Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akurat. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 października 2015

[przed premierą] "Imperium ognia" - Sabaa Tahir

Są autorzy, których książki kupuję w ciemno. Są wydawcy, od których kupię każdą (albo prawie każdą) historię. Są powieści, które po prostu CHCE SIĘ przeczytać. I niniejszym oświadczam, że Imperium ognia spełnia te trzy kryteria.

Siedemnastoletnia Laia należy do Scholarów - ludu ciemiężonego przez Imperium, w którym przyszło im żyć. Właściwie cała jej rodzina zostaje zabita, a jedyny krewny - starszy brat, Darin - wtrącony do więzienia za zdradę. Aby go uratować, dziewczyna kontaktuje się z ruchem oporu i otrzymuje misję przeniknięcia do Czarnego Klifu - akademii szkolącej Maski, przerażających "stróżów prawa". Świeżoupieczony absolwent tej uczelni, Elias, ma serdecznie dość życia, jakie przypadło mu w udziale i zamierza opuścić zastęp Masek. Jego szyki krzyżują Próby, które mają wyłonić nowego Imperatora. Tyle że ten stary jeszcze nie umarł.

Imperium ognia to powieść, która wciąga od pierwszej strony. Początkowo przywodzi na myśl fantasy osadzone w średniowiecznych realiach, później pojawiają się elementy magiczne: jakieś dżinny, ghule czy ifryty. Akcja mknie do przodu w odpowiednim - nie za szybkim i nie za wolnym - tempie. Autorka zaplanowała kilka niesamowitych i nieoczekiwanych zwrotów akcji. W trakcie lektury ciężko było mi przewidzieć, co stanie się na następnej stronie, w kolejnym rozdziale... o zakończeniu powieści nie wspominając!
Ale Imperium ognia to nie tylko fantasy, w którym ktoś z kimś walczy, ktoś kogoś szpieguje, ktoś spiskuje z kimś przeciwko komuś. To także powieść młodzieżowa, a co za tym idzie - wprowadzająca pewne wątki romantyczne. I powiem Wam, że od dawna nie miałam do czynienia z tak prawdopodobnie, realistycznie przedstawionym sposobem myślenia młodych ludzi. Tu nie ma wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia, nie ma pewności, że główny bohater będzie z główną bohaterką. Jest za to złożona plątanina relacji międzyludzkich: on kocha ją, ona kocha innego, a ów inny, oprócz tej jednej, ma na oku jeszcze drugą i nie wie, którą lubi bardziej... Jakże prawdziwe~!

Imperium ognia występuje wiele charyzmatycznych postaci. Oczywiście pierwsze skrzypce odgrywają tutaj Laia - zahukana młoda kobieta, która próbuje ułożyć sobie życie w nieprzyjaznym środowisku - i Elias - odważny młodzieniec, który wygląda na twardego, ale w głębi serca jest wrażliwy. (On akurat przypominał mi trochę Branda z Pół świata.) Niemniej istotną rolę odgrywają tu też ich znajomi czy krewni: dla Lai ocalenie brata jest rzeczą priorytetową, a życie Eliasa niejako kręci się wokół jego matki. Sabaa Tahir bardzo dobrze i wiernie ukazała więzi braterskie pomiędzy towarzyszami broni, relacje pomiędzy osobami skazanymi na ten sam los, wreszcie: zachowanie osób, które czują coś, czego czuć nie powinny.

Bardzo, ale to bardzo cieszę się, że tę powieść ktoś wydał na naszym rynku. Jednak nie do końca rozumiem decyzję wydawnictwa Akurat o pozostawieniu oryginalnego tytułu serii Ember in the Ashes, ale też kilku innych (Love, Rosie jestem skora zaakceptować, ale Pulse i Collide?). Owszem, brzmi on ładnie, ale - cytując klasyka - "Polacy nie gęsi i swój język mają" :) .

Podsumowując, Imperium ognia to historia napisana z rozmachem i pomysłem. Nadaje się zarówno dla odbiorcy nastoletniego, jak i nieco starszego - każdego, kto chce zanurzyć się w przyjemnym, ciekawie obmyślanym świecie. Historia Lai i Eliasa wciąga jak bagno, bardzo ciężko się od niej oderwać. Już dziś zachęcam Was do zapoznania się z tą pozycją - bo dzięki takim powieściom przypominam sobie, dlaczego uwielbiam książki.
Ocena końcowa: 6/6
Polecam: zainteresowanym tematyką młodzieżowego (ale niekoniecznie bardzo romantycznego) fantasy
Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję wydawnictwu Akurat
Tytuł: Imperium ognia (org. The Amber in the Ashes)
Autor: Sabaa Tahir
Seria: Ember in the Ashes, #1
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 4 listopada 2015 r. (premiera: kwiecień 2015 r.)
Ilość stron: 511

środa, 21 października 2015

"Pulse" - Gail McHugh

Collide - tom pierwszy duologii pióra Gail McHugh - nie porwał mnie tak, jak bym tego oczekiwała, ale postanowiłam sięgnąć po część drugą. Dlaczego? Nie lubię pozostawiać niedokończonych historii. Wierzę, że później będzie lepiej.

Po wydarzeniach kończących Collide Gavin udało się na wygnanie do Meksyku, a Emily wróciła do mieszkania ze łzami w oczach. Jej świat ponownie stanął na głowie, ale przynajmniej podjęła istotną dla siebie decyzję: resztę życia chce spędzić z młodym Blake'iem. Jemu też nie jest łatwo, bo na zawsze stracił swoją ukochaną. Czy wielka miłość, która połączyła tę dwójkę, przetrwa ciężkie chwile?

