Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lipca 2023

"Widzialna ciemność" William Golding

Powieść oparta na ciekawym pomyśle, poruszająca istotne kwestie, ale niestety przekombinowana i przerysowana.

Mroczna i tajemnicza powieść laureata Nagrody Nobla o dwoistości ludzkiej natury.

Z płomieni trawiących zbombardowany Londyn wyłania się cudem ocalały chłopiec. Nikt nie wie, skąd się wziął. Napiętnowany odrażającą blizną na twarzy Matty staje się wyrzutkiem, zarówno w dzieciństwie, jak i w swoim dorosłym życiu. Odrzucony, nie może odnaleźć swojego miejsca w społeczeństwie i coraz bardziej się w sobie zamyka. Na kartach książki pojawiają się jeszcze dwie podobnie zagubione osoby – siostry bliźniaczki Sophy i Toni. Pierwsza wykorzystuje swoją urodę, by zdobywać władzę nad mężczyznami, druga wikła się w przemoc i terroryzm. Splatając ze sobą ich losy, Golding mistrzowsko ukazuje sprzeczność pomiędzy pozorami i rzeczywistością, zewnętrznym wyglądem i światem wewnętrznym bohaterów.

Widzialna ciemność, mimo że jest mniej znana od najsłynniejszej powieści Goldinga Władca much, zyskała miano jego najbardziej zagadkowego dzieła, w którym pisarz przeniósł odwieczny problem walki dobra ze złem do współczesności, ujawniając ciemną stronę rzeczywistości, w której żyjemy.

Williama Goldinga dotychczas kojarzyłam jako "autora jednego hitu". Jego Władca much zapisał się w historii światowej literatury jako wstrząsający obraz upadku moralności i cywilizacji. Gdy w wiosennych zapowiedziach wydawnictwa Zysk i S-ka pojawiła się inna książka tego pisarza, ciekawość nie pozwoliła mi po nią nie sięgnąć.

poniedziałek, 20 marca 2023

"Natura Śródziemia" J.R.R. Tolkien, Carl F. Hostetter

Redakcyjna perełka dedykowana najwierniejszym fanom twórczości Tolkiena, momentami bardzo ciężka w odbiorze.

Prawdziwa skarbnica wiedzy na temat Śródziemia, oferująca czytelnikom możliwość spojrzenia przez ramię profesora Tolkiena w chwili, gdy odkrywał on swój świat.

Pierwsza w historii publikacja ostatnich pism Tolkiena na temat Śródziemia, obejmująca szeroki zakres tematów i wątków, skompilowana i zredagowana przez Carla F. Hostettera, jednego z największych znawców twórczości pisarza. Natura Śródziemia to niezbędna lektura dla wszystkich, którzy chcą dowiedzieć się więcej o wspaniałym świecie, nad którym pisarz pracował przez całe życie. Dla autora Władcy Pierścieni Śródziemie było częścią nowego fantastycznego uniwersum, które należy wykreować w każdym najdrobniejszym nawet szczególe. Zebrane w niniejszym tomie szkice ujawniają, że wraz z rozrastaniem się tego świata Tolkien starał się lepiej zrozumieć swoje wyjątkowe dzieło, doprecyzowując i zgłębiając przeróżne tematy. Znajdziemy więc w książce zagadnienia tak rozległe i złożone, jak metafizyka elfickiej nieśmiertelności czy pochodzenie mocy Valarów, ale także bardziej przyziemne, jak wygląd mieszkańców różnych krain i opis skrzydlatych bestii Númenoru, geografia rzek i wzgórz Gondoru, a nawet odpowiedź na pytanie, kto i dlaczego w świecie Śródziemia nosi brody!

