Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mag. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 stycznia 2023

"Urządzenie Centauryjskie" M. John Harrison

Space opera o intrygującym zakończeniu i irytującej całej reszcie.

John Truck z pozoru był tylko kolejnym szemranym kapitanem statku kosmicznego. Handlował narkotykami, gdy mógł je dostać, a kiedy ich nie było, przewoził inne towary. W rzeczywistości był jednak ostatnim z Centauryjczyków - choć tylko półkrwi - i w związku z tym jedyną osobą zdolną uruchomić Urządzenie Centauryjskie, rozumną bombę, która mogła być kluczem do rozstrzygnięcia okrutnej kosmicznej wojny.

Klasyczna powieść M. Johna Harrisona stawia na głowie konwencje space opery i jest napisana z precyzją oraz talentem, z jakich zasłynął.

Gdybym miała Urządzenie Centauryjskie opisać jednym słowem, wybrałabym "chaos". Już od pierwszych stron dużo się dzieje i nie zmienia się to niemal do samego końca. Nieustannie ktoś próbuje zwerbować / zaatakować / uprowadzić / odbić / przekabacić naszego protagonistę, Johna Trucka - kapitana statku, podrzędnego przemytnika i handlarza narkotykami. Wszystko z powodu pochodzenia głównego bohatera.

poniedziałek, 11 lipca 2022

"Legion. Wiele żywotów Stephena Leedsa" Brandon Sanderson

Brandon Sanderson w sensacyjno=fantastycznej odsłonie. Bezzmiennie zachwycający.

Stephen Leeds jest całkowicie zdrowy na umyśle. To jego halucynacje są szalone.

Stephen jest geniuszem o niezrównanych zdolnościach, który w ciągu zaledwie kilku godzin może opanować dowolną umiejętność, zawód lub dziedzinę sztuki. Niestety, by pomieścić całą tę wiedzę, jego umysł tworzy wyobrażonych ludzi – Stephen nazywa ich aspektami – by zachować i uzewnętrzniać wszystkie informacje. Dokądkolwiek Stephen się udaje, towarzyszy mu drużyna wyobrażonych ekspertów, która udziela rad, interpretuje i objaśnia. Wykorzystuje ich do rozwiązywania problemów… nie za darmo.

Ale jego umysł robi się nieco zatłoczony, a aspekty mają tendencję do życia własnym życiem. Kiedy pewna firma wynajmuje go do odzyskania skradzionego sprzętu – aparatu mogącego rzekomo robić zdjęcia przeszłości – Stephen pakuje się w przygodę, która zmusi go do udania się na drugi koniec świata i walki z terrorystami. To, co odkryje, może podważyć fundamenty trzech najważniejszych światowych religii – i, być może, dać mu niezwykle ważną wskazówkę co do prawdziwej natury jego aspektów.

Pierwsze strony wprowadzają pewien chaos. Czytelnik nie do końca rozumie, co się dzieje, ale wątpliwości szybko się rozwiewają. Odbiorca wskakuje na główkę w świat tytułowego bohatera, Stephena Leedsa, którego umysł wytworzył mu kilkadziesiąt aspektów - niewidocznych dla nikogo innego ludzi. Każde z aspektów ma swoją specjalizację i gotowe jest służyć wiedzą z danej dziedziny swojemu stwórcy. A powodów do takiej "służby" jest dość sporo, bo Stephen trudni się rozwiązywaniem różnorakich problemów innych ludzi.

środa, 24 marca 2021

"Cesarz Ośmiu Wysp" Lian Hearn

Cesarz Ośmiu Wysp to książka, w moim odczuciu, pełna sprzeczności. Osadzona w cudownych realiach, ale wprowadzająca bohaterów, którym nie sposób kibicować.

Cykl Opowieść o Shikanoko wrzuca czytelnika do fikcyjnego świata mocno inspirowanego feudalną Japonią, w którym sporą rolę odgrywają wierzenia, duchy i przeznaczenie. To właśnie obecność typowych dla tamtejszego folkloru postaci i fajnie oddany klimat trzymały mnie przy tej powieści do samego końca. Niestety, nie przypadł mi do gustu styl pisania, który kojarzy się z Mitologią Parandowskiego - skupiający się na ekspozycji, pobieżnie opisujący wydarzenia i dialogi. Odbiór takiego typu narracji zależy oczywiście od preferencji, ale mnie się nie podobało.

środa, 3 marca 2021

"Zniszczenie i odnowa" Leigh Bardugo

Niezbyt satysfakcjonujące zakończenie trylogii Grisha, utrzymane w konwencji typowego "fantasy YA", ale potrafiące zaskoczyć.

Zniszczeniu i odnowie, akcja toczy się raczej niespiesznie, a główny nacisk nadal kładziony jest na emocjonalne rozterki głównej bohaterki, Aliny Starkov. Szczęśliwie, poza (typowymi dla tej trylogii) wątpliwościami natury uczuciowej, protagonistkę dręczą typowe dla okresu wojny kwestie moralne: ile osób zginęło "za nią" i "dla niej", czy można było tego uniknąć. Te ostatnie nie zajmują jednak wiele miejsca, ponieważ relacje Aliny z Malem, Nikołajem i Zmroczem nadal zdają się najistotniejszym elementem powieści (ważniejszym od akcji). Spośród tej trójki, jej znajomość z Nikołajem wywołuje we mnie najmniej frustracji: jest zabawna, "z ikrą", chociaż z czasem nabiera baśniowo-patetycznego charakteru, co nie przypadło mi do gustu. Obecność Zmrocza w mniej więcej 2/3 książki uznaję za niepotrzebną, a dążenie Aliny do spotkań z nim - irracjonalne i dążące tylko do tego, by pokazać, że protagonistka nie boi się stanąć przed wrogiem (co w sumie wiedzieliśmy już wcześniej, bo dziewczyna nie potrafi ugryźć się w język) i pogrozić mu paluszkiem. Z kolei Mal... z jednej strony, jego relacja z Aliną doprowadzała mnie do szału - głównie z powodu zachowania protagonistki właśnie - z drugiej odczuwam do niego niesamowitą sympatię, ponieważ wprowadzał do tego duetu odrobinę rozsądku. Nie potrafię się zachwycić tym elementem, ale też nie mogę go mocno krytykować.

środa, 27 stycznia 2021

"Bohater wieków" Brandon Sanderson

Niesamowite zakończenie wciągającej trylogii, bawiące się oczekiwaniami czytelnika i do maksimum wykorzystujące potencjał stworzonego świata.

Bohater wieków rozpoczyna się z przytupem (ale nie trzęsieniem ziemi.. nie tym razem, panie Hitchcock), a potem napięcie rośnie! Zwieńczenie trylogii Ostatnie imperium (mam świadomość, że cykl otrzymał kolejne tomy kilka lat po publikacji Bohatera..., ale na potrzeby tej opinii pomińmy je) wprowadza do serii element apokaliptyczny - popiół pokrywa ziemie coraz grubszą warstwą, niszcząc ubogą roślinność, ludzie i zwierzęta głodują, mgły stają się coraz zuchwalsze, ziemia drży coraz częściej... Podczas gdy Z mgły zrodzony przedstawiał czytelnikowi reguły działania świata, Studnia wstąpienia koncentrowała się na polityce i problemach sprawowania władzy, tak Bohater wieków główny nacisk stawia na przetrwanie, za wszelką cenę.

piątek, 15 stycznia 2021

"Studnia wstąpienia" Brandon Sandeson

Niesamowita kontynuacja świetnego Z mgły zrodzonego, trzymająca w napięciu i dobrze prezentująca główne wątki: problemy nowego królestwa i rozterki osób "niepasujących".