Pulse, w porównaniu z Collide, jest spokojniejszy, mniej agresywny i utrzymany w słodszym klimacie. Wbrew pierwszym rozdziałom, które wskazują na tragedię (niespisaną wierszem), utwór z czasem staje się bardziej optymistyczny i taki już pozostaje. Słodycz i idealizm wręcz wylewają się z kart powieści, niszcząc racjonalne umysły czytelniczek (a przynajmniej mój) i ukazując im (a przynajmniej mnie), jak żałosne życia prowadzą. Przecież normalna dziewczyna - jak każda z nas - znalazła sobie całkiem fajną pracę i cudownego faceta: bogatego, nieziemsko przystojnego i, hm, dzikiego (?). Wada czy zaleta - to chyba kwestia gustu.
Wydaje mi się, że Pulse jest bardziej erotyczny niż Collide. Pod względem ilości (i jakości) opisów seksu kojarzył mi się z Pięćdziesięcioma twarzami Greya E.L. James - szczęśliwie obeszło się bez spisywania umowy pomiędzy Panem a Uległą. Recenzowana powieść kładzie na owe elementy znacznie większy nacisk niż np. Bezmyślna S.C. Stephens - co jest źródłem tak ogromnej różnicy w mojej ocenie tych utworów. U pani Stephens jest jakaś konkretniejsza fabuła, w której chodzi nie tylko o wepchnięcie pary bohaterów do łóżka.

Pierwszym, co zwraca uwagę po otwarciu książki, są trzy (no dobrze, dwie i pół) strony blogerskich rekomendacji i peanów na cześć Pulse. Przejrzałam je pobieżnie i dostrzegłam spojler. Ja rozumiem, że powieść jest do bólu przewidywalna sztampowa trzyma się kanonu gatunku, ale autorka wplotła w utwór pewien nieoczekiwany zwrot akcji. Gdy do niego dotarłam, wspomniałam blogerską rekomendację. Efekt został zniszczony.

Podczas lektury Pulse często towarzyszyło mi poczucie deja-vu. Czułam się jak podczas lektury kolejnego tomu Pięćdziesięciu twarzy Greya - nawet główni bohaterowie wydali mi się kalkami tych wykreowanych przez E.L. James. Pulse niemal wiernie kopiuje dwa romanse new adult / young adult, które miałam okazję czytać. Nie rozumiem zachwytów nad tą powieścią - uznaję ją za przeciętną, może nawet nieco słabszą. Nie odradzam, ale też nie polecam.
Ocena końcowa: 2+/6
Polecam: fanom erotycznych romansów

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Akurat


Tytuł: Pulse
Autor: Gail McHugh
Seria: Collide #2
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 7 października 2015 r. (premiera: lipiec 2013 r.)
Ilość stron: 398

środa, 24 czerwca 2015

"Collide" - Gail McHugh

Kilka lat temu, dzięki ogromnemu kasowemu sukcesowi sagi Zmierzch, rynek książkowy zalały powieści gatunku paranormal romance. Niejaki renesans tego gatunku nastał przy okazji wydania Pięćdziesięciu twarzy Greya, a później pojawiły się utrzymane w tym klimacie romanse. I jednym z nich jest Collide, debiutancki utwór Gail McHugh.

Emily niedawno skończyła studia, a do tego straciła matkę. Wsparciem w trudnych chwilach okazał się jej chłopak, Dillon. Dziewczyna przeprowadza się do Nowego Jorku, do swojej przyjaciółki Olivii. Niemal natychmiast znajduje sobie pracę w restauracji i pierwszego dnia pracy spotyka największego przystojniaka na Wschodnim Wybrzeżu. Jej serce zabiło szybciej, ale przecież ona już ma ukochanego. Gavin, bo tak ma na imię "Pan Wysoki, Przystojny i Podniecający", okazuje się dobrym znajomym Olivii i jej brata oraz Dillona. Co więcej, jest samotny, ale jego serce rozpaliła drobna, piękna kelnerka z nowojorskiej knajpki.

Collide z początku kojarzyło mi się z Pięćdziesięcioma twarzami Greya. Po kilkunastu stronach stwierdziłam, że podobieństwo jest niewielkie, ponieważ bohaterka nie jest skończoną ofermą (sorry, Anastasio Steele - nie lubię cię), ma chłopaka i bliżej niedoprecyzowane plany małżeńskie. Niestety, fabularnie powieść nie prezentuje się lepiej niż debiut E.L. James. Gdy tylko na kartach Collide pojawia się boski Gavin, wiadomym jest, że zdobędzie serce Emily. Na ponad trzystu stronach czytelnik obserwuje, jak dziewczyna miota się pomiędzy gorącym, zakazanym uczuciem żywionym do Gavina a nudnym, ale pobłogosławionym przez umierającą matkę związkiem z Dillonem. Powieść obfituje w "szczęśliwe" zbiegi okoliczności, które doprowadzają do częstych spotkań naszej uroczej parki (i przy okazji każe nam wierzyć, że Nowy Jork jest jak mała wioska, w której co rusz można się natknąć na znajomą twarz). W Collide jest mniej scen erotycznych niż w Pięćdziesięciu twarzach Greya, za to więcej przekleństw. Ale największą bolączką tej powieści było przerysowanie charakterów postaci - o czym poniżej.

