Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erica. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 listopada 2018

"Ścieżki przeznaczenia" - Marek Orłowski

Tytuł: Ścieżki przeznaczenia
Autor: Marek Orłowski
Seria: Samotny krzyżowiec #2
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 28 października 2014 r.
Ilość stron: 311 

Marek Orłowski zadebiutował na polskim rynku Mieczem Salomona, otwierając tym samym sagę Ostatni krzyżowiec. Przyznaję, że opowieść mnie urzekła, więc nie mogłam odpuścić sobie lektury jej kontynuacji, czyli Ścieżek przeznaczenia. (Jeśli nie czytałeś Miecza Salomona, ale masz zamiar to zrobić, pomiń kolejny - krótki - akapit, ponieważ może zdradzić zakończenie pierwszego tomu!)

Roland de Montferrat po raz kolejny wymknął się z objęć śmierci. Wciąż jednak przebywa w odosobnionej fortecy asasynów. Podejmuje próbę ucieczki z twierdzy. Tymczasem ku An-Nusarija zmierza obiecany drogocenny ładunek. Czy Czarnemu Rycerzowi uda się uciec spod jarzma Sinana Ibn Salmana i czy Starzec z Gór otrzyma wielki skarb?

Akcja drugiego tomu Samotnego krzyżowca rozpoczyna się bezpośrednio po Mieczu Salomona - jakby ktoś stwierdził, że ostatni rozdział pierwszego tomu jest za długi i jego połowę trzeba wyrzucić do tomu drugiego. Przez chwilę musiałam się aklimatyzować w nowym/starym środowisku. Początek Ścieżek przeznaczenia jest naprawdę dynamiczny, ale później akcja zdecydowanie zwalnia. Owszem, Roland niemal nieustannie się przemieszcza, od czasu do czasu z kimś się pojedynkuje, ale wszystko wydaje się takie... ślamazarne, rozwleczone w czasie. Autor więcej czasu poświęcił na szczegółowe opisy starć (do czego się zdążyłam przyzwyczaić) oraz wprowadzenie kilku postaci, z którymi Roland już raczej się nie spotka. Przez blisko 300 stron czytamy więc o czymś, co prawdopodobnie miało pchnąć fabułę do przodu, ale pan Orłowski chyba się rozmyślił i sprawę rozwiązał zupełnie inaczej, niż początkowo zamierzał.
Pewnym felerem Ścieżek przeznaczenia jest sposób prowadzenia narracji. Narrator - czy raczej autor - wplata w główną oś fabularną retrospekcje. Problem w tym, że nie są one w żaden sposób oddzielone od reszty utworu, przez co chwilami miałam problemy z ustaleniem, czy opisywane wydarzenia należą do tych "obecnych", czy raczej "wspominanych". Jest to tym bardziej uciążliwe, że opowieści i wspomnienia są właściwie kwintesencją tego tomu.

Roland z Montferratu to jeden z najlepiej wykreowanych średniowiecznych rycerzy w literaturze. Ceni sobie honor i dobre imię, brzydzi się zdradą, porzucaniem idei i kłamstwem. Jednocześnie zaskakuje odwagą, bystrością umysłu i determinacją w dążeniu do celu. Wojak idealny w tym tomie ma jednak znacznie mniej szczęścia i zdecydowanie częściej obrywa po głowie. Natomiast w drugiej połowie Ścieżek... w Rolandzie zachodzi zmiana, nieustannie toczy wewnętrzną walkę: czy walczyć, czy pozostać wiernym rycerskiemu kanonowi.

Samotny krzyżowiec od początku zapowiadał się na powieść sensacyjną osadzoną w realiach wojen krzyżowych. Tymczasem fabuła Ścieżek przeznaczenia - a także posłowie autora - dają czytelnikowi do zrozumienia, że seria zmieni swój profil na... fantastyczny. Nie wiem, co o tym myśleć i z oceną tego zjawiska poczekam do części trzeciej. Mam nadzieję, że się nie zawiodę na tym gruncie :)

Ścieżki przeznaczenia to nieco nudniejsza, mniej żywiołowa opowieść o Rolandzie de Montferrat. Autor postawił na wspomnienia, opowieści, postanowił także zaskoczyć czytelnika zmianą gatunku literackiego. Niemniej lekturę o przygodach Czarnego Rycerza uznaję za przyjemną i wciągającą. Na tyle, by móc Wam ją polecić; ale najpierw zapoznajcie się z Mieczem Salomona. A najlepiej sięgnijcie po te tomy w niedługim odstępie czasu.
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: miłośnikom powieści historyczno-przygodowych

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica
http://www.wydawnictwoerica.pl/

środa, 13 maja 2015

"Duchy Arłamowa" - Henryk Nicpoń

Henryk Nicpoń, mało popularny autor książek i uznany reporter, postanowił podzielić się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami dotyczących rządów Józefa Stalina. Zrobił to w powieści o ciekawym tytule Duchy Arłamowa. Tym ciekawszym, że słowo "Arłamow" uważałam za imię...