Ten, kto myślał, że po obaleniu Ostatniego Imperatora w Luthadel zapanuje spokój, był w błędzie. Rok po wydarzeniach z pierwszej części trylogii, miasto boryka się z kolejnymi, bardziej wewnętrznymi problemami - niezadowoleniem niektórych grup społecznych i pełnym wewnętrznych spięć rządem - ale też zagrożeniem z zewnątrz: stolica Ostatniego Imperium staje się bowiem obiektem zainteresowania kilku pretendentów do tronu. Dodatkowo Vin zaczyna odczuwać coraz większe wątpliwości co do tego, kim jest i czego pragnie.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

"Z mgły zrodzony" Brandon Sanderson

Z przykrością stwierdzam, że długo nie mogłam się wciągnąć w Z mgły zrodzonego. Perypetie Vin - zarówno te z czasów jej życia na ulicy, jak i początków jej nauki Allomacji oraz stawiania pierwszych kroków na dworze - mnie nie zafascynowały. Nawet w momencie, kiedy bohaterowie zaczęli planować (na pozór niemożliwą) rebelię przeciwko obecnemu ustrojowi, nie czułam "tego czegoś". Odnoszę wrażenie, że gdyby to Kelsier - bardziej doświadczony Allomanta, pomysłodawca i organizator przewrotu - był głównym bohaterem, lektura mogłaby stać się ciekawsza. Wprawdzie, towarzysząc Vin, możemy trochę lepiej poznać lokalną szlachtę, ale... chyba więcej o nich dowiadujemy się od Kelsiera niż z pobytu dziewczyny na dworach.

poniedziałek, 30 listopada 2020

"Elantris" Brandon Sanderson

Elantris to moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona i wierzę, że nie ostatnie, ponieważ jestem szczerze zachwycona!

Bardzo spodobało mi się przedstawienie akcji z trzech perspektyw, z których każda umożliwiała czytelnikowi spojrzenie na historię pod innym kątem. Mamy więc Raodena, arelońskiego księcia, który doskonale zna legendy o Elantris oraz sytuację geopolityczną swojego kraju, ale nie ma pojęcia o tym, jak funkcjonuje zamieszkiwana przez Elantrian enklawa, do której trafia. Sarene, jego niedoszła małżonka, stawia pierwsze kroki w nowym kraju, nie do końca świadoma obowiązujących weń zasad, i próbuje wprowadzać w nim zmiany. Ostatnim protagonistą jest kapłan obcej religii, gyorn Hrathen, którego przełożony wysłał do Arelonu, by tenże kraj nawrócić. Wątki całej trójki przeplatają się, ze szczególnym uwzględnieniem historii Sarene i Hrathena - obydwoje dążą bowiem do wprowadzenia pewnych zmian w kraju, do którego niedawno przybyli, ale ich sposoby działania są drastycznie odmienne.

niedziela, 22 listopada 2020

"Oblężenie i nawałnica" Leigh Bardugo


Mimo pewnego zawodu, jaki odczuwałam po zakończeniu lektury Cienia i kości, natychmiast rozpoczęłam przygodę z Oblężeniem i nawałnicą. Nie zawiodłam się, a tom utrzymał wprowadzone pod koniec pierwszej części tempo, może nawet akcja trochę przyspieszyła.

Leigh Bardugo poprowadziła akcję wartko, unikając dłużyzn. Jednocześnie zapewniła spokojniejsze chwile, dzięki czemu nie czułam się przytłoczona wydarzeniami. Podobało mi się, że nie znalazłam tu żadnej sceny, która byłaby niepotrzebna (a przynajmniej nie kojarzę takowych). Za plus uznaję też suspens budowany na koniec tomu - kilkadziesiąt stron przed zakończeniem siedziałam z zapartym tchem, zastanawiając się, czy "coś" się wydarzy, czy jednak Autorka zostawi "to" na kolejny tom. Żeby nie spoilować - nie mogę się doczekać lektury Zniszczenia i odnowy :)

wtorek, 17 listopada 2020

"Cień i kość" Leigh Bardugo

Zachęcona licznymi pozytywnymi opiniami, w końcu sięgnęłam po Trylogię Griszy, mimo że wypadłam już poza docelową kategorię wiekową. Poniżej znajdziecie więc opinię osoby, która "naście" lat od dawna nie ma, a w życiu przeczytała niejedno fantasy YA.

Lektura Cienia i kości okrutnie mi się początkowo dłużyła. Przez pierwsze rozdziały brnęłam z trudem, co chwila odkładając książkę. Być może winą za to należy obarczyć główną bohaterkę, Alinę Starkov, i sposób jej przedstawienia. Protagonistka jest bowiem typową dziewczyną z YA - nieładną, chudą, ciamajdowatą sierotą, która pyskuje osobom, którym pyskować nie powinna, i której (chyba) mamy bardzo współczuć. Nie dość, że w przeszłości nie wiodła najlepszego życia, to obecnie została zmuszona do porzucenia (nudnej) pracy kartografa na rzecz ratowania świata u boku przystojnego i tajemniczego Zmrocza - najpotężniejszego griszy w kraju. Odczuwam pewien przesyt tego typu postaciami w literaturze młodzieżowej, chociaż to kwestia preferencji.

środa, 3 czerwca 2015

"Miasto niebiańskiego ognia" - Cassandra Clare

Cassandra Clare debiutowała w Polsce względnie dawno temu, jeszcze przed wielkim bumem na młodzieżowe paranormal romance. Swego czasu trylogia Dary Anioła podbiła moje serce, ale jej kontynuacje uważam za mniej udane (nie tyczy się Diabelskich maszyn). W minionym tygodniu czytałam ostatni tom sagi o Clary oraz Jasie i uważam, że... było warto. (Poniższy akapit może zawierać spoilery poprzednich tomów serii - jeśli ich nie czytałeś / czytałaś, ale masz zamiar, przejdź do akapitu trzeciego.)

Jonathan aka Sebastian Morgenstern zdobył Mroczny Kielich umożliwiający mu przemianę Nocnych Łowców w ich mroczne, bezwzględne i ślepo posłuszne przywódcy wersje. Chłopak wraz ze swoją powiększającą się armią atakuje kolejne Instytuty, siejąc zamęt i zniszczenie. Do Nowego Jorku przybywa garstka małoletnich uciekinierów z Los Angeles. Clary, Jace i ich przyjaciele muszą szybko obmyślić plan zniszczenia młodocianego tyrana. A przy okazji uporać się z własnymi - głównie, choć nie tylko sercowymi - problemami.

A my, Nefilim... mamy skłonność do kochania całą duszą. Do zakochiwania się tylko raz, umierania z żalu za utraconą miłością. Mój stary nauczyciel mówił, że serca Nefilim są jak serca aniołów, które odczuwają każdy ludzki ból i nigdy się nie goją. [str. 76]

Lektura Miasta niebiańskiego ognia upłynęła mi bardzo szybko i przyjemnie: głównie za sprawą wartko płynącej akcji i nieraz zaskakujących zwrotów akcji. Kilka razy byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona obmyślonym przez autorkę obrotem spraw. Ucieszyłam się też, że w tej części naprawdę niewiele miejsca poświęcono elementom romantycznym - takowe wątki faktycznie są obecne w Mieście niebiańskiego ognia, ale nie przyćmiewają głównej linii fabularnej. Nieco gorzej wypadło zakończenie. Nie chodzi o niedomknięcie wątków, a raczej o wprowadzenie niejako nowych i mniej interesujących. Moim zdaniem to zabieg zupełnie niepotrzebny i troszkę psujący wrażenie końcowe.
Czytając Miasto niebiańskiego ognia można w pełni nacieszyć się (i zachwycić) wykreowanym przez Cassandrę Clare światem Nocnych Łowców. We wcześniejszych tomach nie zwracało to uwagi, ale w tej części czytelnik ma okazję dobrze poznać przeróżne "nefilimowe" organizacje a nawet pojedynczych reprezentantów Instytutów z niemal całego świata. Autorka nie zapomniała także o Podziemnych, którym w tym tomie poświęca się także sporo czasu. Tym samym recenzowana powieść staje się dobrym podsumowaniem dotychczasowej twórczości pani Clare - przynajmniej tej dotyczącej Nefilim.