Być może paradoksalnie, za najlepiej wykreowaną postać w Collide uważam Dillona, czyli chłopaka głównej bohaterki. Facet ma kilka zalet, ale także liczne wady, przez co wydaje się ludzki i prawdopodobny. Jego zupełnym przeciwieństwem jest Gavin: przystojny, wysoki i bogaty, do tego szarmancki, wierny i (obowiązkowo) z przykrą przeszłością. Żeby było lepiej, ma uroczych rodziców - w przeciwieństwie do Dillona, którego matka doprowadza główną bohaterkę (i czytelników) do białej gorączki. Autorka nie mogła bardziej zróżnicować swoich bohaterów i jaśniej dać odbiorcom do zrozumienia, kogo bardziej powinni lubić. Sama Emily wydała mi się żałośnie słaba i niezdecydowana, a do tego obdarzona zerowym poczuciem własnej wartości. Nie lubię tego typu bohaterek w literaturze: teoretycznie powinnam jej współczuć, ale na mnie działała dokładnie odwrotnie (miałam ochotę jej przyłożyć, żeby się ogarnęła).

Cechą, która znacznie odróżnia Collide od Pięćdziesięciu twarzy Greya, jest narracja: występujący w debiutanckiej powieści Gail McHugh narrator wszechwiedzący dość często "przeskakuje" pomiędzy Emily i Gavinem (czasami nawet w ramach jednego akapitu), by zdradzić czytelnikom ich myśli. Autorka pewnie chciała lepiej pokazać sercowe rozterki swoich bohaterów, ale taka konwencja wprowadza niepotrzebny chaos.

Collide nie jest erotykiem (jak Pięćdziesiąt twarzy Greya), ale romansem - niestety okrutnie przewidywalnym i pozbawionym jakiejkolwiek fabuły. Pomysł na książkę nie był najgorszy, ale chęć wykreowania absolutnie idealnego bohatera pogrążyła autorkę. Ja męczyłam się przy lekturze, co chwila ją odkładałam, a pod koniec uśmiechałam się z przekąsem i miałam nadzieję, że nikt mi tego "cuda" przez ramię nie czyta. Jeśli chcecie przeczytać niezbyt ambitny romans, możecie to zrobić. Mnie się nie podobało.
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: miłośnikom romansów

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Akurat
http://www.wydawnictwoakurat.pl
 
Tytuł: Collide
Autor: Gail McHugh
Seria: Collide #1
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 17 czerwca 2015 r. (premiera: styczeń 2013)
Ilość stron: 366
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Typowy romans


A teraz mały gratis dla tych, którzy wytrwali do końca: zapamiętane przeze mnie reakcje moich kolegów i koleżanek ze studiów na tę powieść. Oczywiście oceniali oni tę książkę na podstawie okładki, zawartego na niej opisu oraz losowych fragmentów (na szczęście tych mniej pikantnych).
kolega 1: Jakaś kontynuacja Greya?
koleżanka 1: Noo... Może być gorąco.
kolega 1: Gdzie on właściwie trzyma tą rękę?!
kolega 2: To na pewno poradnik, jak zostać tą, no, dz**ką.

Kocham swoje studia :D

środa, 20 maja 2015

"Niepokorna" - S.C. Stephens

S.C. Stephens swego czasu zachwyciła mnie Swobodną, drugą częścią trylogii (teraz już co najmniej tetralogii) Bezmyślna. Niedawno w Polsce ukazał się tom trzeci, Niepokorna. Chyba najgrubszy ze wszystkich, ale czego się nie robi dla poznania dalszych przygód Kellana i Kiery?

Niedługo po nieoficjalnym ślubie Kellana i Kiery w karierze Blagierów dochodzi do przełomu. Popularna gwiazda Sienna Sexton oferuje im nagranie wspólnego utworu. Taka okazja nie zdarza się codziennie, więc panowie chętnie przyjmują propozycję. Niestety, po nagraniu singla pojawiła się konieczność nakręcenia teledysku. A po jego publikacji cały świat obiega wieść, że Kellan i Sienna są parą. Próby dementowania nic nie dają, fani - jak zawsze - wiedzą lepiej, a Sienna nawet nie próbuje wyjaśniać nieporozumienia. Życie Kiery staje na głowie, musi uporać się nie tylko ze swoimi problemami, ale także obawami ciężarnej siostry i... zafascynowaną perspektywą ślubu matką.

Gratisik idealnie wpasowujący się w klimat powieści

Niepokorna obraca się wokół wspomnianej afery z Kell-Sexem (od Kellan i Sexton). Czytelnik wraz z Kierą zastanawia się, czy pomiędzy Kellanem a atrakcyjną Sienną naprawdę niczego nie ma. Klimat powieści zmienia się niemal ze strony na stronę, z ogromnej radości popadamy w czarną rozpacz, z głębin wątpliwości wygrzebujemy promienie nadziei. Fakt, momentami wydawało mi się to nużące (no ileż można?!), ale - patrząc z perspektywy całej powieści - było warto. Mimo przekonania (graniczącego z pewnością), że pomiędzy Kierą i Kellanem nic się nie zmieni, że ich miłość przetrwa wszystko, nieustannie dręczyły mnie pewne wątpliwości. Siła uczucia to jedno, ale jawne wystawianie go na ciągłą próbę ku aprobacie szerokiej publiczności to zupełnie inna kwestia - o czym w tej powieści przekonuje się Kiera. Autorka, tak jak w Swobodnej, niesamowicie uroczo przedstawiła związek dwójki głównych bohaterów, choć momentami decyzje podejmowane przez nich zakrawały na idealizm wyjęty z tandetnych paranormalnych romansów. W tym tomie częściej niż w Swobodnej pojawiają się opisy seksu: pozbawione szczegółów i wulgaryzmów, koncentrujące się raczej na doznaniach, a nie samych czynnościach.
Byłam bardzo ciekawa "poruszającego zakończenia", o którym wspominał opis z okładki, ale takowego się nie doczekałam. Podczas lektury całego tomu towarzyszyło mi szerokie spektrum emocji, ale końcówka wydała mi się wyjątkowo nijaka. Nie żeby była zła; przeciwnie, domknęły się wątki, historia się skończyła, ale "poruszającą" bym jej nie nazwała.