Arłamów to nie imię - to "rządowy ośrodek wypoczynkowo-myśliwskiego o kryptonimie W-2" prowadzony przez pułkownika Kazimierza Doskoczyńskiego. To miejsce magiczne, będące niejako bohaterem powieści. To właśnie w Arłamowie i okolicach wspomniany pułkownik oraz jego goście doznają licznych halucynacji, w których ukazywane są podobieństwa pomiędzy ówczesnym systemem politycznym (Stalin, potęga Związku Radzieckiego, bezprecedensowe czystki wśród ludności) a systemem rządzenia z dawno minionych lat. "Współcześni" bohaterowie - pułkownik Kazimierz Doskoczyński, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edward Gierek, premier Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej Piotr Jaroszewicz i generał Zygmunt Berling, a czytelnik wraz z nimi - przenoszą się w czasie i przestrzeni. Czy wyjdą z tego mądrzejsi?

Duchy Arłamowa to powieść historyczna z wątkami paranormalnymi. Z jednej strony ciekawa, ukazująca liczne analogie pomiędzy Józefem Stalinem i bizantyjskimi władcami. Z drugiej nieco ciężka w odbiorze, szczególnie na początku, ponieważ granica pomiędzy rzeczywistością a widzeniem jest zatarta. Z czasem przyzwyczaiłam się do płynnego przeskakiwania pomiędzy dwoma "światami" i zaczęłam czerpać z lektury przyjemność. Świadomość, że Józef Stalin opierał swoje rządy na ustroju sprzed lat niejako mną wstrząsnęła. Henryk Nicpoń na kartach swojej powieści udowadnia, że historia kołem się toczy i - kto wie - może jeszcze za naszego życia pojawi się kolejny "potomek" Konstatntyna Wielkiego (oby nie!)? Powieść nie pomija wątku religijnego. Wprawdzie Jezusa tam nie spotkamy, ale autor w ciekawy sposób ukazał stosunek swoich bohaterów i całego świata do chrześcijaństwa.

Duchach Arłamowa to nie bohaterowie się najważniejsi. W powieści chodzi przede wszystkim o udowodnienie, że Stalin nie był pierwszy w swojej bezwzględności. Wprawdzie autor dokładnie przedstawił swoich protagonistów, ale bledną oni na tle opisywanych wydarzeń. Uznaję to za zaletę powieści, ponieważ osoby zainteresowane daną postacią mogą rozszerzyć swoją wiedzę na jej temat podczas lektury pozycji stricte historycznych (albo chociaż Wikipedii), a takiego spojrzenia na wydarzenia minione nie znajdziemy w pierwszym lepszym opracowaniu.

Niestety, w Duchach Arłamowa znalazło się sporo błędów. Głównie literówek, zdarzyło się także coś w stylu "się poddał się". Mogę za to pochwalić twardą oprawę z - jakże odpowiednią z punktu widzenia treści - ilustracją na przedniej okładce. Wydanie urozmaicają fotografie wspominanych miejsc, a także "Roboczy słownik wybranych terminów bizantyjskich" (naprawdę fajna sprawa, jeśli ktoś chce lepiej wczuć się w klimat powieści) i krótka, ale interesująca, notka od autora.

Duchy Arłamowa to niecodzienne spojrzenie na okres panowania Stalina, ukazujące wtórność jego postulatów. To także rzut oka na postawy obywateli Polski w owych czasach. Lektura wartościowa i pouczająca, ale skierowana raczej do zainteresowanych tym okresem w dziejach Polaków. Ja, trzymając się w klimatach Czasu beboka oraz Mroku i mgły, w Duchach Arłamowa odnalazłam się doskonale.
Ocena końcowa: 4+/6
Polecam: miłośnikom historii Polski i Związku Radzieckiego za rządów Stalina

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica

Tytuł: Duchy Arłamowa
Autor: Henryk Nicpoń
Wydawnictwo: Erica
Data wydania: 4 maja 2015 r.
Ilość stron: 238
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - Główny bohater ma imię na tę samą literę co ja
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, w której znajdziesz magię
3. Klucznik na maj - Coś białego

środa, 23 lipca 2014

"Miecz Salomona" - Marek Orłowski

Tytuł: Miecz Salomona
Autor: Marek Orłowski
Seria: Samotny krzyżowiec #1
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 17 kwietnia 2014 r.
Ilość stron: 368 

Książki historyczne - także te "historyczne" - mają w sobie pewien urok, któremu nie potrafię się oprzeć. Miecz Salomona przyciągał mnie nie tylko przynależnością gatunkową, ale też - przede wszystkim - zachęcającym opisem z okładki.

W dziesiątym wieku przed narodzinami Chrystusa król Salomon zlecił wykonanie miecza. Miała być to broń wyjątkowa, zdolna przynieść zwycięstwo temu, kto ją dzierży, a do tego wykonana z kamienia spadłego z niebios i zdobna największym rubinem, jaki widział świat. Oręż wykuto, jednak nigdy nie trafił on do swego prawowitego właściciela, ponieważ został skradziony kowalowi w ostatnim dniu produkcji i zaginął. Dwa tysiące lat później, podczas jednej z pierwszych wypraw krzyżowych, ufundowany zostaje zakon Templum mający za zadanie obronę pielgrzymów do Jerozolimy. Rycerze odnajdują też legendarny skarb, o którym wiedzieć mają jedynie dwie osoby: wielki mistrz zakonu i jego seneszal. Jeszcze kilkadziesiąt lat później Saladyn szturmuje Ziemię Świętą, ale opór dają mu przebywający tam templariusze oraz Czarny Rycerz, Roland z Montferrat.