Jak wspomniałam na początku, Miasto niebiańskiego ognia nastawione jest bardziej na akcję niż na romans, ale relacje pomiędzy "starymi" bohaterami ulegają zmianie. O rozwoju związku Aleca i Magnusa można by napisać spory akapit - głównie o jego dziwnym poprowadzeniu - ale w tej części jego występowanie niespecjalnie mi przeszkadzało. Wadziły mi jednak cytaty z Biblii i patetyczne kwestie wypowiadane przez (przypomnijmy) nastoletnich bohaterów. O ile te pierwsze mają uzasadnienie w szkoleniu Nocnych Łowców, o tyle drugie brzmią po prostu sztucznie. Za to niesamowicie spodobała mi się przeróbka modlitwy "Ojcze nasz" :) (której nie mogę zacytować, ze względu na spoilery).
Z powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych, Mieście niebiańskiego ognia pojawiają się zupełnie nowi bohaterowie. Jest to garstka dzieciaków o dziwacznych (w większości) imionach, zbiegów z Los Angeles, których rolę w całej powieści można streścić jedynie jako "zajawka na nową serię". Ot, autorka nakreśliła sylwetki dwojga młodych ludzi i ich towarzyszy, którzy (prawdopodobnie) odegrają ważniejszą rolę w kolejnych utworach.

Bohaterami nie zawsze są ci, którzy wygrywają. Czasami są nimi ci, którzy przegrywają, ale nie poddają się i nadal walczą. To właśnie czyni ich bohaterami. [str. 95]

Podczas lektury pewną niedogodnością była grubość książki: jakkolwiek ją trzymałam, grzbiet niebezpiecznie się wyginał i groził złamaniem (nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się tego uniknąć). W powieści sporadycznie brakuje myślników oddzielających wypowiedzi od opisu towarzyszących im czynności, co wprowadza lekki zamęt. No i ta nieszczęsna odmiana imienia "Jace"... ale faktycznie, ciężko zapisać to imię w miejscowniku (o kim? o Jace'ie? o Jacie? xD). Chyba dwukrotnie natknęłam się na dziwne przedzielenie tego imienia na dwie linijki (Jace'[enter]a) - ale to naprawdę detale, zanikające w całej objętości powieści.

Miasto niebiańskiego ognia to, moim zdaniem, najlepsza część serii Dary Anioła - przebiła nawet moje pozytywne wspomnienia związane z pierwszymi trzema tomami. Cieszy duża ilość akcji, mało romansu, dynamiczny rozwój wydarzeń i - wreszcie - prawdziwy dramatyzm niezwiązany z leczeniem złamanego serca. Wspaniałe zakończenie dobrej serii. Teraz pozostaje mi czekać na kolejne trylogie pióra Cassandry Clare :)
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: fanom młodzieżowych powieści akcji zaznajomionym z Darami Anioła (nie zaszkodzi też znajomość Diabelskich maszyn)

Tytuł: Miasto niebiańskiego ognia (org. The City of Heavenly Fire)
Autor: Cassandra Clare
Seria: Dary Anioła #6
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 24 września 2014 r. (premiera: maj 2014)
Ilość stron: 702
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - W tytule jest nazwa miasta
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, w której znajduje się trójkąt miłosny

środa, 18 lutego 2015

"Upadli" - Lauren Kate + Podsumowanie 7ReadUp 1.0

Tytuł: Upadli (org. Fallen)
Autor: Lauren Kate
Seria: Upadli #1
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 19 maja 2010 r. (premiera: grudzień 2009)
Ilość stron: 480

Lauren Kate to amerykańska autorka, która zadebiutowała tetralogią Upadli, a od niedawna wydaje swoją nową serię Łza. Dotychczas miałam okazję zapoznać się tylko z pierwszym tomem jej debiutanckiej serii - za to aż dwukrotnie. Moją pierwszą recenzję (z 2011 roku) możecie przeczytać tutaj, zaś dziś zapraszam na opinię zupełnie niezależną: być może podobną, być może zupełnie odmienną od tej pierwszej (nie pamiętam, co wtedy pisałam, ale ocena się nie zmieniła).

Początkiem roku szkolnego Lucinda Price trafia do poprawczaka Sword & Cross. Wraz z nią do placówki trafia jeszcze troje młodych degeneratów. Liceum mieści się w raczej podupadłym kompleksie, którego największą atrakcją są kościół - czy raczej sala gimnastyczna z basenem w budynku kościoła - oraz cmentarz. Luce od razu zdobywa kilku dobrych znajomych a także kilku wrogów. Dodatkowo znajduje sobie jasnowłosy obiekt westchnień: Daniela Grigoriego, przystojnego ale wrogo nastawionego typka. Na horyzoncie jest jednak jeszcze jeden przystojniak, będący całkowitym przeciwieństwem Grigoriego - Cam. Dziewczyna próbuje odbić serce swojego wybranka, obmyślić sposób wydostania się ze szkoły oraz pozbyć się nękających ją cieni.

Upadli to romans młodzieżowy i daje się to odczuć od pierwszej strony, która przedstawia wydarzenia znacznie poprzedzające faktyczną fabułę (swoją drogą, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ czytelnik domyśla się dzięki temu większości fabuły). Akcja toczy się raczej powoli, niemal cały czas czytamy o wspaniałym Danielu i sympatycznym Camie. Przykre jest to, że po raz kolejny mamy do czynienia z motywem miłości przeznaczonej i skazanej na nieszczęśliwy koniec - najwyraźniej szczęście nie leży w kanonie literatury młodzieżowej! Upadli nie rozwiązują właściwie żadnej z zagadek, jakie autorka wprowadziła w tomie. Nie dowiadujemy się, dlaczego Lucinda widzi duchy, dlaczego wszystkie dramatis personae przebywają w tym samym domu poprawczym, ani co naprawdę wydarzyło się feralnego dnia, który zmienił życie Luce. Kończąc lekturę, miałam wrażenie, że zapoznałam się z prologiem i zaraz rozpocznie się ta właściwa część powieści. Cóż, może w kolejnym tomie.

Sama główna bohaterka nie powaliła mnie na kolana - chyba że swoją głupotą. Lucinda podkreśla, że jest mądra, wykształcona i bystra, ale podczas lektury odebrałam ją jako dziewczynę płytką i dziecinną. Chodzi mi tu głównie o kwestie sercowe (ileż razy można czytać o fatalizmie miłości?), ale też podejście do znajomych. Wydaje mi się, że przeciętna siedemnastolatka zachowuje się nieco inaczej niż panna Price. Doborowa gromadka postaci drugoplanowych to menażeria czarno-biała. Bohaterowie odnoszą się do Luce albo z miłością, albo z nienawiścią. Oczywiście większość pod maską skrywa zupełnie inne oblicze - szkoda tylko, że uważny czytelnik dość szybko zwęszy podstęp.