Widocznej zmianie uległ charakter głównej bohaterki. Kiera, którą wierni czytelnicy poznali jako dziewczynę, której wiecznie brakowało pewności siebie, zaczęła wychodzić ze swojego pancerza. Przestała się bać wyrażania własnych opinii, proszenia Kellana o przeróżne rzeczy, a z czasem dojrzała także do tego, by dostrzec swoje własne piękno. S.C. Stephens wspaniale przedstawiła jej przemianę - życiowo i powoli, bez nagłych zrywów czy niekonsekwencji. Podobnie pozytywnie odebrałam przemianę siostry głównej bohaterki, Anny. Rozhukana, atrakcyjna i nieskłonna do seksualnej wstrzemięźliwości kobieta musiała pogodzić się z faktem, że nosi pod sercem nowe życie, a to z kolei niesie za sobą pewne ograniczenia i nowe obowiązki. Kellan... pozostał taki, jaki był - bezgranicznie wierny, uroczy i zabójczo przystojny (przynajmniej w mojej wyobraźni...). W Niepokornej wypowiadał wprawdzie znacznie więcej patetycznych słów niż wcześniej, ale dobrym antidotum na jego "napuszenie" był nieokrzesany Griffin - którego szczerze polubiłam podczas lektury tego tomu.

Niepokorna - na pozór opowiadająca o "niczym" - niesamowicie mnie wciągnęła. Powieść pochłonęłam w trzech - czterech porcjach i za każdym razem z żalem odrywałam się od lektury. Ostatnie (ponad) 250 stron przeczytałam w ciągu jednego wieczoru, ignorując studenckie obowiązki - Kellan i Kiera zdecydowanie na to zasłużyli.
Kiedy zobaczyłam, że autorka szykuje kolejną powieść w cyklu, niemało się zdziwiłam. Niepokorna domknęła historię Kellana oraz Kiery i wątpiłam, by z tej uroczej parki dało się wyciągnąć coś więcej i uniknąć powielania schematów. Na szczęście, wg Goodreads, część czwarta, Untamed, opowiadać będzie o Griffinie. Pozostaje mi czekać do listopada (a później pewnie jeszcze trochę na polskie wydanie) na dalsze perypetie wulgarnego basisty.

Ciężko mi porównać Niepokorną do jakiejkolwiek innej powieści. Wciągnęłam się w nią równie mocno jak w Swobodną, a początkowo nie sądziłam, że tak "pospolity" romans zdoła mnie tak zafascynować. Tak jak część druga, niesamowicie rozgrzała moje serce i pozwoliła na chwilę uciec w świat pięknych fantazji. Pozostaje mi polecić Wam wspaniałe książki pióra S.C. Stephens i niecierpliwie wyglądać części czwartej. Może w międzyczasie przeczytam (w końcu) tom pierwszy? ;)
Ocena końcowa: 6-/6
Polecam: dziewczętom i kobietom powyżej 16. roku życia

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat
http://www.wydawnictwoakurat.pl/


Tytuł: Niepokorna (org. Restless)
Autor: S.C. Stephens
Seria: Bezmyślna #3
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 22 kwietnia 2015 r. (premiera: marzec 2013 r.)
Ilość stron: 653
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwania 2015 - Typowy romans
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka licząca więcej niż 500 stron
3. Klucznik na maj - Coś białego; Ponad 500 stron

środa, 6 maja 2015

[w dniu premiery] "Kiedy cię poznałam" - Cecelia Ahern

Cecelię Ahern poznałam dzięki Love, Rosie, choć większości Czytelników była pewnie znana wcześniej, dzięki PS Kocham cię. Dzięki wydawnictwu Akurat miałam okazję przeczytać kolejną powieść jej pióra, Kiedy cię poznałam. Sprawdźmy, czy irlandzkiej pisarce udało się mnie (ponownie) zachwycić.

Jasmine Butler została wyrzucona z pracy i skazana na roczny urlop ogrodniczy - czyli zwolniona z zastrzeżeniem, że przez rok będzie otrzymywać swoją pensję i nie może podjąć innej pracy. Dla trzydziestokilkuletniej samotnej i wiecznie zapracowanej kobiety to prawdziwe katusze, nie potrafi po prostu siedzieć w domu. Spędza czas na odwiedzinach u przyjaciółek, chorej na Downa siostry, zaczyna się także interesować swoim otoczeniem. Szczególnie wkurzającym sąsiadem z naprzeciwka, bezpośrednim prezenterem radiowym, Mattem Marshallem.

Zima (...) Okres braku aktywności, zamierania życia. [str. 9]

Kiedy cię poznałam to powieść obyczajowo-psychologiczna. Czytelnik towarzyszy Jasmine przez okres rocznego urlopu ogrodniczego. W jego trakcie kobieta zaczyna pracować w przydomowym ogródku, dotychczas pokrytym piaskowcem - i bez większego wysiłku można dostrzec, że prace ziemne to tylko symbol, który posiada swoje znaczenie. W międzyczasie Jasmine coraz bardziej wciąga się w życie Matta, zaczyna postrzegać go w zupełnie innym świetle: nie jak szukającego sensacji i poklasku celebrytę, ale jak sąsiada, który tak jak ona ma swoje problemy. Rozwój łączącej ich więzi działał na mnie jak magnes i trzymał przy tej powieści. Poza nim Kiedy cię poznałam raczej nie porywa, nie wywiera bardzo pozytywnego wrażenia. Początek powieści, zanim pomiędzy bohaterami zaczyna się coś dziać, a Jasmine użala się nad sobą, męczyłam z niesamowitym trudem. Moja ocena całości podniosła się mniej więcej latem (czyli za połową utworu) i utrzymała do końca. Zachwyciłam się za to zakończeniem - nie tylko rozwiązaniem fabularnym, ale kilkoma ostatnimi akapitami podsumowującymi utwór.

