. Dlatego też nie odwiedzam Waszych blogów, nie komentuję, wreszcie nie piszę recenzji (ba! nawet na czytanie mam mało czasu :/). Kolejny wpis pewnie dopiero we wtorek, ale na razie...

(lekko spóźnione) najlepsze życzenia z okazji Wielkiej Nocy, zdrowia, spełnienia marzeń oraz wielu niezapomnianych, szczęśliwych chwil - nie tylko nad książką, ale także (przede wszystkim) w życiu prywatnym/zawodowym/szkolnym ~szczególnie Maturzystom, którym został tylko miesiąc~ oraz spędzenia tych Świąt w sposób spokojny, wraz z ukochanymi osobami!

Tytuł: Książę mgły (org. Il Principe Della Nebbia)
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Seria: Książę mgły, #1 (org. Niebla)
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 12 listopada 2010 r. (premiera: 1993)
Ilość stron: 200
 
Wiele dostępnych obecnie książek dla młodzieży ma to do siebie, że atakuje czytelnika naiwnymi scenami, obrażając tym samym jego inteligencję i umiejętność najprostszego łączenia faktów. Do książki Zafona podchodziłam więc z pewną obawą: czy pisarz znany na polskim rynku z "dorosłych" książek potrafi tworzyć dla młodszego odbiorcy, nie traktując go jednocześnie jak ostatniego kretyna?

Pięcioosobowa rodzina Carverów, w której skład wchodzą nastoletnie dzieci Alicja i Max oraz młodsza od nich Irina, przeprowadza się nad Atlantyk, do starego domu rodziny Fleishmanów. Syn byłych właścicieli utonął w oceanie kilka lat wcześniej. Stara, zaniedbana budowla zwiastuje raczej nieciekawy pobyt, ale szybko okazuje się, że to tylko pozory! Już pierwszego dnia Max zaczyna dostrzegać dookoła różne anomalie i niewytłumaczalne zjawiska, nieraz przyprawiające go o gęsią skórkę. W okolicach willi kręci się też prawie-rówieśnik młodego Carvera, Roland. Chłopcy zaprzyjaźniają się szybko, a tubylec wyraża chęć pomocy w rozwikłaniu zagadek starego domostwa. Domu, który od dawna go ciekawi. Domu, który kryje w sobie pewną przerażającą tajemnicę.

Z jednej strony miałam ogromną ochotę, by przeczytać jakąś książkę tego autora, właściwie wszyscy wychwalają jego twórczość. Zaczęłam od jego debiutanckiej powieści (wydanej w Polsce stosunkowo niedawno...) i zdecydowanie nie żałuję! Jeśli później Zafon rozwinął jeszcze swój warsztat - a tak zapewne się stało - to przewiduję, że kolejne książki będą niemal arcydziełami!

Fabuła może wydawać się banalna i przewidywalna, ale z czasem komplikuje się, pojawia się coraz więcej mrocznych sekretów oraz... wątek nadprzyrodzony. Nie ukrywam, że jego obecność trochę mnie zaskoczyła; spodziewałam się raczej czegoś zupełnie realnego, tymczasem Max i jego przyjaciele mają do czynienia z magią. Nie zdradzę w jakim kontekście - na pewno wpływającym dodatnio na moją ocenę powieści. Nie mogę też zarzucić autorowi jakiegokolwiek niedomyślenia fabularnego, bowiem wszystko "ma ręce i nogi". Moje ogólne niesamowicie pozytywne wrażenia zepsuło zakończenie. W sumie finisz domyka wątki, ale moje "ja" wciąż krzyczy o więcej!

Bohaterowie również zachwycają czytelnika swoją złożonością. Odbiorca poznajemy ich przeszłość, a chociaż na kartach powieści opisane zostało tylko kilka dni z ich życia, bez problemu może rozróżnić i krótko scharakteryzować każdego z nich. Pod tym względem nie mogę się doczepić. Niestety, nie zapałałam zbytnią sympatią do głównego protagonisty: głównie dlatego, że często zgrywał wielkiego bohatera tylko po to, by kilka stron później zachowywać się jak struś tudzież pospolity tchórz... Ta niekonsekwencja nie wpływa jednak bardzo negatywnie na moją ocenę całości.

W recenzji nie mogę nie wspomnieć o przepięknym, pobudzającym wyobraźnię języku. Opisy może i są lekko długie, ale nie monotonne. W trzecioosobowej narracji dominuje słownictwo podniosłe (ale nie patetyczne), natomiast w wypowiedziach bohaterów znajdujemy slang. Zastanawiam się tylko, czy niektóre zbyt nowoczesne słowa to kwestia tłumaczenia czy oryginału. Trzeba pamiętać, że to lata czterdzieste ubiegłego wieku...

Odpowiadając na moje pytanie z początku recenzji. Carlos Ruiz Zafon absolutnie potrafi napisać porywającą, ciekawą i przemyślaną powieść dla młodzieży. Po Księcia mgły warto sięgnąć, niezależnie od wieku. Wymienione przeze mnie błędy to naprawdę mało istotne mankamenty, nie wywierające znaczącego wpływu na przyjemność czerpaną z lektury. Serdecznie polecam!