Pomijając dość przeciętnie wykreowanych bohaterów, w powieści irytowała mnie mowa spojrzeń. Jestem w stanie zrozumieć, iż niektóre spojrzenia mogą zabijać - w tym metaforycznym sensie - ale w Upadłych autorka posunęła się znacznie dalej, dając oczom bohaterów możliwość wypowiadania całych zdań. To może bawić, ale nie w takich ilościach. Podczas lektury przewinęło się też stwierdzenie, iż Luce potrafi rozwiązywać równania różniczkowe; czy tylko w moim ogólniaku w klasach matematyczno-informatycznych o rachunku różniczkowym mówiło się w kategoriach "temat na studia techniczne"? Czy naprawdę polskie licea są gorsze od amerykańskich poprawczaków...?
W maju czeka nas premiera serialu na motywach tetralogii. Nie będę się w tej chwili wyżywać na obsadzie (daleko mi do zachwytów), ale zastanawiam się, jaką część historii opowiedzą twórcy. Na dobrą sprawę, wydarzenia z Upadłych można zmieścić w 2-3 okołogodzinnych odcinkach. Ciekawe, czy postanowiono połączyć kilka tomów w jeden tom, dodać nieobecne w książkach wątki, a może niemiłosiernie rozciągać fabułę? Pożyjemy, zobaczymy.

Upadli to powieść kierowana głównie do gimnazjalno-licealnej młodzieży płci żeńskiej. Historia jakich obecnie wiele na polskim rynku wydawniczym. Kolejne tomy zapewne rozbudują fabułę, odpowiedzą na postawione w tej części pytania, a przede wszystkim - mam taką nadzieję - ograniczą sercowe rozterki Lucindy Price. Udręka i Uniesienie już czekają na półce, kiedyś na pewno po nie sięgnę, a póki co... czekam na serial, licząc na reżysersko-scenariuszowe objawienie.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: Czytelniczkom w wieku gimnazjum - liceum

Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - Tylko jedno słowo w tytule
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, na której podstawie powstał serial telewizyjny
3. Kluczniki luty 2015 - Love story

***
W dniach 11-17 lutego brałam udział w 7ReadUp organizowanym przez Martę z Secret Books. Moje statystyki przedstawiają się następująco:

dzień 1: 258 stron Wyścig śmierci
dzień 2: 70 Wyścig śmierci + 26 Świat Lodu i Ognia + 81 Ogniem i mieczem = 177 stron
dzień 3: 25 Świat Lodu i Ognia + 92 Ogniem i mieczem = 117 stron
dzień 4: 132 strony Ogniem i mieczem
dzień 5: 104 strony Ogniem i mieczem
dzień 6: 31 Świat Lodu i Ognia + 175 Ogniem i mieczem = 206 stron
dzień 7: 42 Świat Lodu i Ognia + 141 Ogniem i mieczem = 183 strony
Razem: 1177 stron, 1 książka skończona (ale dwie pozostałe to naprawdę pokaźne tomiszcza)


Może następnym razem będzie lepiej :)

środa, 12 listopada 2014

"Skok w wizję. Zakazana wiedza" - Stephen R. Donalson

Tytuł: Skok w wizję. Zakazana wiedza (org. The Gap into Vision. Forbidden Knowledge)
Autor: Stephen R. Donaldson
Seria: Skoki #2
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 16 listopada 2012 r. /wydanie II - łączone/ (premiera: lipiec 1992)
Ilość stron: ~480 /wydanie II - łączone/

Dwa tygodnie temu dzieliłam się z Wami wrażeniami ze Skoku w konflikt, dziś napisze co nieco o Skoku w wizję - wdzięcznej i intrygującej kontynuacji.

Morna trafiła na Kapitański kaprys, pod skrzydła Nicka Succorso i jego licznej załogi. Pobyt na pokładzie znacznie odbiega od jej wyobrażeń, Nick okazuje się tyranem, ale panna Hyland ma swój mały sekrecik, dzięki któremu lepiej to wszystko znosi. Kobieta stara się dowiedzieć, jakie plany ma wobec niej kapitan, a jednocześnie próbuje nie popaść w obłęd. Tymczasem Angus trafił do więzienia - i wcale nie spędzi w nim reszty życia, jak można by przypuszczać w świetle jego zbrodni. PZKG ma wobec niego dość specyficzne plany.

W Skoku w wizję na pierwszy plan wysuwa się Morna, która w pierwszym tomie kreowana była na bohaterkę raczej epizodyczną. Jej perypetie na Kapitańskim kaprysie zajmują znakomitą większość książki. Towarzyszymy jej, kiedy stawia pierwsze kroki na pokładzie, poznaje towarzyszy podróży, nawiązuje bliski kontakt z Nickiem, a wreszcie dowiaduje się o... Ha, nie spodziewałam się odkrycia, którego nasza bohaterka dokonała. Za to spodziewałam się wielu rzeczy, które wydarzyły się wcześniej i później. Znacznie lepiej przedstawia się w tym utworze wątek Angusa - szkoda tylko, że poświęcono mu tak niewiele czasu. To właśnie "wredny Thermopyle" wzbudził we mnie więcej empatii niż "kochana Morna".
Oczywiście, Skok w wizję zakończył się tak nagle, że prawie jęknęłam z zawodu. Około stu ostatnich stron okazało się tak zapchanych akcją, intrygą i innymi dobrami, że przeczytałam je błyskawicznie. I nastał koniec... poprzedzony doprawdy absurdalnymi i żałośnie napuszonymi słowami ("Angusie, popełniliśmy zbrodnię przeciwko twojej duszy. Być może jesteś zakałą wszechświata, (...) ale nie zasługujesz na coś takiego."). Prawdziwy koszmar czytelnika - rozstać się z bohaterami w takim momencie!

Porzućmy na chwilę ocenę fabuły i skupmy się na bohaterach. Do tych najważniejszych zaliczam Mornę i Nicka, choć kilku członków załogi Kapitańskiego kaprysu także odebrało niemałą rolę w rozwoju akcji. Morna, jak wspomniałam w recenzji Skoku w konflikt, nie zalicza się do moich ulubionych postaci literackich. Prawdą jest, że przez większość recenzowanej powieści zachowywała się wzorowo - aż zbyt wzorowo. Tak, była to tylko chwilowa poprawa jej stanu, ponieważ pod koniec Skoku w konflikt kobieta stała się jeszcze bardziej irytująca niż wcześniej (a myślałam, że to już niemożliwe!). Mam wrażenie, że Donaldson zamierza wykreować z panny Hyland wariatkę albo wariatkę-geniusza.
Psychika Nicka jest znacznie bardziej stabilna, a tym samym mniej irytująca. Gość ma skłonność do podejmowania ryzyka, jest odważny, a jednocześnie dziwnie oddany Mornie. To chyba jego największa wada - przez większość powieści myślał "nie tą głową, co trzeba". Poza tym, wykreowano go w sposób bardzo dobry.

Ja tu narzekam i narzekam, a tymczasem Skok w wizję naprawdę mnie wciągnął. Może nie od początku, ale po stu-kilkudziesięciu stronach dałam się porwać powieści i zostałam z niej wyrzucona dopiero na końcu. Autor plastycznie opisał scysje międzyludzkie, ciekawie nakreślił wątki science fiction, dynamicznie oddał wszelkie kosmiczne starcia, a tym samym znacznie podniósł poziom przyjemności czerpanej z lektury. Udało mu się uniknąć przesadnie naukowego bełkotu i... aż żal powiedzieć, ale cała powieść mocno, bardzo mocno ucierpiała z powodu jednej denerwującej bohaterki!