Wiosna (...) Wszystko w przyrodzie się odradza i odzyskuje siły witalne po okresie zmniejszonej lub zerowej aktywności. [str. 189]

Jasmine niesamowicie mnie irytowała. Przede wszystkim swoim podejściem do starszej, chorej siostry. Zawsze była blisko Heather, wspierała ją i pomagała przezwyciężać trudności, ale kiedy zyskała sporo wolnego czasu, coś się zmieniło: zaczęła się wtrącać w jej życie, obchodzić się z nią jak z jajkiem - a to wcale nie poprawiło ich relacji. Cieszyło mnie, że w powieści zaakcentowano zmianę w sposobie myślenia Jasmine: kobieta czasami żartuje sobie ze swojego starego sposobu życia, ale nie robi tego w sposób bezpośredni, tylko - jak w przypadku ogródka - symbolicznie. Z czasem odbiorca i sama Jasmine stwierdzają, że praca chyba jednak nie jest najważniejsza... Wspominałam już o związku (nie wiem, czy to dobre słowo w tym przypadku) głównej bohaterki z Mattem Marshallem. Przedstawiono go w sposób lekko przesłodzony, ale w gruncie rzeczy realistyczny i pokrzepiający serca. Żałuję tylko, że postaci Heather poświęcono tak mało miejsca.

Lato (...) Szczyt rozwoju, doskonałości, rozkwity urody, zanim zacznie się zamieranie. Najpiękniejszy okres życia. [str. 280]

Rozpoczynając lekturę Kiedy cię poznałam, spodziewałam się romansu, w którego tle przewijałaby się niepełnosprawna siostra głównej bohaterki. Slogan z okładki ("Czasem tylko jeden mały krok dzieli nienawiść od miłości") tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Gdybym pisała tę recenzję na kilkanaście stron przed zakończeniem lektury, posądziłabym wydawcę o zdradzanie zbyt wielu informacji na okładce. Na szczęście, autorka zakpiła sobie z konwencji powieści dla kobiet, romansów i historii obyczajowych - koniec końców nie trzymała się żadnej z nich ;)
Ciekawym zabiegiem okazało się spisanie Kiedy cię poznałam w formie przemówienia / raportu / bardzo długiego listu skierowanego do Matta. Nie dostrzegam wprawdzie żadnego uzasadnienia dla takiej konwencji, ale przyznaję, że lektura stała się dzięki temu niejako... bardziej osobista.

Jesień (...) Okres dojrzałości. [str. 393]

Kiedy cię poznałam to powieść raczej nudna, pozbawiona fabularnych fajerwerków, stanowiąca zapis rocznego "więzienia" ambitnej i zapracowanej kobiety. Nie dostrzegając drugiego, psychologicznego dna, można mieć poważne problemy z zakończeniem lektury, ponieważ "główne" wydarzenia ciągną się jak flaki z olejem. Dopiero za połową coś zaczyna się dziać, a zakończenie satysfakcjonuje, choć pozostawia lekki niedosyt. Po autorce Love, Rosie spodziewałam się czegoś lepszego.
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: miłośnikom powieści obyczajowo-psychologicznych; fanom Cecelii Ahern

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Akurat



Tytuł: Kiedy cię poznałam (org. The Year I Met You)
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 6 maja 2015 r. (premiera: październik 2014)
Ilość stron: 415
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Klucznik na maj 2015 - Coś białego

poniedziałek, 30 marca 2015

"Wiem o tobie wszystko" - Claire Kendal

"Wiem o tobie wszystko" dość jednoznacznie kojarzy się ze stalkingiem (potwierdzone - dwóch kolegów ze studiów natychmiast powiązało tytuł ze zjawiskiem). Dotychczas nie miałam okazji czytać żadnej książki o tej tematyce, więc literacki debiut Claire Kendal jest moim debiutem na łonie tego typu literatury.

Clarissa Bourne pracuje jako sekretarka na wyższej uczelni. Jej zwyczajne, nudne życie zmienia się drastycznie, kiedy zwraca na nią uwagę Rafe, profesor literatury z tej samej uczelni. Zaczęło się od niewinnego literackiego wieczorku, skończyło na męczącym prześladowaniu. Kobieta ma wrażenie, że wciąż jest obserwowana. W lutym zostaje członkinią ławy przysięgłych i przez siedem tygodni - podczas których nie chodzi do pracy, skupiając się wyłącznie na procesie - wraz z innymi musi zadecydować, czy ofiara gwałtu faktycznie była ofiarą gwałtu. Równocześnie stara się zbierać dowody przeciwko stalkerowi, co staje się coraz łatwiejsze (jego "ataki" zyskują na częstotliwości) i jednocześnie trudniejsze (psychologicznie; są coraz bardziej przerażające).