„Ten tom potwierdza, że Tolkien był największym twórcą mitów XX wieku i że kiedyś jego mitologia zasłużenie zrówna się rangą z dokonaniami Homera, Wergiliusza i Dantego”

Natura Śródziemia to nie powieść czy zbiór opowiadań. Ba, mało tu tekstów, w których istnieje coś takiego jak fabuła. To zbiór notatek, szkiców i esejów, czasami niedokończonych, dotyczących najróżniejszych aspektów życia w Śródziemiu, ze szczególnym uwzględnieniem rasy elfów. Dowiemy się co nieco o ich rozmnażaniu i cyklu życia, pochodzeniu, historii u zarania dziejów Śródziemia, wyglądzie. Poznamy kilka lingwistycznych ciekawostek wyjaśniających genezę niektórych nazw obecnych w tym uniwersum. Krótko rzecz ujmując: spojrzymy na świat Tolkiena z drugiej strony, tej roboczej, pełnej nieścisłości, porzuconych konceptów i pytań, których prawdopodobnie nigdy byście nie zadali.

poniedziałek, 6 lutego 2023

"Narodziny bohatera" Jin Yong

Przepełniona chwałą i patosem opowieść o sztukach walki i honorze, chińska aż do szpiku kości.

W świecie średniowiecznych Chin, w którym kung fu to magia, a królestwa bezwzględnie walczą o władzę, toczy się batalia o tytuł najlepszego wojownika i rodzi się niezwykły bohater.

Po tym, jak jego ojciec – wierny dynastii Song patriota – zostaje zamordowany przez wysłanników cesarstwa Jin, Guo Jing wraz z matką uciekają na równiny, gdzie rządzi założyciel imperium mongolskiego Czyngis-chan, by u niego i jego ludu szukać schronienia. Pewnego dnia Guo Jing będzie musiał stawić czoło swojemu śmiertelnemu wrogowi podczas walki w Gospodzie Pijanego Nieśmiertelnego, ale zanim się to stanie pod opieką Czyngis-chana i Siedmiorga Bohaterów z Południa doskonali swoje umiejętności w sztukach walki. Skromny, oddany, choć nie zawsze mądry, Guo Jing mierzy się ze swoim zarówno wspaniałym, jak i przerażającym przeznaczeniem. W podzielonym kraju, nie znając swojej przyszłości, Guo Jing musi lawirować pomiędzy miłością a wojną, honorem i zdradą, zanim stanie twarzą w twarz z własnym losem i zostanie bohaterem, którym przeznaczone było mu się stać.

Narodziny bohatera to pierwszy tom cyklu Bohaterowie Legendy Kondora, zaliczanego do literackiego, spotykanego chyba tylko w chińskiej kulturze, podgatunku wuxia (czytanego, mniej więcej, jako usia). Słowo to oznacza, w luźnym tłumaczeniu, bohaterów-wojowników i odwołuje się do opowieści, w których honorowi i odważni protagoniści, zwykle pochodzący z niższych klas społecznych, walczą o sprawiedliwość i próbują obalić uciskających lud agresorów lub przedstawicieli wyższych sfer. Choć gatunek ma swoje korzenie w literaturze, obecnie często adaptowany jest w formie komiksów, filmów, seriali czy gier wideo. Jeśli kojarzycie taki film jak Przyczajony tygrys, ukryty smok czy animację Kung Fu Panda (serio, serio, to też można zaliczyć do kina wuxia), mniej więcej wiecie, z czym mamy do czynienia.

poniedziałek, 19 lipca 2021

"Władca much" William Golding

Powstała w latach 50. XX wieku powieść o dzieciach na bezludnej wyspie. W przystępny sposób demonstrująca kilka, nadal aktualnych, mechanizmów obecnych w niemal każdej społeczności.

Jedna z najsłynniejszych powieści o upadku kultury i cywilizacji, która weszła na stałe do kanonu najważniejszych dzieł XX wieku.

Grupa chłopców, którzy jako jedyni ocaleli po katastrofie lotniczej, znajduje schronienie na bezludnej wyspie. Początkowo rozbitkowie, pozbawieni nadzoru dorosłych, cieszą się wolnością w rajskiej scenerii z dala od cywilizacji. Jednak ich wysiłki, by stworzyć własne małe społeczeństwo, prowadzą do katastrofy, a przygoda obraca się w koszmar.