Podsumowując, Skok w wizję: Zakazana wiedza mógłby być naprawdę świetnym kawałkiem sci-fi, gdyby nie spory mankament w postaci głównej bohaterki. Jej zachowanie, jej "wnętrze", sama jej obecność mocno przeszkadzały mi w lekturze i skłoniły do obniżenia oceny. Poza Morną, Skok to dobre czytadło, które polecam, nawet bez znajomości Skoku w konflikt.
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: miłośnikom science fiction

środa, 29 października 2014

"Skok w konflikt. Prawdziwa historia" - Stephen R. Donaldson

Tytuł: Skok w konflikt. Historia prawdziwa (org. The Gap into Conflict: The Real Story)
Autor: Stephen R. Donaldson
Seria: Skoki #1
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 16 listopada 2012 r. /wydanie II - łączone/ (premiera: lipiec 1992)
Ilość stron: ~170 /wydanie II - łączone/


Już dawno nie miałam okazji czytać książki z gatunku scricte science-fiction. Ale że były promocje, zaopatrzyłam się w sagę Skoki Stephena R. Donaldsona. Pierwszy zakupiony przeze mnie tom łączy w sobie dwie "normalne" części, ale ja dziś zrecenzuję tylko tę pierwszą, czyli Skok w konflikt. Historia prawdziwa.

Angus Thermopyle jest piratem o dość parszywej reputacji. A jednak ostatnimi czasy pokazuje się publicznie z urodziwą policjantką Morną Hyland. Pewnego dnia kobieta po prostu go zostawia, odchodzi z przystojnym piratem Nickiem Succorso, a Angus trafia do więzienia. Jak do tego doszło? Jakim cudem Morna zadawała się z Angusem? Dlaczego Angusa aresztowano? Tego wszystkiego możemy dowiedzieć się ze Skoku w konflikt.

Powyższy akapit zapewne niewiele Ci powiedział. Niemniej tak właśnie zaczyna się ta historia. Po opisanych przeze mnie wydarzeniach następuje nagłe cofnięcie w czasie i przestrzeni, autor zaczyna przedstawiać czytelnikowi historie głównych bohaterów. Poznajemy przeszłość Angusa (może nie od samego początku, ale nieco się jednak cofamy), Morny, Nicka, a także relacji pomiędzy nimi. I to właściwie tyle. Utwór - jak sam tytuł wskazuje - jest "skokiem w konflikt", zarysem intrygi, mającym na celu przedstawienie świata i ogólnych założeń. Tę rolę spełnia dobrze - dogłębnie poznałam trójkę bohaterów oraz mniej więcej domyślam się, jak potoczy się historia. Niestety, to tyle: Skok w konflikt na tym się kończy. By dowiedzieć się czegoś więcej, trzeba sięgnąć po Skok w wizję. Uwierzcie mi, decyzja Wydawnictwa Mag o wydaniu tych dwóch części w jednym tomie była decyzją przemyślaną i rozsądną.
Nie twierdzę, że w książce nic się nie dzieje. Przeciwnie, co chwila coś wybucha, dochodzi do gwałtu czy innego dynamicznego wydarzenia. Wszystkie opisy są dynamiczne i oddziałują na wyobraźnię czytelnika. Ja miałam wrażenie, że faktycznie "wskoczyłam" w ten konflikt. Niestety - ze względu na przyjętą konwencję - tej akcji i tak jest za mało! Więcej tu retrospekcji (napakowanych akcją, ale jednak), mniej akcji "bieżącej", więcej rozmyślań, mniej prawdziwego działania.

Utwór (a także cała seria, o ile się nie mylę) koncentruje się na trze... a właściwie dwóch postaciach, ponieważ Nick Succorso - choć istotny dla fabuły - nie otrzymał tyle czasu "papierowego" co pozostali. Angus Thermopyle, choć kreowany na złego i zdegenerowanego, ma w sobie wiele człowieczych cech. Jest uparty, nieugięty, oddany (własnej) sprawie - w pewnym sensie, chciałabym być taka jak on! Może niekoniecznie zamierzam wstąpić na drogę zła i występku, ale jego charakter na pewna chciałabym powielić. Zupełnie inaczej jest z Morną Hyland. Niby to kobieta, powinnam się z nią identyfikować - ale nie robię tego i nie chcę robić. Kobieta jest świeżo upieczoną policjantką, ale ani nie powala odwagą, ani pomysłowością, ani siłą charakteru i hartem ducha. Niemal cały czas zadawałam sobie pytanie, jakim cudem udało jej się ukończyć Akademię? Chyba tylko na fali nepotycznych zapędów ojca (pod którym służyła, tak swoją drogą).

Z racji przynależności gatunkowej, w Skoku w konflikt czasami pojawia się coś, co mogłabym określić mianem "naukowego bełkotu". Może to kwestia mojej awersji do fizyki, może słaba znajomość naukowego słownictwa, ale czasami gubiłam się w serwowanych mi wyjaśnieniach czy niektórych liniach dialogowych (a to dopiero wstęp; w Skoku w wizję, którego lekturę rozpoczęłam tuż po zakończeniu Skoku w konflikt, występuje to znacznie częściej). Wierzę jednak, że Cię to nie zrazi - tego typu wyjaśnienia ubogacają lekturę, ale przeważnie nie wnoszą do niej nic istotnego... Więc jeśli nic nie zrozumiesz, i tak nie pogubisz się w akcji :)

Skok w konflikt to dobry wstęp do Skoków. Wprawdzie autor dopiero zarysowuje świat (czy raczej wszechświat :) ) przedstawiony i na pewno nie przesuwa akcji do przodu (a wręcz przeciwnie, idzie w tył), ale udało mu się zaintrygować mnie i zachęcić do sięgnięcia po kontynuację. Już czytam ciąg dalszy tomu (początkowo oddzielną książkę), czyli Skok w wizję, który na pewno niebawem zrecenzuję. Wam tymczasem polecam Skok w konflikt - albo od razu Skok w wizję, ponieważ (chyba) nawet bez znajomości tej krótkiej historii powinieneś sobie, Czytelniku, poradzić z opisywanymi tam wydarzeniami.
Ocena końcowa: 3+/6
Polecam: miłośnikom science-fiction; miłośnikom akcji

środa, 24 września 2014

"Mechaniczna księżniczka" - Cassandra Clare

Tytuł: Mechaniczna księżniczka (org. The Clockwork Princess)
Autor: Cassandra Clare
Seria: Diabelskie maszyny #3
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 13 grudnia 2013 r. (premiera:
Ilość stron: 542
 
Kiedy zaczynałam lekturę Mechanicznej księżniczki, spodziewałam się ciekawej i ckliwej opowieści. Kiedy przeczytałam kilkanaście pierwszych stron, zaśmiewałam się do rozpuku z absurdalności historii, a perspektywa sklecenia mocno niepochlebnej recenzji zachęcała mnie do przewracania kolejnych stron. No a potem...

Książka rozpoczyna się - wspomnianą w Obecnie się czyta - walką z demonicznym robalem, której konsekwencje napędzają kolejne kilka rozdziałów. Tessa przygotowuje się do wielkiej zmiany w swoim życiu, a Charlotte wchodzi w konflikt z Konsulem Waylandem, który nie dość, że nie zgadza się na przejęcie przez nią swoich obowiązków, to jeszcze chce zwolnić ją ze stanowiska szefowej londyńskiego Instytutu. To jednak tylko tło, ponieważ Tessa niebawem zostaje uprowadzona. Will i spółka ruszają z odsieczą, czego stanowczo nie popiera wzmiankowany Konsul.