Wiem o tobie wszystko to powieść niepokojąca i przerażająca, choć nie zawierająca demonów, duchów ani innych elementów łączonych z horrorem. Splata w sobie dwa wątki: prześladowania Clarissy przez Rafe'a i sądowego procesu narkomanki oskarżającej dilerów o gwałt. Pierwsze skrzypce niepodzielnie grają Rafe i bezsilność Clarissy. Nigdy nie padłam ofiarą stalkingu (i obym nie padła!), ale wydaje mi się, że niektóre elementy zostały w tym utworze przerysowane albo przedstawione z przesadnym dramatyzmem - choćby domniemana bezradność policji. Autorce udało się oddać przerażenie, jakie towarzyszyło Clarissie, co uznaję za ogromny plus powieści. Zakończenie głównego wątku mocno mnie zaskoczyło, ale uznaję je za dobre i zadowalające.
Równolegle do pierwszego biegnie drugi wątek, pozornie niepowiązany fabularnie. Oto uzależniona od narkotyków prostytutka Carlotta Lockyer stająca przed sądem jako ofiara zbiorowego gwałtu. Proces ma trwać siedem tygodni, przesłuchuje się kolejnych świadków, a wyrok skazujący dla oskarżonych wydaje się pewny. Nie obserwujemy całości procesu (wszak to historia o stalkingu), poznajemy tylko nieliczne fragmenty - zeznania świadków, pytania obrony - w których bez trudu można odnaleźć nawiązania do sytuacji Clarissy. Kobieta bardzo często zastanawia się, czy - gdyby udała się na policję, by zgłosić prześladowanie - traktowana byłaby z podobną podejrzliwością i agresją, jak narkomanka i prostytutka próbująca dochodzić sprawiedliwości przed obliczem sądue. Ten pozornie poboczny wątek - wraz z zakończeniem - wstrząsnął mną na równi z wątkiem głównym.

Wiem o tobie wszystko to thriller psychologiczny. Clarissę, główną bohaterkę, poznajemy, gdy jest w wewnętrznej rozsypce. Nie wiemy właściwie niczego o tym, jaka była PRZED. Autorka przedstawiła kobietę przerażoną, zamkniętą w sobie i spodziewającą się jego na każdym kroku, a jednocześnie próbującą się otworzyć na świat i podjąć walkę z nieprzyjacielem. Nieocenioną pomocą w tych ostatnich czynnościach okazuje się proces, podczas którego Clarissa poznaje wspaniałych ludzi, Annie i Roberta. Są dla niej podporą, ucieczką od Rafe'a i jedynymi osobami, z którymi nie boi się spotykać. Mimo specyficznej sytuacji, w jakiej znalazła się kobieta, nie byłam w stanie jej polubić. Owszem, było mi jej szkoda, drżałam wraz z nią, gdy Rafe posuwał się coraz dalej i dalej, ale... jakaś część mojego umysłu podpowiadała, że Clarissa w pewnym stopniu zasłużyła na los, jaki ją spotkał - ale nie zdradzę Wam, co było powodem takiego myślenia.
Podczas lektury zastanawiałam się, dlaczego autorka nadała drugoplanowej narkomance i głównej bohaterce imiona na tę samą literę - w wielu poradnikach dla pisarzy sugeruje się przecież, by unikać takich sytuacji, jeśli jest taka możliwość. Stwierdzam jednak, że w tym przypadku był to zabieg celowy, podkreślający podobieństwo obydwu kobiet - ofiar przestępstw, które ciężko udowodnić.

Nie mogę narzekać na jakość polskiego wydania. Mamy odpowiedni dla tematyki tytuł (moim zdaniem lepszy niż oryginalne The Book of You - Książka o tobie), okładkę "zdobią" niepokojące frazesy podkreślające "stalkerowy" charakter powieści, z tyłu znajdziemy opis intrygujący, wzbudzający zainteresowanie, ale nie zdradzający szczegółów fabuły. Treść podzielona została na tygodnie (rozdziały), a te na poszczególne dni. Dwojaki styl narracji - z perspektywy narratora wszechwiedzącego oraz pamiętnika Clarissy - został zaakcentowany dwoma stylami czcionki. Nie znalazłam błędów składniowych czy literówek.

Wiem o tobie wszystko to dobry thriller psychologiczny wnikający w psychikę ofiary prześladowania. Jest to lektura niepokojąca, skłaniająca do refleksji nad zjawiskiem stalkingu, ale zakończenie powieści (w tym przypadku nierównoważne z zakończeniem głównego wątku fabularnego) nieco zepsuło ostateczny odbiór. Nie spodobała mi się także główna bohaterka - i to nie dlatego, że czasami zachowywała się irracjonalnie (w takiej sytuacji każdemu może odbić). Lekturę niemniej polecam, bo - przymykając oko na Clarissę - można się autentycznie przestraszyć jej treści.
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: zainteresowanym psychologią stalkingu; miłośnikom thrillerów psychologicznych

Za książkę dziękuję wydawnictwu Akurat
http://www.wydawnictwoakurat.pl



Tytuł: Wiem o tobie wszystko (org. The Book of You)
Autor: Claire Kendal
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 24 lutego 2015 r. (premiera: kwiecień 2014)
Ilość stron: 414
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Klucznik na marzec 2015 - Kropka i przecinek
2. Książkowe wyzwanie 2015 - Autor ma takie same inicjały jak ja
3. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka autora o takich samych inicjałach jak twoje

środa, 7 stycznia 2015

"Love, Rosie" - Cecelia Ahern

Tytuł: Love, Rosie (org. Where Rainbows End)
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 5 grudnia 2014 r. (premiera: listopad 2004 - jako Where Rainbows End)
Ilość stron: 512 

Cecelia Ahern zasłynęła w Polsce powieścią PS Kocham cię, której (oczywiście) nie czytałam, ale po Love, Rosie musiałam sięgnąć. Głównie dlatego, że do kin wszedł film z Samem Claflinem i Lily Collins. Decyzji nie żałuję, a film... poczekam, aż ukaże się na DVD, by móc przekonać się, jak twórcy poradzili sobie z adaptacją tej powieści.