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest podwójny prolog (zajmujący około pięćdziesięciu stron). Następnie przychodzi zaskoczenie... po co było to wszystko, skoro fabuła koncentruje się na walkach Templum i Czarnego Rycerza z Saracenami? Czytałam, czytałam, coraz bardziej wciągając się w ferwor walk i zapominając o potężnym mieczu z rubinem w rękojeści. Wdrożyłam się w świat zakonników i kontrastujący z nim świat rycerza z Montferrat. Wtedy autor postanowił przypomnieć odbiorcom o tym, co przeczytali kilkadziesiąt (dobra, kilkaset) stron wcześniej. Wtedy zadałam sobie pytanie: dlaczego dopiero teraz? Czyżby celem Rolanda nie było odnalezienie pradawnej broni? Wszak można by to osiągnąć w jednym tomie!
Marek Orłowski poszedł chyba w ślady Tolkiena, który swoją sztandarową trylogię mógłby zamknąć w jednej książce, gdyby pominął wszystkie bitwy... ale ja właśnie za nie (i rozmach w ich opisie) pokochałam Władcę pierścieni! Nie inaczej było w tym przypadku. Owszem, czułam rozczarowanie, a jednocześnie napawałam się umiejętnościami autora w operowaniu językiem.

Zacznę od tego, że Marek Orłowski zadbał o "starożytną" oprawę swojej powieści. Gdy tylko rozpoczęłam lekturę, poczułam się jak podczas niedzielnej mszy i słuchania kolejnych Czytań. Udało mu się oddać specyficzną składnię ówczesnych wypowiedzi, ich kwiecistość oraz odpowiednie słownictwo. Istny majstersztyk. Nieco słabiej udały się wspomnienia, które zostały wplecione bezpośrednio w historię, bez wyraźnego odznaczenia. Jest to szczególnie uciążliwe, gdy bohater wspomina coś, ktoś mu przerywa, a on potem podejmuje swoją opowieść/rozmyślanie.

Najważniejszą postacią Miecza Salomona bez wątpienia pozostaje Roland. Jest to człowiek silny, waleczny, nieustraszony i honorowy. Boryka się z bolesną przeszłością, ale na polu walki nigdy się nie waha. Jest w nim coś z templariusza, ale wzbrania się przed wstąpieniem do zakonu. Uważam go za idealny przykład stereotypu rycerza. Bohaterów drugoplanowych jest niewielu, a każdy z nich jest rozpoznawalny i pełen wyjątkowych cech. Nieco słabiej prezentują się postaci epizodyczne, które zlały mi się w jedno (pewnie dlatego, że wszystkich spotkał taki sam los...).

Dodatkowym atutem książki jest zamieszczona na końcu nota historyczna wyjaśniająca ewentualne nieścisłości z prawdziwymi wydarzeniami. Autor lekko naciągnął rzeczywistość dla swoich potrzeb, ale czytelnik niezapoznany drobiazgowo z historią (jak ja) najpewniej nawet ich nie wychwyci (jak ja). Wychwyciłam jeden poważniejszy błąd "fabularny" - dziwię się, że umknął uwagi korektorów i samego pisarza - oraz kilka literówek, na które jestem skłonna przymknąć oko.

Miecz Salomona to dopiero wstęp do dłuższej opowieści, stąd tak długie odwlekanie w czasie tego najistotniejszego dla fabuły momentu. Nie wiem, ile tomów planuje jeszcze napisać autor... Na pewno więcej niż jeden, co zdradził w końcówce noty historycznej. Jestem pewna, że sięgnę po drugą część Samotnego krzyżowca, ciekawa dalszych losów Rolanda. Was również zachęcam do zapoznania się z tą książką - nawet jeśli nie dysponujecie rozległą wiedzą historyczną. Warto!
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: miłośnikom powieści historycznych; miłośnikom epickiego języka :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica
 

piątek, 16 maja 2014

Triumf - Bernard Cornwell

Tytuł: Triumf. Bitwa pod Assaye 1803 (ang. Sharpe's Triumph)
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Kampanie Richarda Sharpe'a, #2
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 31 października 2011 r. (premiera: luty 1998 r.)
Ilość stron: 414

Historia nigdy nie była moją mocną stroną, a cała moja wiedza ogranicza się do kilku dat, nazwisk, bitew. Mimo wszystko książki z gatunku fikcji historycznej czytuję chętnie. Może to paradoks, ale każdy z nas ma swoje małe skrzywienia :)

Richard Sharpe, sierżant brytyjskiej armii walczącej w Indiach z Mahrattczykami, uchodzi z życiem z krwawej rzezi. W dowodzącym rozpoznaje majora Dodda, o czym donosi swojemu przyjacielowi pułkownikowi McCandlessowi. Imć Dodd jest już poszukiwany za dezercję, więc dwaj zacni dżentelmeni postanawiają go pojmać i postawić przed sądem. Sam Sharpe również jest poszukiwany, oskarżono go bowiem o znieważenie wyższego stopniem oficera. A w międzyczasie ma rozegrać się jedna z bitew Drugiej Wojny Brytyjsko-Mahratckiej: bitwa pod Assaye z września 1803 roku.