Akcja prze do przodu w dobrym tempie i nie zanudza mimo sporej koncentracji na miłości (nic dziwnego, wszak to Cassandra Clare!). Początkowo utwór zakrawa na auto-parodię; wybaczcie, ale nie potrafiłam potraktować tego wielkiego robala poważnie, choć miał on za sobą dramatyczną historię. Z czasem robi się nieco normalniej, Autorka stara się przemycać humor - słowny i sytuacyjny - ale także kropla po kropli dodaje dramatyzmu. Im bliżej końca, tym mniej radości i więcej smutków... ale punkt kulminacyjny tych ostatnich nie wzruszył mnie tak, jak tego oczekiwałam! Chyba po prostu nie uwierzyłam w to, co się wydarzyło. Do tego chwilę później Tessa zrobiła coś, za co miałam ochotę ją zadźgać widelcem.
Mechaniczna księżniczka domknęła wątek Mortmaina i jego automatów. Epilog dodatkowo przenosi czytelnika do roku 2008, czyli mniej więcej do czasów, gdy żyją Clary i Jace z Darów anioła. Ten ostatni rozdział, choć nie wywrze (chyba) wpływu na historię "współczesnych" Nocnych Łowców, bardzo mi się spodobał i wywindował ocenę tej książce. Zebrało się w nim tyle lukru, tyle emocji, tyle uroku, że... nie potrafiłam, po prostu nie potrafiłam, wystawić niższej noty.

Obowiązkowym elementem prozy Cassandry Clare jest romans. O ile Mechaniczny anioł i Mechaniczny książę zachowywały w tym temacie powściągliwość, Mechaniczna księżniczka odbija sobie to z nawiązką. Pomijając trójkąt Jem - Tessa - Will (to naprawdę żaden spoiler), na ponad pięciuset stronach pojawiają się jeszcze dwa związki: klasyczne, dwuosobowe i wcale nie zaskakujące dla osoby czytającej drugi i trzeci tom.
Spośród licznej menażerii najwięcej emocji wzbudzili we mnie Jem, Will i Tessa. Ci pierwsi, jako parabatai, są sobie bliżsi niż bracia i najlepsi przyjaciele. Ciężka choroba Jema i jego nieuchronna śmierć wywierają wpływ na Willa, który cały czas kocha Tessę, chce z nią być, a jednocześnie nie chce zranić - może nawet zabić - swojego parabatai. Jego wewnętrzna walka została naprawdę pięknie przedstawiona i sprawiła, że zapałałam do niego sympatią. Zupełnie odmienne uczucia wzbudziła we mnie Tessa, która, choć kochała Jema, coraz wyraźniej flirtowała z jego bratem krwi. Czarę goryczy przelała sytuacja z mniej więcej 2/3 utworu... wtedy znienawidziłam pannę Grey i nie wybaczyłam jej do samego końca.

"Oryginalnie" polskie wydanie - z niesławnymi okładkami - wyglądało okropnie, ale na szczęście wydawnictwo Mag zdecydowało się na publikację wersji z oryginalnymi okładkami. Nieco gorzej wypadła edycja, ponieważ dopatrzyłam się kilku błędów interpunkcyjnych. Dobra, czepiam się....

Naprawdę nie spodziewałam się tak dobrej historii i tak dobrej zabawy. Po moich przejściach z nowszymi tomami Darów anioła skreśliłam Cassandrę Clare. Byłam pewna, że nie uda jej się mnie zaskoczyć, a jednak.... Mechaniczna księżniczka wspaniale zakończyła trylogię Diabelskich maszyn. To poruszająca opowieść o młodych ludziach borykających się z problemami sercowymi i "zawodowymi". Serdecznie polecam.
Ocena: 6-/6
Polecam: miłośnikom historii młodzieżowych

***

A już od dzisiaj w księgarniach ostatni tom Darów anioła, czyli Miasto niebiańskiego ognia.

Ciemność ogarnęła świat Nocnych Łowców.
Chaos i destrukcja obezwładniają Nefilim, ale Clary, Jace, Simon i ich przyjaciele łączą siły, żeby walczyć z największym złem, z jakim kiedykolwiek się zetknęli. Brat Clary, Sebastian Morgenstern, systematycznie usiłuje zniszczyć Nocnych Łowców. Posługując się Piekielnym Kielichem, zmienia ich w istoty z koszmaru, rozdziela rodziny i kochanków, powiększa szeregi swojej armii Mrocznych. Nic na świecie nie jest w stanie go pokonać... ale jeśli Clary i jej drużyna wyprawią się do królestwa demonów, mogą mieć szansę...
Ludzie stracą życie, miłość zostanie poświęcona, cały świat się zmieni. Kto przeżyje w szóstej i ostatniej, wybuchowej części Darów Anioła?
Ilość stron: 702 (!!!)
Jeśli chcesz przeczytać pierwszy rozdział tej książki, zapraszam tutaj.

środa, 30 lipca 2014

"Mechaniczny książę" - Cassandra Clare

Tytuł: Mechaniczny książę (org. Clockwork Prince)
Autor: Cassandra Clare
Seria: Piekielne maszyny #2
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 9 maja 2012 r. (premiera: 6 grudnia 2011 r.)
Ilość stron: 502

Nadszedł dzień, w którym zaczęłam czytać Mechanicznego księcia. I nadszedł także dzień, w którym lekturę zakończyłam. Częściowo ku swej radości, ale też ku utrapieniu...

Na skutek wydarzeń z Mechanicznego anioła kierownictwo Instytutu w Londynie może ulec zmianie na korzyść niejakiego Benedicta Lightwooda. Charlotte ma dwa tygodnie na udowodnienie swojego autorytetu i odnalezienie Mortmaina. Czasu niewiele, biorąc pod uwagę raczej słabe osiągi na tym polu. Tymczasem Tessa, nasza główna bohaterka, oraz służąca Sophie zostają poddane przymusowemu szkoleniu przez synów wspomnianego Lightwooda. Rzezimieszek sam się nie odnajdzie, a poszukiwania nie idą dokładnie po myśli Charlotte.

Mimo że po powyższym akapicie można wywnioskować inaczej, Mechaniczny książę to przede wszystkim książka o nastolatkach. O ich miłosnych rozterkach, miłostkach, nadziejach i rozczarowaniach (że nie wspomnę o pocałunkach, które wzburzyły mnie na tyle, by skrobnąć tematyczną notkę). Przez niemal cały tom bohaterowie nie posuwają sprawy Mortmaina do przodu. Dopiero pod koniec następuje wielka kulminacja połączona z dramatycznym zgonem, który nadszedł za szybko (zmarły oczywiście nie powiedział tego, co chciał, tudzież powinien, powiedzieć). Po namyśle stwierdzam jednak, że nie czuję zawodu! Wprawdzie nie potrafiłam współczuć Tessie, ale wobec pozostałych bohaterów zaczęłam żywić coś na kształt... empatii. Nie spodobało mi się to, co Cassandra Clare zrobiła z Willem - czy raczej jego przeszłością: chyba prędzej przekonałoby mnie rozdwojenie jaźni niż to, co mi zaserwowano.

Mechaniczny książę wprowadza kilka nowych postaci, w tym kilka całkiem istotnych dla fabuły. Poznajemy zatem Gideona i Gabriela Lightwoodów, którzy początkowo wydają się bohaterami stricte epizodycznymi, ale okazują się znacznie ważniejsi w kolejnych rozdziałach. Pojawia się także zrzędliwy Aloysius Starkweather, który miał predyspozycje do zostania charakterem drugoplanowym, ale pozostał w cieniu, nie wprowadzając niczego istotnego do fabuły. Wprowadzono także kilku oficjeli Clave oraz osóbkę, która zapewne niemało namiesza w Mechanicznej księżniczce... tak wnioskuję po zakończeniu tomu. Pośród "starych" postaci nie uświadczyłam specjalnych zmian, choć to co zaplanowała autorka dla Jessamine mocno mnie zaskoczyło (pozytywnie). Will pozostał wredny (z przebłyskami wrodzonego uroku), Jem słodki, Sophie pomocna, a Tessa rozdarta w miłości pomiędzy dwoma wspomnianymi panami... Bo czegóż innego spodziewać się po powieści Cassandry Clare?