Alex Stewart i Rosie Dunne znają się od dzieciństwa. Wspólnie psocą, wspólnie ponoszą kary, wspólnie spiskują przeciw znienawidzonej nauczycielce. Niestety, ojciec Alexa dostaje pracę w Bostonie i chłopak musi wyprowadzić się z Dublina na rok przed ukończeniem szkoły. Rosie ma do niego dołączyć w kolejnym roku, ale los postanowił zniweczyć plany dwójki przyjaciół. Każde z nich ma własne życie, własne chwile radości i zwątpienia, ale utrzymują ze sobą kontakt.

Love, Rosie nie zawiera narratora. Całą historię poznajemy z listów wymienianych pomiędzy bohaterami, zapisów czatów, kartek świątecznych/okolicznościowych czy zaproszeń. Początkowo nie byłam przekonana do tego sposoby prowadzenia fabuły, ale przekonałam się, że to świetny pomysł. Z listów i innych komunikatów dowiadujemy się o najistotniejszych wydarzeniach z życia bohaterów bez konieczności (uciążliwego) skakania w czasie. Wszak Love, Rosie zaczyna się, gdy Rosie i Alex mają po siedem lat, a kończy, gdy mają pięćdziesiąt. Tak ogromnego okresu czasu nie udałoby się zamknąć w jednym, pięćsetstronicowym tomie z "typową" narracją. Co więcej, gdyby autorka zrezygnowała z epistolarności i wprowadziła narratora pierwszo- czy trzecioosobowego, i tak musiałaby cytować listy czy zapisy czatów, by informować czytelnika o ich treści. Ograniczenie Love, Rosie do zapisów rozmów okazało się więc dobrą decyzją.
Przyjęta konwencja wpłynęła jednak na formę listów i maili. Nie sądzę, by korespondenci wymieniali się tak szczegółowymi relacjami z niektórych wydarzeń, jak miało to miejsce na kartach powieści. Nieraz całą stronę (książki) zajmuje opis scenerii, co ma uruchomić wyobraźnię odbiorcy (w tym także adresata wiadomości), ale tego typu zabiegów nie spotyka się w "normalnej" korespondencji.

Choć głównymi bohaterami powieści są Alex i Rosie, to ta druga jest ważniejsza, ponieważ niemal całość książki to jej korespondencja z innymi. Listy Alexa - czy jakiegokolwiek bohatera - do kogokolwiek to doprawdy rzadkość. Na kartach powieści obserwujemy niesamowitą przemianę panny Dunne, która z roztrzepanej, nieodpowiedzialnej dziewczyny powoli zmienia się w ustatkowaną, ambitną kobietę. Podziwiałam ją za hart ducha, ponieważ od samego początku dorosłości los rzucał jej kłody pod nogi. O Alexie dowiedziałam się dużo mniej, ale odebrałam go jako chłopaka ukierunkowanego i poważnego (co poniekąd kłóci mi się z wizerunkiem Sama Claflina...), ciężko pracującego na swoje szczęście. Oczywiście zdobył moje serce - i bez uroczej buźki filmowego odtwórcy jego postaci. W Love, Rosie pojawia się jeszcze kilka postaci - zabawna Ruby, przyjaciółka Rosie; rodzice Rosie; niejacy Bethanny, Greg "Jakmutam" Collins, Katie - które mają spory wpływ na fabułę oraz głównych bohaterów. Zaskakujące, jak dużo można dowiedzieć się o ludziach, czytając ich korespondencję!
Historii mogę zarzucić pewną rażącą w oczy idealizację. Charaktery postaci są prawdopodobne, ale zastanówcie się, drodzy Czytelnicy, czy rozwijacie się w kierunku zawodu, który wybraliście sobie w wieku siedmiu lat? Jeśli - tak jak ja - odpowiedzieliście "nie", na pewno ubodzie Was zachowanie Rosie i Alexa.

Love, Rosie zostało początkowo wydane pod tytułem Na końcu tęczy, ale wobec premiery filmu podjęto decyzję o ponownej publikacji powieści.
Recenzencki obowiązek nie pozwala mi pominąć największej wady (czy też zalety?) całej książki. Niemal od samego początku czytelnik doskonale wie, że Alexa i Rosie łączy coś więcej niż przyjaźń. Tymczasem uroczy duet nie może się zejść. Żadne nie potrafi wyznać uczuć drugiemu, "by nie zniszczyć mu życia". Gdyby nie te opory, cała książka nie miałaby prawa bytu.

A jednak (nawiązując do powyższego akapitu), na rynku ukazała się ta urocza, ciepła opowieść o dwójce przyjaciół, która - choć los oddalił ich od siebie - nadal utrzymała kontakt oraz powstałą pomiędzy nimi relację. Love, Rosie nie jest powieścią idealną - głównie ze względu na wspomnianą powyżej wadę - ale doskonale nadaje się dla romantycznych kobiecych duszyczek. Przy lekturze nie uroniłam łzy, jednak z żalem pomyślałam, że dobrze byłoby mieć kogoś takiego jak Alex...
Ocena końcowa: 6-/6
Polecam: kobietom w każdym wieku

Książka realizuje wyzwania (linki w panelu po prawej):
1. Klucznik styczeń 2015 - Spod choinki
2. Książkowe wyzwanie 2015 - Epistolarna
3. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka autora, którego nie czytałeś nigdy wcześniej

środa, 19 listopada 2014

"Swobodna" - S.C. Stephens

Tytuł: Swobodna (org. Effortless)
Seria: Beztroska #2
Autor: S.C. Stephens
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 22 października 2014 r. (premiera: czerwiec 2011 r.)
Ilość stron: 622 

Decydując się na lekturę Swobodnej, nie miałam pojęcia, iż jest to drugi tom serii. Zdawałam sobie sprawę, że to historia obyczajowo-romansowa, ale podjęłam rękawicę. I naprawdę nie żałuję.