Największym mankamentem Triumfu jest wielowątkowość. Poszukiwania Dodda przedstawione i poprowadzone zostały w doprawdy żałosny sposób, ukazując niekonsekwencje bohaterów (lub autora) w dążeniu do celu. Nieco lepiej wypada próba aresztowania Richarda, choć cała uknuta wokół niego intryga to kolejny słaby fabularny punkt. Teoretycznie najistotniejszy wątek, sama bitwa z Mahrattczykami, potraktowany został po macoszemu i niesamowicie chaotycznie. To wielkie stracie, zakończone triumfem Brytyjczyków, opisano całkiem bez polotu. Mamy więc trzy byle jakie wątki - co więcej? Mało istotne, niewiele wnoszące do fabuły epizody. Pod tym względem Bernard Cornwell nie popisał się.

Richard Sharpe, jako postać, również nie przypadł mi do gustu. Posiada nieprzebrane bogactwa (których zdobycie opisano w pierwszej części Kampanii Richarda Sharpe'a, Tygrysie) i teoretycznie jest szczęśliwy. Gdy jednak zasugerowano mu możliwość awansu na oficerskie stanowisko, jest gotów odrzucić swoje ideały, by ów awans stał się rzeczywistością. Do jego "realnych" cech można zaliczyć jeszcze pociąg do niewiast (zwłaszcza że na wojnie jest ich niewiele) - ale to wszystko. Mężczyzna jest niemożliwie naiwny, łatwowierny i skomplikowany jak budowa cepa. Na jego tle nawet pobożny i bogobojny pułkownik McCandless wydaje się niesamowicie barwną postacią.

Nie zgłaszam zarzutów odnośnie zgodności książki z historycznymi faktami. Porównując Triumf z informacjami na Wikipedii, nie dopatrzyłam się większych nieścisłości. Bernard Cornwell wymyślił Richarda, majora Dodda i pułkownika McCandlessa, ale pozostali protagoniści to naprawdę żyjące postacie. Przebieg bitwy również pozostał niezmieniony.

Triumf nie spodobał mi się tak, jak bym sobie tego życzyła. Lektura była monotonna i nieciekawa, główni bohaterowie bezpłciowi, a konstrukcja fabuły pozostawia wiele do życzenia. Owszem, nieco wzbogaciłam swoją historyczną wiedzę (wiem, kiedy odbyła się bitwa, kto dowodził, kto wygrał). Po kolejne tomy Kampanii Richarda Sharpe'a sięgnę - licząc na coś lepszego.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośnikom fikcji historycznej

Czy tylko mi ten pan z okładki przypomina Jaimiego Lannistera z serialu Gra o tron? :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica

piątek, 2 maja 2014

Wspólnik - Lena Najdecka

Tytuł: Wspólnik
Autor: Lena Najdecka
Seria: Rodzina Wenclów, #1
Wydawnictwo: Erica
Data wydania: 21 września 2013 r. (premiera: 9 grudnia 2010 r.)
Ilość stron: 470

Do literatury polskiej zawsze podchodzę z większą nieufnością niż tej zagranicznej - z powodu bliżej nieznanego. Po serię o warszawskich nowobogackich, Wenclach, sięgnęłam raczej od niechcenia, bo wolę fantastykę, bo wolę zagraniczne książki, bo pasuje zrecenzować otrzymaną jakiś czas temu książkę...

Zaczyna się od chęci zakupienia już sprzedanego domku. Chatka szybko jednak popada w zapomnienie, a akcja skupia się na problemach Wenclów. Problemach rodzinnych, zawodowych, sercowych. Oto Paweł, wzięty prawnik, którego żona coraz bardziej się od niego oddala. Dalej Mateusz, playboy z zamiłowania, który nie może przestać myśleć o ponętnej koleżance (Antoninie) z pracy. Następnie Piotruś, rodzinna oferta i oczko w głowie mamusi, niezaradna istotka, której jednak poświęcono na kartach książki niewiele czasu. Mamy jeszcze przyszywaną siostrę żony Pawła, Matyldę, która - gdy wreszcie znajduje sobie narzeczonego - zaczyna mieć problemy z nową szefową. No i jeszcze Zagajewicz, wspólnik Pawła, który przynosi mu bardzo intratną ofertę dla klienta.