Nie mam zastrzeżeń do kreowanego przez autorkę uniwersum pełnego Nefilim, Łowców, wampirów czy wilkołaków. Owszem, jej tendencja do idealizowania wszystkich paniczów i panien robi się coraz bardziej męcząca, ale poza tym jestem zadowolona.
Och, jakże mogłabym zapomnieć! W Mechanicznym księciu pojawiło się coś, czego w ogóle się nie spodziewałam! Byłam tym tak zaskoczona, że musiałam zrobić sobie chwilową przerwę od czytania. Nie mogę zdradzić, co to takiego, ale w żadnej ze znanych mi serii to się nie wydarzyło tak wcześnie. Cóż, może to Was nieco zachęci...?

Mechaniczny książę to godna uwagi kontynuacja Mechanicznego anioła, choć początkowo nie mogłam się weń "wkręcić". Może to kwestia długiej rozłąki z serią. Mimo obaw, naprawdę dobrze bawiłam się przy lekturze tej książki i na pewno sięgnę po Mechaniczną księżniczkę (dobrze, że mam już kupioną... choć nieco się boję, czego dowiem się o przeszłości Tessy), licząc na podobną mieszankę romansu, komedii i żywiołowej akcji.
Ocena końcowa: 5-/6
Polecam: miłośnikom twórczości autorki; fanom gatunku young adults

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Niedzielne zakupy

Jak się chwalić, to się chwalić. W piątek pokazałam Wam dwie nowości, a dziś, z okazji promocji w Empiku (3 za 2, jedną książkę wzięła Mama), uzupełniłam swój księgozbiór o:

Mechaniczny anioł - Cassandra Clare
Magia jest niebezpieczna, ale miłość jeszcze bardziej. Szesnastoletnia Tessa Gray pokonuje ocean, by odnaleźć brata, a celem jej podróży jest Anglia za czasów panowania królowej Wiktorii. W londyńskim Podziemnym Świecie, w którym po ulicach przemykają wampiry, czarownicy i inne nadnaturalne istoty, czeka na nią coś strasznego. [okładka, Mag 2013]
Tę książkę czytałam i recenzowałam kilka lat temu, opierając się o angielskie wydanie -> KLIK.
Mechaniczna księżniczka - Cassandra Clare
Mroczna sieć zaczyna się zaciskać wokół Nocnych Łowców z Instytutu Londyńskiego. Mortmain planuje wykorzystać swoje diabelskie maszyny, armię bezlitosnych automatów, żeby zniszczyć Nocnych Łowców. Potrzebuje jeszcze tylko ostatniego elementu, żeby zrealizować swój plan. Potrzebuje Tessy Gray. [okładka, Mag 2013]
Jeszcze rok temu niecierpliwie oczekiwałabym zagłębienia się w lekturze Mechanicznego księcia, a potem też Mechanicznej Księżniczki. Teraz, przeżywszy niemały zawód przy Darach anioła, do twórczości Cassandry Clare podchodzę z większą rezerwą.
Gwoli wyjaśnienia: Mechanicznego księcia wygrałam jakiś czas temu (po angielsku).

Czytaliście Piekielne maszyny? Mam na co czekać?

sobota, 18 stycznia 2014

"Miasto zagubionych dusz" - Cassandra Clare

Tytuł: Miasto zagubionych dusz (org. City of Lost Souls)
Seria: Dary Anioła, #5
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 28 listopada 2012 r. (premiera: maj 2012 r.)
Ilość stron: 556

Czytanie serii młodzieżowych, zwłaszcza tych, które miały się skończyć, ale jednak podstał ciąg dalszy, to zawsze ryzyko. Ja jestem czytelnikiem odważnym i wytrwałym, odpornym na największe ilości absurdu, więc ryzyko podjęłam i sięgnęłam po piątą część "trylogii" Dary Anioła, czyli Miasto zagubionych dusz.

Jace i Clary trafiają pod (czarne) skrzydła Sebastiana. Pomiędzy chłopakami tworzy się nietypowa więź: cokolwiek stanie się Sebastianowi, wydarzy się też Jace'owi, i na odwrót. Clary cierpi katusze, ponieważ Jace zachowuje się zupełnie inaczej, jakby już jej nie kochał. Pozostali knują plan oddzielenia dwóch wspomnianych panów i borykają się z własnymi problemami sercowymi: Alec zastanawia się, jak lepiej poznać Magnusa, Simon marzy o Isabelle, Isabelle o Simonie, nie zabraknie też wilkołaczego związku Mai i Jordana.

"O co właściwie chodzi w tej książce?" - zapytacie. Właściwie o to, że Clary kocha swojego Jace'a, cierpi, że ten gdzieś zaginął (myślę, że stąd tytułowe zagubione dusze) i że Clave chce go poświęcić, by ocalić świat przed złem w postaci Sebastiana. Jej osoba coraz bardziej mnie denerwuje - aż boję się myśleć, co będzie w szóstym tomie. Cassandra Clare, zamiast zbliżać się do końca serii i zamykać kolejne wątki, rozpoczyna nowe, próbując zachęcić Czytelnika do sięgnięcia po ostatnią książkę. Zaletą tej powieści jest względnie stałe, wysokie tempo akcji. Wadą: przesadna koncentracja na romansie i odsunięcie ciekawszych wątków na dalszy plan.

Bohaterowie dorastają, przynajmniej fizycznie, ale ich mentalność pozostaje na tym samym poziomie - albo nawet się cofa. Czasami miałam wrażenie, że autorka zamknęła kilkuletnie dzieci w ciałach młodych dorosłych. Być może Clare chciała udowodnić, że potrafi realistycznie przedstawić rozkwit, mimo przeciwności, silnego uczucia pomiędzy dojrzewającymi młodymi, ale wyszło średnio. Sztucznie, patetycznie, żałośnie. Szkoda. Nadal największą sympatią pałam do Simona, choć i on zaczyna mnie drażnić. Podwójna szkoda.

Zapewne powtórzę opinię wielu recenzentów, ale Dary Anioła powinny pozostać trylogią. Dobrych wspomnień nie szargałyby przeciętne kontynuacje. Przed nami już ostatnia, szósta część, Miasto Niebiańskiego Ognia (City of Heavenly Fire).  Ja pewnie przeczytam, żeby dokończyć serię, ale sądzę, że będzie to kolejna praca rzemieślnika: dobra, poprawna, ale bez innowacji. Więc nudna. Tak jak "czwórka". Jeśli Wam to nie przeszkadza, przeczytajcie.
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: miłośnikom świata Nocnych Łowców

wtorek, 19 czerwca 2012

"Cień doskonały" - Brent Weeks

Tytuł: Cień doskonały (org. Perfect Shadow)
Autor: Brent Weeks
Seria: Anioł Nocy, #0.5
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 29 maja 2012 r. (premiera: czerwiec 2011) 
 Ilość stron: 120

Trylogia Czarnego Anioła, którą czytałam dwa czy trzy lata temu, wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Niesamowici bohaterowie, lekkie pióro, złożony i przemyślany świat... Jednak na wieść o jednotomowym sequelu mocno się zmartwiłam - nie od dziś wiadomo, że tego typu twory są tylko chwytem marketingowym...