Laureat literackiej Nagrody Nobla William Golding rozwiewa złudzenia o dobrej naturze człowieka, pokazując w sugestywny i przerażający sposób, jak zwykli uczniowie brytyjskich szkół stopniowo pogrążają się w barbarzyństwie i zatracają swoje ludzkie odruchy.

Lektura Władcy much to doświadczenie pod wieloma względami ciekawe. Czytelnik wskakuje w świat przedstawiony na główkę - ma świadomość, że doszło do katastrofy, w wyniku której dzieci w wieku do 13 lat utknęły na bezludnej wyspie, ale wie niewiele więcej. Nie jest mu to jednak potrzebne, bowiem trzon historii to właśnie wydarzenia na wyspie, relacje pomiędzy chłopcami i ich sposoby na radzenie sobie w tej trudnej sytuacji. I muszę przyznać, że stworzona przez Autora społeczność małoletnich bohaterów wydaje się bardzo prawdopodobną. Jak w każdej grupie, pojawiają się przywódca i osoba pretendująca do tego miana, obowiązki zostają podzielone, ale nie każdy podchodzi do swojej roli z należytą starannością. Dodatkowo zachowanie protagonistów chwilami wydaje się absurdalnie głupie czy dziecinne, ale wtedy z tyłu głowy pojawia się myśl, że to przecież są dzieci...

środa, 18 listopada 2015

"W poszukiwaniu utraconej chwały" - David Gemmell

O Davidzie Gemmellu na Moich Czytadłach wspominałam jakiś czas temu, w kontekście niedokończonej w Polsce Sagi Drenajów. Dziś przychodzę do Was z recenzją jednej z książek z tego cyklu - jak się okazało (odkryłam to dopiero teraz, wchodząc na Lubimy Czytać celem odznaczenia przeczytanej powieści) czwartej części.

Po upadku twierdzy Dros Delnoch Nadirowie praktycznie zalali ziemie Drenajów, niszcząc, zabijając, gwałcąc i porywając. Napadli na niewielką wioskę i porwali młode kobiety - i to pod nosem żołnierzy drenajskiego Księcia. Zakochany w jednej z uprowadzonych młodzieniec - Kiall - udaje się do władcy po sprawiedliwość, a gdy jej nie znajduje, postanawia ruszyć śladem oprawców. W podróż nie udaje się sam. Towarzyszą mu czterej legendarni obrońcy Dros Delnoch: Fechmistrz Chareos, Rębacz Beltzer i dwóch łuczników, Finn oraz Maggrig. Wędrówka okazuje się dłuższa i cięższa, a jej cel znacznie mniej trywialny, niż mogłoby się wydawać na początku.

W poszukiwaniu utraconej chwały to powieść drogi, choć pierwsze strony zapowiadają raczej koncentrację na dworskich intrygach. Bohaterowie przemierzają rozległe krainy, by odnaleźć uprowadzoną młodą kobietę, i walczą z licznymi przeciwnościami. Autor nie zapomniał jednak o świecie zewnętrznym, wprowadził kolejne postacie i wątki (niekoniecznie poboczne), których rola w utworze również staje się istotna. Bardzo podobała mi się mieszanka akcji z polityką, magii z brutalną rzeczywistością oraz przeszłości z teraźniejszością i przyszłością. Napisania czegokolwiek więcej mogłoby zakrawać o spoiler ;)
Jak wspomniałam w pierwszym akapicie W poszukiwaniu utraconej chwały to czwarta część Sagi Drenajów, ale nieznajomość wcześniejszych nie przeszkadzała mi podczas lektury. Owszem, bohaterowie rozmawiali o wydarzeniach z przeszłości, spotykali znane sobie osoby, jednak nie przyszło mi do głowy, że o wszystkim tym mogłabym przeczytać w innej książce. Doszłam bowiem do wniosku, że to taka koncepcja: aby wykreować bogatszy świat, wprowadza się jakąś historię, bohaterów, ważne bitwy, przyjaciół z przeszłości.