Mimo licznych postaci, książka nie powala złożonością fabuły, co nadrabia jej pogmatwanym przedstawieniem. Niemal każdy rozdział przedstawiany jest z perspektywy innego bohatera i niemal każdy rozdział może pochwalić się podejrzanymi przeskokami w fabule. Nie zliczę, jak często musiałam powtarzać czytanie ostatniego akapitu / ostatniej strony, by zrozumieć, czemu nagle zgubiłam wątek. Moim głównym zarzutem wobec fabuły jest jednak ogromna niekonsekwencja ze strony autorki. Rozpoczyna jakiś wątek, potem kolejne, a gdy już uzna ich ilość za wystarczającą, postanawia za wszelką cenę zamknąć ten ostatni (z informatycznego punktu fabuła prezentuje się jak stos: to co "przyszło" ostatnie, "wychodzi" jako pierwsze). Można było to rozwiązać inaczej, lepiej (w tym zdecydowanie bryluje George R.R. Martin), bo obecna konstrukcja powieści raczej zniechęciła mnie i znużyła, niż zachęciła do kontynuacji lektury.

Niestety, niewiele dobrego mogę napisać też o głównych bohaterach. Nie mam pojęcia, jak funkcjonuje świat Tych Bogatych i nie wiem, na ile poznała go Lena Najdecka. Dwójka, na której najbardziej skupia się Wspólnik, a więc Paweł Wencel i Marlena Rolicz to chyba najbardziej nijakie, bezpłciowe postaci pierwszoplanowe, z jakimi spotkałam się w ostatnim czasie na kartach jakiejkolwiek powieści. Paweł, jak to gburowaty, zapracowany prawnik, zaniedbuje żonę, a wszelkie próby poprawienia ich relacji spalają na panewce. Nie dostrzegłam w nim ani kropli romantyczności, uprzejmości, empatii - samą gorycz, złośliwość i apatię. Marlena z kolei, jako świeżo upieczona narzeczona, niby cieszy się ze zdobycia serca swojego lubego, a jednocześnie sama spycha go w ramiona innej. Do tego nieustannie smęci, jaki to okrutny jest świat, jak jej luby się od niej oddala... Oj, przez nią nieraz miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno.

Wspólnik zdecydowanie nie trafił w moje gusta, nie znajdzie się więc na półce z ulubionymi książkami. Nieciekawi bohaterowie nie podnoszą poziomu pogmatwanej, a jednocześnie przewidywalnej fabuły z dziurami jak w serze szwajcarskim. Nie wiem nawet, komu tę pozycję polecić. Mnie się nie podobało, ale czytywałam już gorsze książki.
Ocena końcowa: 2+/6
Polecam: ?

Za książkę dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica
 

piątek, 16 grudnia 2011

"Całując grzech" - Keri Arthur

Tytuł: Całując grzech (org. Kissing Sin)
Autor: Keri Arthur
Seria: Zew nocy, #2 (org. Riley Jenson Guardian)
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 15 czerwca 2011 r. (premiera: styczeń 2007)
Ilość stron: 440

Pierwsza część serii Zew nocy autorstwa Keri Arthur niespodziewanie mi się spodobała. Czy drugi tom okaże się godnym następcą?

Riley Jenson powraca... niespodziewanie. Budzi się zupełnie naga, nie pamięta wydarzeń sprzed kilku ostatnich dni, co więcej niemal natychmiast zostaje zaatakowana i ledwo uchodzi z życiem... Podczas próby ucieczki poznaje Kade'a - zmiennokształtnego, zdolnego przemienić się w konia - bardzo jurnego ogiera, ale o tym za chwilę. Do tego duetu dołączają bohaterowie znani ze Wschodzącego księżyca - jej brat Rhoan, szef departamentu Jack oraz przystojny i uroczy wampir Quinn. Razem chcą dowiedzieć się, kto i po co uwięził Riley i Kade'a. A przy okazji nie stronią od zabawy, szczególnie tej "tylko dla dorosłych". Wilkołacza krew nie da przecież o sobie zapomnieć...

Drugi tom serii utrzymuje podobny poziom fabularny co pierwszy. Dynamiczna akcja nie pozwala czytelnikom nawet na chwilę odpoczynku, ciągle coś się dzieje. Wydarzeniom nie brakuje tajemniczości, główny sekret pozostaje nierozwiązany właściwie do samego końca książki. Pozytywnie zaskoczyła mnie pomysłowość autorki przy wymyślaniu kolejnych "misji", którym muszą stawić czoła bohaterowie. Z drugiej strony miałam wrażenie, że zachowanie głównego informatora bohaterów (czyli Mishy) było przekombinowane, zbyt unikał podsuwania najistotniejszych szczegółów. Nie zabraniam mu zabawy, ale z czasem robiło się to irytujące. Brakowało mi też zaskakujących zwrotów akcji - wartki jej przebieg to nie wszystko.

W porównaniu z częścią pierwszą, Całując grzech lekko ogranicza ilość scen erotycznych - ale niewiele. Jest ich troszkę mniej, jednak ich opisy są bardziej szczegółowe, a same akty bardziej brutalne. Czy to dobrze czy źle - zależy od odbiorcy. Mnie one trochę odrzucały (choć nie tak jak w Córce burzy Richelle Mead). Książka byłaby równie dobra bez scen seksu - może szeroki świat myśli inaczej...?