Kiera jest w szczęśliwym związku z Kellanem, wokalistą Blagierów- niewielkiej grupy rockowej. Ich uczucie zostaje niebawem wystawione na próbę czasu, ponieważ Kellan i jego przyjaciele z zespołu otrzymują propozycje supportowania trasy koncertowej innej znanej grupy. Choć jest to niesamowita szansa, nasz gwiazdor się waha - ze względu na Kierę. Obydwoje, choć darzą się ognistym uczuciem, nie potrafią sobie do końca zaufać. Jak przetrwają półroczną rozłąkę?

Może z tym "niebawem" nieco przesadziłam, ponieważ mija dobre 200 stron, zanim Blagierzy otrzymują ofertę udziału w trasie. Tak czy inaczej, młodzi bohaterowie muszą się rozstać. To Kiera jest narratorką Swobodnej, więc czytelnik pozostaje z nią i śledzi wydarzenia z jej perspektywy. Wbrew pozorom, jej życie nie jest tak nudne, jak mogłoby się wydawać. Młoda kobieta rzuca się w wir studiów i pracy, a na horyzoncie pojawiają się dwa obiekty, które mogłyby zagrozić jej szczęśliwemu związkowi z Kellanem. Młody rockman pojawia się rzadko, ale miałam wrażenie, że nieustannie mi towarzyszył - głównie z powodu Kiery, która niemal nieustannie o nim myślała, pisała do niego, dzwoniła i tak dalej.

Główni bohaterowie mają nieco ponad dwadzieścia lat (dwadzieścia dwa, o ile się nie mylę), więc są praktycznie moimi rówieśnikami. Niestety, chwilami zachowywali się jak dzieci - zwłaszcza gdy przychodziło do jakichkolwiek gestów zazdrości. Ten zarzut kieruję głównie ku Kierze, która wydała mi się okrutnie dwulicowa: kocha Kellana, jest o niego chorobliwie zazdrosna, ma mu za złe posiadanie tajemnic, a jednocześnie sama nie mówi mu wszystkiego. Podczas lektury często zachodziłam w głowę, czy ja sama taka będę, gdy już znajdę "tego jedynego" - mam nadzieję że nie, bo chyba nie każdy chłopak zniósłby takie wahania nastrojów. Sam Kellan rzecz jasna święty nie jest, ale chwilami (zwłaszcza pod koniec książki) autorka kreuje go na zbyt idealnego. Cały czas jest przystojny, seksowny i utalentowany, ale z czasem zyskuje dwie kolejne cechy, które niemal go odrealniają. Nie zdradzę, jakie to przymioty (by nie zaspoilerować Wam drugiej połowy książki) - grunt, że Kellan stał się w moich oczach chłopakiem / narzeczonym / mężem / kochankiem idealnym.
Nie myślcie jednak, że w Swobodnej występuje tylko wzmiankowana wyżej dwójeczka. Niemałą rolę w fabule odgrywają inni Blagierzy, ich dziewczyny - w tym starsza siostra Kiery, Anna - a także koleżanki z pracy Kiery. Na drugi plan wysuwają się także wspomniane w trzecim akapicie "dwa obiekty", których tożsamości oczywiście nie zdradzę. W Swobodnej poznajemy nawet rodziców Kiery - rodziców, którzy najwyraźniej nie pojmują stylu życia swoich córek (i dwudziestolatków w ogóle), a przez to są źródłem wielu zabawnych sytuacji.

Bohaterami Swobodnej są dwudziestokilkulatkowie, a co za tym idzie, ich związek jest inny niż te spotykane w literaturze young-adult. Kellan nigdy nie stronił od seksu (o czym Kiera i czytelnik dowiaduje się od... różnych panienek z Seattle), a Kiera jako jego dziewczyna musi chce go zadowolić. Na szczęście to Kiera jest narratorką w powieści, więc opisy stosunków są delikatne, subtelne, bez wulgaryzmów. Bohaterowie znają liczne przekleństwa, co czasami demonstrują, ale raczej panują nad językami. Mimo wszystko, Swobodną poleciłabym raczej czytelnikom powyżej osiemnastego... no dobra, szesnastego roku życia.

Swobodna pozytywnie mnie zaskoczyła. Spodziewałam się łzawej opowiastki o zdradach i wielkiej, wiecznej miłośni zdolnej pokonać wszelkie zło, a dostałam autentyczną, poruszającą historię dwójki młodych ludzi, którzy się kochają, ale nie potrafią sobie zaufać. Utwór serdecznie polecam, zwłaszcza rówieśniczkom głównej bohaterki - ufam, że, tak jak ja, odnajdą w Kierze cząstkę siebie i razem z nią pokochają Kellana. Ja na pewno sięgnę zarówno po pierwszy tom (Bezmyślna), jak i ostatni (Reckless).
Ocena końcowa: 6-/6
Polecam: młodym kobietom

Jeszcze dziś do północy możecie zgłaszać się do rozdawajki, w której do zdobycia jest Swobodna:
http://moje-czytadla.blogspot.com/2014/11/listopadowy-konkursik.html
 Za egzemplarz do recenzji oraz do konkursu dziękuję Wydawnictwu Akurat
http://www.wydawnictwoakurat.pl