W poszukiwaniu utraconej chwały to powieść reprezentująca stare dobre high fantasy. Wprowadza wykreowany od podstaw świat (który w sumie udało mi się poznać, chociaż przeczytałam czwartą z dziewięciu książek ;) ), charyzmatycznych bohaterów, "swoją" fizykę (zachowującą jednak pewne znane nam prawa) oraz dobrze znane, a jednak nieco odmienne rasy. I, co ostatnio zakrawa na ewenement, głównym bohaterem nie jest nastolatka, tylko w miarę dorosły chłopak (19 lat) i banda starszych wojowników (w wieku 33-50+).
[Że nie wspomnę o cenie tego tomiku. 18,90 zł na okładce. Drodzy Czytelnicy, pamiętacie takie ceny książek? Bo ja niestety nie.]

W poszukiwaniu utraconej chwały to wspaniała powieść fantasy, która nadaje się zarówno dla fanów Sagi Drenajów jak i dla "zwykłych" miłośników gatunku. Daje do myślenia, bawi, uczy i nie pozwala się nudzić. Bez względu na to, czy znacie pierwsze tomy sagi Gemmella (tudzież inne jego powieści, bo Echa wielkiej pieśni, które nie wchodzą w skład Sagi, utrzymane były w podobnym klimacie), czy byłby to Wasz pierwszy kontakt z jego twórczością, zachęcam do zapoznania się z recenzowaną powieścią.
Ocena końcowa: 6-/6
Polecam: miłośnikom high fantasy

Tytuł: W poszukiwaniu utraconej chwały (org. Quest for Lost Heros)
Autor: David Gemmell
Seria: Saga Drenajów #4
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 1997 r. (premiera: kwiecień 1990 r.)
Ilość stron: 332

środa, 22 lipca 2015

"Uczta dla wron. Cienie śmierci" - George R.R. Martin

George'a R.R. Martina i jego Pieśni Lodu i Ognia przedstawiać chyba nie trzeba. Jestem pewnie jedną z niewielu fanek fantasy, które jeszcze nie przeczytały wszystkiego, co można, i nie obejrzały serialu. Początek wakacji uczciłam więc powrotem do serii: przed Wami recenzja tomu 4.1, czyli Uczty dla wron. Cieni śmierci. Poniższy akapit może zawierać informacje zdradzające szczegóły wcześniejszych części. Jeśli jeszcze ich nie czytałeś/łaś (ale zamierzasz), przejdź od razu do akapitu trzeciego.

Po śmierci Tywina Lannistera na Żelaznym Tronie zasiadł Tommen, choć realna władza spoczęła w rękach Cersei. Ambitna królowa za wszelką cenę chce dopaść Tyriona, którego podejrzewa o zabicie już dwóch członków swojej rodziny (a nawet trzech, jeśli uwzględnić zmarłą w połogu matkę). Zmienia skład rady, wybiera lojalnych sobie ludzi, ale nieustannie coś knuje. W tym samym czasie Dziewica z Tarthu, zgodnie z życzeniem Jamiego i lady Catlyn, poszukuje Sansy. Ta - chcąc nie chcąc - przystępuje do rozgrywki, w którą wciągnął ją Petyr Baelish. Tymczasem na zachodzie, po śmierci Balona Greyjoya, rozpoczyna się rywalizacja jego krewnych i byłych podwładnych. Każdy chce zagarnąć koronę dla siebie.

Cienie śmierci to tom zdecydowanie mniej dynamiczny niż wcześniejsze. Jeśli widzieliście dwa ostatnie Obecnie się czyta, wiecie, że ta część sagi koncentruje się na polityce. Nie ma tu bitew ani dynamicznych pościgów. Akcja płynie powoli, większość tomu zajmują rozmowy, a nie działanie. Mimo tego lekturę wspominam naprawdę przyjemnie! Myślę, że to kwestia niesamowitego stylu pisania Martina oraz złożoności tworzonego przez niego świata. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się tak zatopić w fantasty-politycznym bełkocie i powieści właściwie nie popychającej akcji do przodu. Bo, prawdę powiedziawszy, zakończenie Cieni śmierci zostawia większość swoich bohaterów w tym samym miejscu, w którym znajdowali się na początku.