Spieszę pochwalić warsztat autorki. Keri Arthur nie jest już debiutantką, w Całując grzech pokazuje, na co stać doświadczonego autora. Wydarzenia opisane są niesamowicie plastycznie i dynamicznie, kolejne strony prawie same się odwracają. Także scenom erotycznym nie można odmówić sugestywności i oddziaływania na wszystkie zmysły czytelnika. Za drobny mankament uznaję "przegadanie" książki, ale tutaj dialogi przeważnie wnoszą coś istotnego do fabuły.

Na zakończenie pragnę wspomnieć o polskim wydaniu. Okładka utrzymana została w tym samym stylu co we Wschodzącym księżycu (początkowo pomyliłam te dwa tomy, tak bardzo są do siebie podobne). Tłumaczenie jest bardzo dobre, uwzględnia wszystkie przekleństwa i niecenzuralne słowa (których jest całkiem sporo), ale pod koniec książki kuleje korekta. Trochę szkoda, ale ten mankament nie wpływa w jakiś znaczący sposób na przyjemność z lektury.


Jeśli spodobał Wam się Wschodzący księżyc, także Całując grzech przypadnie Wam do gustu (i odwrotnie). Książka pozytywnie zaskakuje dynamiką, rozczarowuje dużą ilością erotyki i brakiem emocjonujących zwrotów akcji. Dla miłośników romansów paranormalnych i urban fantasy Zew nocy to pozycja obowiązkowa. Pozostałym mogę polecić jako kawał dobrej, dynamicznej historii o seksie - sami zdecydujcie, czy to coś dla Was.
Ocena końcowa: 5-/6
Polecam: miłośnikom romansów paranormalnych i urban fantasy


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica.

czwartek, 25 sierpnia 2011

"Nieprzyjaciel Boga" - Bernard Cornwell

Tytuł: Nieprzyjaciel Boga (org. The Enemy of God)
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Trylogia arturiańska, #2 (org. The Arthur Books)
Wydawnictwo: Erica
Data wydania: 28 września 2010 r. (premiera: maj 1996)
Ilość stron: 560


Pierwsza część trylogii bardzo mi się spodobała. Było to zupełnie nowe podejście do legendy o bohaterskim, niezwyciężonym i kryształowym Arturze. Jak, w porównaniu z tą książką, prezentuje się drugi tom o dość ciekawym tytule Nieprzyjaciel Boga?

Stary mnich Derfel kontynuuje swoją opowieść o życiu i działalności Artura ap Uther oraz innych postaci znanych z legend. Najpierw jesteśmy świadkami poszukiwań jednego z trzynastu Skarbów Brytanii - Kotła o potężnej mocy magicznej. Zaraz potem dołączymy do armii Artura w starciu z nacierającymi ze wschodu Saksonami, a niebawem później zobaczymy, jak na stanowisku króla radzi sobie młody, kaleki Mordred - prawowity następca tronu. Poznamy jeszcze mocno alternatywną wersję historii Tristana i Izoldy, a na zakończenie ponownie skoncentrujemy się na konflikcie między Brytami i Saksonami.

Wymienione wątki to tylko najważniejsze elementy. Autor zapełnił kolejne strony powieści opisami potyczek, miłosnych intryg (choć romans pełni tu marginalną rolę) oraz życia codziennego Bryta - wojownika, przyjaciela, ojca. Nie ucieka też od religii: chrześcijanie robią się coraz bardziej zuchwali, buntują się przeciw rządom Artura - poganina, tytułowego "nieprzyjaciela Boga". Ciekawym, wprowadzającym zamieszanie elementem jest kult Izydy - obecny od początku serii, ale tutaj zyskujący na znaczeniu. Cornwell serwuje czytelnikom wiele niespodziewanych momentów, nie oszczędza bohaterów, na szczęście nie zagłębia się w brutalne szczegóły tortur/zabójstw. Pisze tyle, by wywrzeć wrażenie, ale nie budzi niesmaku.
Muszę jednak wspomnieć, że ciężko było mi wciągnąć się w lekturę. Początek wydał mi się nudny. Pan Bernard zaczął od mało ciekawych politycznych rozważań, dopiero później "wziął się" za poszukiwanie Kotła. Lepiej późno niż wcale, nudna nie trwała długo, ale wspomnienie pozostało...

Wciąż obserwujemy zmiany charakteru bohaterów. Najlepiej widać to na przykładzie Artura, co do którego mam bardzo mieszane odczucia. Owszem, jest niezwykle słowny i honorowy, ale jego zachowanie zakrawa na fanatyzm. Zmienia się dopiero pod koniec, ale i tak nie wzbudził mojej sympatii. Wszyscy bohaterowie nakreśleni są wyraziście, nie możemy pozostawać wobec nich obojętni, mimo że nasza opinia o nich może ulegać zmianie podczas lektury.

Autor pisze bardzo przystępnie. Tłumacz, kolokwialnie mówiąc, odwalił kawał dobrej roboty, dbając o styl i brak powtórzeń. Zabieg taki pogłębia wrażenie dopracowania, a klimatyczne słownictwo jeszcze bardziej pomaga wczuć się w akcję. Tom, oprócz części zasadniczej, zawiera też małą, przydatną mapkę Brytanii czasów arturiańskich, wykaz występujących postaci i miejsc oraz krótki dodatek od autora, w którym pokrótce wyjaśnia, co jest prawdą, co elementem legendy, a co... czystą fikcją. W tej części znalazłam niestety więcej błędów korektorskich niż w Zimowym monarsze. Najczęściej były to problemy "ł"/"l", nie utrudniały jednak lektury.