Cień doskonały to króciutkie opowiadanko, którego głównym bohaterem jest "farmer" Gaelan Gwiezdny Żar. Dla osób niezaznajomionych z serią - to odważny, obdarzony magiczną mocą (ka'kari) morderca i mentor głównego bohatera Trylogii, przyjmujący pod koniec sequelu (właściwie to prequel, tak teraz myślę) imię Durzo Blint. Mężczyzna jest też nieśmiertelny, co jakiś czas zmienia twarz, by nie budzić podejrzeń. W tej cieniutkiej książeczce towarzyszymy mordercy w realizacji zadania, jakie zleciła mu Gwinvere - bardzo wpływowa w świecie przestępczym kurtyzana.

Nie oszukujmy się - historyjka równie dobrze mogłaby nie powstać. Albo zawrzeć się we właściwym utworze. Fabuły jest tyle, że zmieściłaby się w jednym rozdziale, może dwóch. Z przykrością stwierdzam jednak, że autor okpił sprawę (i czytelników); więcej miejsca poświęca na nieistotne elementy, a sama realizacja zadania - dynamicznie i pasjonująco opisana - zajmuje ledwie malutką cząsteczkę. Szkoda, pod tym względem liczyłam na dużo, dużo więcej.

Ciężko podejść mi do oceny polskiego wydania. Utwór został przetłumaczony bardzo fajnie, tłumaczka zróżnicowała język wypowiedzi różnych typów ludzi (na mojej twarzy pojawił się szeroki banan, gdy natrafiłam na swojsko brzmiącą "boś mi powiedział" :)). Nasza okładka podoba mi się dużo bardziej niż oryginał, ale... Wydawnictwo Mag użyło naprawdę olbrzymiej czcionki, odstępy między linijkami oraz marginesy również należą do pokaźnych... Z tych powodów książka została wyśmiana przez wielu czytelników już w dniu premiery.

Z przykrością stwierdzam, że Cień doskonały nie jest godny pióra Brenta Weeksa. Autor, którego szanowałam i uważałam za godnego przedstawiciela amerykańskiej szkoły pisarskiej, wyprodukował coś takiego?! Polecam jedynie fanom Trylogii - tym najbardziej lubiącym Durzo oraz zapaleńcom, chcącym przeczytać coś nowego z tego uniwersum. Pozostałym radzę: przeczytajcie Trylogię Anioła Nocy, bo na to "dzieło" szkoda czasu...
Ocena końcowa: 3-/6
Polecam: zagorzałym fanom serii Anioł Nocy

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Mag
++++++++++
Miasteczko Niceville - Carsten Stroud
Powieść Miasteczko Niceville polecają Harlan Coben, „Playboy”, „Rolling Stone”, „Elle” i „Booklist”
W Niceville liczba porwań jest o wiele wyższa od przeciętnej. Pewnego wiosennego dnia dziesięcioletni Rainey Teague nie wraca ze szkoły do domu. Śledztwo prowadzi były żołnierz sił specjalnych Nick Kavanaugh, obecnie detektyw wydziału kryminalnego. Dni mijają i rodzina traci nadzieję na powrót chłopca – a kiedy policja go znajduje, jest żywy, ale w śpiączce i nie wiadomo, czy kiedykolwiek odzyska przytomność. Rok później znika bez śladu kolejna mieszkanka Niceville, starsza kobieta, należąca do jednej z najstarszych i najwybitniejszych rodzin w mieście. Nick Kavanaugh znowu prowadzi śledztwo, zostając wciągnięty w mroczny świat pomiędzy życiem a śmiercią, gdzie stanie twarzą w twarz ze starożytną złowrogą siłą, która czai się pod miastem, mroczniejszą i starszą niż górski las otaczający jej źródło: głęboką na tysiąc stóp otchłań znaną jako Krater.
Miasteczko Niceville to pierwsza część serii znakomitych horrorów, których akcja rozgrywa się w tajemniczym miasteczku na południu Stanów Zjednoczonych.
Premiera: 21 czerwca 2012 r.
Ilość stron: 520
Cena: 38,00 zł
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 

niedziela, 3 czerwca 2012

"Nigdziebądź" - Neil Gaiman

Tytuł: Nigdziebądź (org. Neverwhere)
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: Nowa Proza
Data wydania: 20 kwietnia 2012 r. (premiera: styczeń 1996)
Ilość stron: 320 

Wstyd się przyznać, ale - mimo że jestem fanką fantastyki - dopiero teraz spotykam się z książkową twórczością Neila Gaimana. Oglądałam Koralinę i tajemnicze drzwi na podstawie jego powieści, ale oprócz tego... Mając więc możliwość nadrobienia tej haniebnej zaległości, zasiadłam do lektury i... przepadłam!

Richard Mayhew był przeciętnym Londyńczykiem dopóki nie natrafił na swej drodze na Drzwi. Nie chodzi bynajmniej o drewniany wytwór stolarza - Drzwi to chuda, brudna i ranna dziewczyna, która niemal wpada mu pod nogi. Bohater jest honorowy i pomaga nieszczęsnej, skazując się tym samym na same nieprzyjemne niekonsekwencje. Po pierwsze, zwala sobie na głowę dwóch tajemniczych i groźnych mężczyzn poszukujących Drzwi - pana Vandemara i pana Croupa. Po drugie, ma możliwość przeprowadzenia konwersacji ze szczurem. Po trzecie, staje się niewidzialny w naszym świecie. Ale to jeszcze nic, bo przed nami jeszcze jedna rewelacja: odkrywa, że oprócz znanego nam Londynu istnieje też Londyn Pod, w którym żyje wiele dziwacznych istot. Istot, wśród których mimo woli ląduje i spośród których próbuje wrócić do swojej normalnej, szarej rzeczywistości.

Główny wątek powieści to podróż Richarda po Londynie Pod w poszukiwaniu sposobu powrotu do "zwyczajności". Równie istotną rolę odgrywa Drzwi i szukający jej mężczyźni - zabójcy na zlecenie (odpowiedź na pytanie kto i dlaczego zlecił jej zabicie była dla mnie ogromnym szokiem). Autor wprowadza jeszcze kilka mniej istotnych wątków, wszystkie jednak sumiennie prowadzi do końca, nie pozostawiając wrażenia niedokończenia historii. Muszę też skomplementować Gaimana za pomysłowość przy kreowaniu tego drugiego Londynu. Fantastyczne rasy, ciekawe przygody... Nigdziebądź posiada co prawda otwarte zakończenie (dość symboliczne i na swój sposób... piękne), które nie irytuje - raczej motywuje do dopowiedzenia sobie kontynuacji przygód bohatera.

Nie zapałałam zbytnią sympatią do Richarda, ponieważ wydał mi się on niesamowicie wyidealizowany, aż do przesady rycerski, szlachetny i grzeczny. Z czasem zaczyna pokazywać pazurki, ale i tak nie zapałałam do niego żadnymi cieplejszymi uczuciami. Faktem jest za to, iż wszystkie postaci zostały przemyślane, "urealnione" pod psychologicznym względem.

Czy mi się podobało? Niesamowicie! Nie spodziewałam się, że właściwie tak zwyczajna książka okaże się tak wciągająca! Polskie wydanie nie zawodzi, na początku serwując nam miły wstępik autorstwa A. Sapkowskiego (uwielbiam jego język, humor, ironię...) oraz unikając błędów wszelakich. Pomysły zaskakują, bohaterowie oczarowują, autor wytwarza wokół całej historii jakąś fantastyczną aurę... Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, dajcie się porwać magii Gaimana i sięgnijcie po Nigdziebądź. Ja już wiem, że na tej jednej książce jego autorstwa nie poprzestanę i sięgnę po kolejne.
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: lubiącym opowieści fantastyczne

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Nowa Proza