Cienie śmierci to część wyraźnie sfeminizowana. Gdzieś na kartach przemknęli lord Baelish, Jon Snow, Samwell Tarly czy Jaime Lannister (ten w sumie najczęściej się pojawiał), ale głównymi postaciami są kobiety. Szalejąca po utracie ojca i syna oraz zdradzie ukochanego Cersei, która wszędzie doszukuje się śladów spisku. Flegmatyczna i opanowana Brienne przemierzająca Westeros w poszukiwaniu "siostry, trzynastoletniej dziewicy, podróżującej z błaznem". Niesamowicie dynamiczna i dotychczas raczej pomijana Asha Greyjoy - zdecydowanie moja ulubiona żeńska postać w tym tomie. Wreszcie Arya, która pojawia się tylko na chwilę, ale prezentuje sobą największą wewnętrzną metamorfozę, jaką George R.R. Martin mógł tylko obmyślić dla dziesięcioletniej dziewczynki. Bo o tym, że Jaime Lannister się zmienia (jak najbardziej na plus), zapewne już wiecie z wcześniejszych tomów.

Mimo wspaniałej Ashy i przemiany Aryi, wciągającego stylu pisania i złożoności świata przedstawionego, Cienie śmierci zawiodły moje oczekiwania. Gdyby George R.R. Martin nie przyzwyczaił mnie do bardziej dynamicznych powieści, oceniłabym tę część wyżej. Tymczasem otrzymałam powieść cierpiącą na syndrom "drugiej części (trylogii)" - właściwie nie popychającą akcji do przodu, przegadaną, niepotrzebną (?!?!). Od tego Pana oczekuję większego dynamizmu. (I powrotu Tyriona!)
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: fanom cyklu; fanom fantasy. 


Tytuł: Uczta dla wron. Cienie śmierci (org. A Feast for Crows)
Autor: George R.R. Martin
Seria: Pieśń Lodu i Ognia #4.1
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 16 maja 2006 r. (premiera: październik 2005 r.)
Ilość stron: 512
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - Zaczęłam kiedyś czytać, ale nie skończyłam
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książką, którą zacząłeś, ale nigdy jej nie dokończyłeś

środa, 20 sierpnia 2014

"Niewidzialna korona" - Elżbieta Cherezińska

Tytuł: Niewidzialna korona
Autor: Elżbieta Cherezińska
Seria: Odrodzone królestwo #2
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 18 lipca 2014 r.
Ilość stron: 763

Studiuję kierunki inżynierskie, więc z historią nie mam do czynienia, ale w liceum nie był to mój konik. Dość paradoksalnie, przepadam za lekturą książek o tejże tematyce. Nawet tak opasłych tomisk, jak Niewidzialna korona Elżbiety Cherezińskiej.

Akcja rozpoczyna się tuż po śmierci Przemysła II, króla Starej Polski. Zgon władcy pozostaje tajemnicą dla gawiedzi, ale tron nie może pozostawać pusty na długo, zwłaszcza że ze wszystkich stron czyhają "życzliwi sąsiedzi", którzy chętnie przygarną bezpańskie ziemie polskie. Sprawa wyboru następcy tylko w teorii jest łatwa, ponieważ Przemysł II nie pozostawił po sobie męskiego potomka, a wybrany przez niego następca nie odpowiada najważniejszym rodom kraju. Na koronę ostrzą sobie zęby król Czech Vaclav II Przemyślida, książę kujawski Władysław (zwany później Łokietkiem) oraz Henryk pan Głogowa. W międzyczasie jedyna córka zabitego króla wychodzi za mąż, kilku możnych traci życie, a Stara Polska jak była rozrywana, tak nadal jest...