Czy polecam Nieprzyjaciela Boga? Jak najbardziej! To wciąż ciekawe, oryginalne podejście do legend arturiańskich, pełne wartkiej akcji, ciekawych bohaterów i pewnej dozy historyczności. Pojawiający się lekki humor autentycznie bawi, wybredny czytelnik zachwyci się barwnym językiem. Dla każdego coś dobrego. Naprawdę warto zawrzeć bliższą znajomość z Derflem i jego kompanami!
Ocena końcowa: 6-/6
Polecam: poszukującym wciągającej lektury (nawet jeśli nie lubicie historii)

Książkę otrzymałam od Instytutu Wydawniczego Erica.
Serdecznie dziękuję!

niedziela, 14 sierpnia 2011

"Wschodzący księżyc" - Keri Arthur

Tytuł: Wschodzący księżyc (org. Full Moon Rising)
Autor: Keri Arthur
Seria: Zew nocy, #1 (org. Riley Jenson Guardian)
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 17 lutego 2011 r. (premiera: grudzień 2006)
Ilość stron: 440


Wschodzący księżyc to pierwszy tom cyklu Zew nocy - cyklu, który przyniósł autorce niespodziewaną popularność i szeroko otworzył drzwi do międzynarodowej kariery. Po prostu musiałam sprawdzić, w czym tkwi fenomen osławionej serii.

Riley Janson jest rzadko spotykaną hybrydą, ma w sobie coś z wampira i coś z wilkołaka (więcej z wilkołaka). Nie musi się z tym kryć, cały świat zna i akceptuje prawdę o istnieniu "innych". Powszechnie znana jest również pewna przypadłość wilkołaków - niesamowite pobudzenie seksualne zaczynające się tydzień przed pełnią.
Właśnie siedem dni przed pełnią księżyca na progu swojego mieszkania Riley znajduje nagiego wampira: szuka jej brata, Rhoana. Quinn, gdyż tak ma na imię krwiopijca, okazuje się zwiastunem kłopotów. Najpierw Rhoan gdzieś znika, później ktoś próbuje pozbyć się samej Riley, do tego księżycowa gorączka szaleje... Trzeba odnaleźć złoczyńcę, który za tym stoi. Nie obędzie się bez mylnych tropów i ślepych zaułków.

Książka to przede wszystkim kryminał. Razem z bohaterką koncentrujemy się na rozwiązaniu tajemnicy, odnalezieniu brata, szpiegowaniu wroga... Ten wątek trzyma poziom, wiele razy byłam zaskoczona jakimś rozwiązaniem fabularnym. Drugi, choć równie ważny, plan zajmuje miłość i seks. Aparycja Quinna bardzo pociąga Riley, która oprócz niego ma jeszcze dwóch "stałych" partnerów. Rozwój znajomości wampira i naszej hybrydy został przedstawiony realistycznie, niezbyt szybko czy nienaturalnie delikatnie - duży plus. Autorka ciekawie umotywowała wprowadzanie scen erotycznych (których dla mnie było za dużo), co również mogę (mimo wszystko) uznać za zaletę tej pozycji.

Muszę coś napisać o języku. Pierwszoosobowa narracja w czasie przeszłym daje czytelnikom możliwość dogłębnego poznania Riley - jej charakteru, przemyśleń, wreszcie wątpliwości. Książkę czyta się przyjemnie, pani Arthur unika niepotrzebnych wulgaryzmów, których w urban fantasy nie brakuje. Także sceny miłosne, opisywane mniej lub bardziej szczegółowo, potrafią pobudzić wyobraźnię, wzbudzić odrazę lub... podniecenie (?). Ja za nimi nie przepadam, starałam się jak najszybciej je przeczytać, ale doceniam umiejętności autorki.

Bohaterowie wzbudzają emocje i zaskakują czytelników. Riley jest niezależna i twarda, często bezwzględna, ale jej silna wola przegrywa z silną żądzą, jaką odczuwa przy okazji pełni. Podziwiałam jej determinację i umiejętność kombinowania. Quinn wzbudził moją sympatię, chociaż czasami był strasznym "pantoflarzem" (wampir-pantoflarz, dobre sobie...). Żałuję, że mało czasu miałam na poznanie Rhoana - wydaje się ciekawą postacią, mam nadzieję, że autorka poświęci mu więcej czasu w kolejnych tomach. W Wschodzącym księżycu poznajemy też kochanków Riley i Rhoana (samych facetów...), o których szybko wyrabiamy sobie opinię. Okazuje się jednak, że noszą maski, które w końcu zrzucają i ZNOWU zaskakują odbiorców.

