Bardzo udane wprowadzenie w nowy, fantastyczny świat pełen magii, mieczy i potworów.
Po wojnie i upadku magii świat stał się niebezpiecznym miejscem, nawet bardziej niż wcześniej. Ludziom odebrano magię, krwiożercze potwory czyhają na wędrowców, głód czyni spustoszenie wśród tych, którzy przetrwali, a wiele ziem nie nadaje się do zamieszkania i pod uprawy. Wrogiem człowieka są zarówno inne gatunki zamieszkujące ziemię, jak i sama roślinność.
Ludzie schronili się za kamienną granicą, powoli zapominając o wojnie i zagrożeniach czyhających za nią. Wydawało się, że osiągnięto względny spokój, lecz oto nadszedł czas zmian, a możni tego świata przypominają sobie o pierwszym proroctwie, dziś niemalże zapomnianym. „Gdy wiatry zmian zerwą się po czterech stronach świata, nadejdzie czas rozstrzygnięcia, czas ostatecznej próby, która zadecyduje o losach ludzkości”.
Świat się zmienia, zmuszając do działania i łącząc losy ludzi, którzy w innej sytuacji nigdy by się nie spotkali. Na południu admirał Reyes wyrusza wraz z ekspedycją w celu zbadania nieznanego dotąd zjawiska pogodowego, które może wpłynąć na los całego kontynentu. Na północy trójka śledczych o nadzwyczajnych umiejętnościach prowadzi dochodzenie w celu ustalenia, dlaczego członkowie pewnej rasy zaczęli nagle znikać. Na zachodzie generał Barson wraz z kompanią żołnierzy wyrusza do śmiertelnie niebezpiecznej puszczy, by zbadać źródło dziwnego zachowania okolicznej fauny.
A w tym wszystkim, zdawałoby się, zwyczajny wykładowca z akademii magii, którego jedyną cechą wyróżniającą z tłumu jest pamięć wręcz absolutna. Śmiertelnie znudzony życiem bez perspektyw oddycha z ulgą, gdy jednak coś zaczyna się zmieniać, lecz nawet jego wybujała wyobraźnia nie byłaby w stanie przygotować go na to, co ma nadejść. W żadnym razie nie nadający się na typowego bohatera, zwykły człowiek pośród niezwykłych wydarzeń, w których niekoniecznie chciałby brać udział, ale jak to w życiu bywa, czasami nie ma się wyboru.
Tym, co rzuciło mi się w oczy od pierwszych stron Związania losów, był specyficzny, bardzo opisowy sposób prowadzenia narracji. Autor poświęca czas nie tylko na zapoznanie odbiorcy z otoczeniem, ale także z kontekstem sytuacyjnym – co się dzieje, dlaczego, co ewentualnie do tego doprowadziło. Mam świadomość, że nie każdemu taka retoryka przypadnie do gustu, bo kojarzy się z nudą i długimi akapitami, których mogłoby zwyczajnie nie być. Szczęśliwie, lektura prozy Patryka Jaronia nie dłużyła mi się. Wprost przeciwnie, mam poczucie, że na kartach powieści zebrano mnóstwo informacji, które pozwoliły mi lepiej poznać panujące w wykreowanym przez niego świecie i bardziej się z nim zżyć. Ośmielę sobie porównać jego styl do Trudi Canavan – kto czytał i polubił, i w Związaniu losów powinien się odnaleźć.