Fabularnie - niestety - się rozczarowałam. Niewidzialna korona miała potencjał porównywalny z Pieśnią lodu i ognia George'a R.R. Martina: mnóstwo postaci, jeszcze więcej wątków, bogate - wszak historyczne - tło i porażająca objętość (strony stronami, ale format również znaczny). Elżbieta Cherezińska postawiła jednak na statyczność, unikając opisów dynamicznych starć, ilekroć było to możliwe. Akcja wlecze się żółwim tempem: po zakończeniu lektury - a także w jej trakcie, ilekroć kończyłam czytanie na dany dzień - zadałam sobie pytanie "O co tak właściwie w tej książce chodzi?" Do tej pory nie jestem pewna.
Nie jest to utwór czysto historyczny, ponieważ autorka dodała do niego (niepotrzebne?) wątki. Pierwszym z nich są wyznawcy boga Trójgłowa, którzy pojawiają się właściwie na początku i końcu tomu, a w międzyczasie wspominani są doprawdy sporadycznie - zawsze wzbudzając w rozmawiających przestrach. Kolejny zbędny zapychacz to kapłanki w zielonych sukniach, najprawdopodobniej nieśmiertelne, obdarzone roślinnymi imionami niewiasty pracujące w zamtuzach i zdobywające w nich cenne informacje. Podobnie jak Troje nie robią właściwie nic. Dalej mam wątek smoczy (spokojnie, nie pojawił się tutaj odpowiednim Daenerys ze swoimi jajami... choć w pewnym sensie... ech, nie napiszę więcej), który zupełnie odrealnił Niewidzialną koronę. Aż do jego wprowadzania historia choć zachowywała pozory prawdziwości i byłam skłonna uwierzyć, że to autentyczne wydarzenia, tylko nieznacznie ubarwione - na przykład ożywieniem herbowych zwierząt, które drepczą / fruną w okolicach swoich panów i pań. Teraz nie mam już tej pewności.
Po nieco głębszym namyśle (i napisaniu powyższych słów) stwierdzam, że celem Niewidzialnej korony nie było porwanie czytelnika w krwawą historię wojny o polską koronę. Autorka postawiła na polityczno-strategiczny aspekt tego starcia, wtajemniczyła czytelnika w najdrobniejsze niuanse, a przy okazji przedstawiła ten fragment polskich dziejów z perspektywy różnorakich postaci: różnych pozycją społeczną, płcią, wiekiem, pochodzeniem... Tak, od tego miejsca recenzja przybierze znacznie korzystniejszy obrót.

W powieści występuje bardzo wielu bohaterów, których wymienianie mija się z celem. Sprawdziłam jednak, większość z nich to autentyczne postacie, których istnienie potwierdzają Wikipedia i zgromadzone w moim domu książki historyczne. Osobiście jestem zachwycona kreacją tej licznej menażerii. Podręczniki nie opowiadają o usposobieniu ani życiu codziennym Wielkich Ludzi, więc autorka miała szerokie pole do popisu i spełniła moje oczekiwania. Każdy bohater jest wyjątkowy i wielowymiarowy. Każdy zachowuje się logicznie - przynajmniej według swojej logiki, ale przecież to nie je kieruję ich wyborami... Moimi ulubienicami zostały pewne zboczone mniszki, które skłaniały swoją przyjaciółkę "z zewnątrz" do składania bardzo drobiazgowych relacji ze swojego intymnego życia ("byśmy mogły dziękować Bogu, że nas od tego wybawił"). Może stawia to w złym świetle ich zakon, ale są tak urocze i zabawne, że można im to wybaczyć. Najmniej logiczną - wedle mojej miary - postacią okazała się córka Przemysła II, Rikissa. Została zmuszona do małżeństwa ze znacznie starszym mężczyzną, którego długo uważała za wariata, a później poddała się mu jak... Och, wybaczcie, ale ponownie muszę odwołać się do Gry o tron... Jak Dany swojemu Khalowi. Ich małżeństwo w sumie wyglądało dość podobnie... W jednym miejscu (tak, tylko w jednym) miałam zastrzeżenia co do zdroworozsądkowości sytuacji: w chwili śmierci Vaclava II. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Autorka porwała mnie swoim stylem pisania. Nie szafowała staropolszczyzną, ale udało jej się oddać klimat czasów. Zadbała o odpowiednio wulgarne i / lub grzeczne słownictwo, nadała bohaterom urocze imiona, które jeszcze bardziej uroczo brzmią po zdrobnieniu... No i nie uciekła od tematu seksu, wplatając go w swoją opowieść jako kolejny element codzienności zwykłych ludzi oraz władców.