Wschodzący księżyc to na pewno książka dobra. Łączy elementy kryminału i romansu, daje również coś do namysłu (czy stworzenie idealnej istoty jest możliwe?). Osobiście nie przepadam za scenami erotycznymi, dlatego obniżam ocenę, ale jeśli Wam one nie przeszkadzają, spokojnie wystawcie tej pozycji ocenę o stopień wyższą i sięgnijcie bez wahania :)
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: miłośnikom kryminałów z paranormalnymi postaciami (uwaga: sceny erotyczne!)

Książkę otrzymałam od Instytutu Wydawniczego Erica.
Serdecznie dziękuję!

niedziela, 24 lipca 2011

"Zimowy monarcha" - Bernard Cornwell

Tytuł: Zimowy monarcha (org. The Winter King)
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Trylogia arturiańska, #1 (org. The Arthur Books)
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 19 maja 2010 (premiera: maj 1995)
Ilość stron: 600

Na tę trylogię miałam ochotę już od dawna. Okres panowania Artura od zawsze mnie fascynował, więc gdy tylko pojawiła się okazja i dorwałam w swoje zachłanne ręce to tomiszcze, wzięłam się do czytania.

Głównym bohaterem Zimowego monarchy nie jest Artur. Ba, postać legendarnego władcy Brytanii pojawia się po jakimś czasie. Pierwsze skrzypce gra tu podstarzały mnich Derfel. Od królowej otrzymuje iście bojowe zadanie - spisania swoich wspomnień. Wspomnień sięgających przełomu wieków V i VI. Wspomnień, w których - oprócz Artura - pojawiają się dziesiątki innych osobistości, jak choćby Merlin (potężny mag?), Lancelot (szlachetny rycerz?), Ginewra (oszałamiająca piękność?) czy Nimue (brak skojarzeń?). Wspomnień pełnych smutku, radości, łez, miłości, a przede wszystkim przygód.

Derfel (a właściwie autor) snuje swoją opowieść bardzo ciekawie i ekspresywnie. Opisuje nie tylko wielkie i ważne potyczki czy wojnę i jej skutki. Pochyla się także nad codziennością, życiem ówczesnych ludzi, co stanowi przyjemną odskocznię od smutnych i poważniejszych wątków. Pan Cornwell nie prawi morałów, ale i nie idealizuje przedstawionego przez siebie świata: pokazuje jego okrucieństwo, bezwzględność żołnierzy, bezradność ludności cywilnej. Mnie najbardziej poruszały opisy sytuacji kobiet i dzieci - gwałty, tortury, morderstwa...

Spokojnie, nie znajdziecie tutaj szczegółowych opisów tych okropieństw. Derfel nie wie wszystkiego, nie widzi wszystkiego: wspomina o krzykach gwałconych kobiet, ale żadnych detali nie podaje. Podobnie inne dramatyczne momenty - jedynie to, co bezpośrednio dotyczy naszego mnicha, poznajemy bardziej drobiazgowo. Muszę pochwalić bardzo żywy, prosty w odbiorze gawędziarski język: wtrącenia, przemyślenia i zdania typu "Nie wiedział wtedy, jak bardzo się mylił" uprzyjemniają lekturę i jeszcze bardziej wciągają.

Warto napisać też o bohaterach. Daleko im do chodzących ideałów, na jakich kreowani są jako bohaterowie legend. Każdy z nich ma swoje przekonania, którym jest wierny, a ich działania są logicznie (albo i nie, zależy od punktu widzenia) motywowane. Szlachetny Lancelot ukazany zostaje zupełnie inaczej niż w opowieściach - zapałałam do niego zdecydowaną antypatią. Względem samego Artura mam mieszane uczucia: początkowo wydawał mi się ideałem, później jednak zaczęłam dostrzegać jego wady - bardzo problematyczne dla władcy wady. Ogromne brawa dla pana Cornwella za tak realistyczne przedstawienie i powiązanie postaci historycznych, legendarnych oraz zupełnie fikcyjnych.

Muszę jeszcze wspomnieć o wydaniu. Erica stanęła na wysokości zadania. Oprócz pięknej okładki, otrzymujemy potężne tomiszcze pozbawione błędów, nawet interpunkcyjnych! Tłumacz świetnie się spisał, utrzymując gawędziarski ton i lekko anarchiczny język. Dodatkowo w tomie zawarto mapkę oraz krótki spis bohaterów i miejsc - przydatne w przypadku dłuższej przerwy w lekturze czy też zwyczajnej sklerozy ;)

Jak widzicie, ta recenzja to jeden wielki pean pochwalny na cześć Zimowego monarchy. Z czystym sercem polecam ją każdemu, nawet osobom niezainteresowanym historią. Opowieść może stanowić świetne źródło informacji o czasach arturiańskich, trzeba jednak pamiętać, by zachować dystans względem opisywanych wydarzeń - w końcu to nie podręcznik do historii, ale pozycja fantastyczna, o czym autor przypomina na zakończenie.
Ocena końcowa: 5+/6
Polecam: lubiącym porywające powieści przygodowe, szczególnie osadzone w czasach panowania Artura (ale zapewniam, że nie tylko!) 

Książkę otrzymałam od Instytutu Wydawniczego Erica.
Serdecznie dziękuję!