Niewidzialna korona okazała się czymś zupełnie innym, niż oczekiwałam. Spodziewałam się krwi, bitew i dynamiki. Dostałam politykę, codzienność i statyczność. Mimo wszystko lektura mnie usatysfakcjonowała, a gdy zorientowałam się, iż to drugi tom większej serii, zapragnęłam zapoznać się także z "jedynką". Elżbieta Cherezińska nie dorównuje rozmachem George'owi R.R. Martinowi, ale jej wersja powieści politycznej także do mnie dotarła. No i dowiedziałam się niemało o Polsce przełomu wieków XIII i XIV.
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: miłośnikom historii; fanom politycznych zagrywek George'a R.R. Martina

środa, 7 maja 2014

"Nawałnica mieczy" - George R.R. Martin

 Tytuł: Nawałnica mieczy: Stal i śnieg + Krew i złoto (org. A Storm of Swords)
Autor: George R.R. Martin
Seria: Pieśń lodu i ognia, #3
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 18 i 31 lipca 2002 r. (premiera: całość - sierpień 2000 r.)
Ilość stron: 608 + 574

Moim zdaniem (a wiem, że nie jestem w swoich poglądach odosobniona) George R.R. Martin jest Tolkienem naszych czasów. Obydwaj zasłynęli jedną konkretną serią, dzięki której dowiedział się o nich świat. Obydwaj podjęli się trudu wykreowania złożonego świata i niebanalnych postaci. I obydwaj mają w nazwisku "R.R."...

Nawałnica mieczy jako pierwsza z książek Martina została podzielona na dwa tomy dość pokaźnej grubości. W obydwu dzieje się sporo. Autor co chwila zaskakuje czytelników nieoczekiwanymi zwrotami akcji i, jak zwykle, zabija kilka ważnych postaci, których usunięcia z kart powieści się nie spodziewałam (ale Krasnal nadal żyje). Co więcej, z podziwu godnym uporem ciągnie zapoczątkowany w Grze o tron wątek śmierci Jona Arryna, przedstawiając kolejne wersje tego, co się wtedy wydarzyło, kto to zrobił i dlaczego. Nawałnica mieczy teoretycznie zamyka wątek - teoretycznie, bo pewnie nieraz jeszcze się on pojawi.
Powrócę na chwilę do zwrotów akcji. Nawałnicę mieczy podzielono tak, by w każdym tomie pojawił się zaskakujący punkt kulminacyjny. W Stali i śniegu padło na ślub lorda Edmure'a Tully'ego (przez fanów zwany, o ile się nie mylę, "krwawymi godami"), w Krwi i złocie na ślub króla Joffreya ("purpurowe gody"). Myliłby się ten, kto uznałby ich przebieg za najbardziej interesujący; powtarzam: cała Nawałnica mieczy obfituje w niespodzianki.

George R.R. Martin nie zna litości dla wykreowanych przez siebie bohaterów. Bez skrupułów pozbywa się kolejnych postaci, na ich miejsce wciągając kogoś innego (albo i nie). Jednocześnie o niektórych zapomina (?), na przykład o najmłodszym ze Starków, Rickonie. Nie wiadomo, czy chłopiec żyje czy nie - po prostu go nie ma. W Nawałnicy mieczy "odnajduje się" jednak kilka dawno przeze mnie (ale nie przez Martina) zapomnianych postaci. Dzięki temu autor nie musi wprowadzać nowych imion, a zamieszanie w świecie przedstawionym oraz mętlik w głowie czytelnika i tak się powiększają.

Recenzja dość krótka, na co składa się brak zarysu fabularnego występującego zwykle w drugim akapicie. Poczucie recenzenckiego obowiązku nie pozwala mi na spojlerowanie. Jestem pewna, że ten, kto zagustował w prozie Martina bez wahania zapozna się z tym tomem. Osoby wciąż niepewne, szczerze zachęcam: to naprawdę interesująca, wielowątkowa opowieść.
Ocena końcowa: 6/6
Polecam: nieczującym awersji do fantastyki