Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 stycznia 2019

"Cienie" - Amy Meredith

Zdejmując tę powieść z regału, zdawałam sobie sprawę, że Cienie to pozycja z gatunku young adult, wydana na fali popularności sagi Zmierzch. Nie stawiałam im wielkich wymagań; liczyłam jedynie, że uprzyjemnią mi luźne grudniowe popołudnia.

Eve Evergold ma niebawem zacząć naukę w pierwszej klasie liceum w niewielkiej miejscowości Ridgewood słynącej z bycia popularnym miejscem wypoczynkowych wypadów amerykańskich gwiazd. Tutejsze dzieciaki przyzwyczajone są do luksusu, a nasza główna bohaterka bez zażenowania przyznaje się do słabości do błyszczyków, drogich butów i torebek. W wakacje poprzedzające rozpoczęcie przez nią nauki w nowej szkole, w Ridgewood pojawia się dwóch nowych nastolatków: tajemniczy Mal, który wprowadził się do posiadłości należącej niegdyś do słynnego piosenkarza, oraz uroczy Luke, syn nowego pastora. Ich pojawienie się wywołuje niemałą ekscytację wśród młodzieży Ridgewood, szczególnie jej damskiej części, ponieważ obydwaj są niesamowicie atrakcyjni. Beztroską atmosferę psuje fakt, że coraz więcej kobiet i dziewcząt z miasteczka trafia do szpitala psychiatrycznego z powodu poważnych zaburzeń. Co jest ich przyczyną?

Największy zarzut, który mogę postawić tej powieści, to jej okładka. Konkretnie, ogromny spoiler umieszczony na jej froncie. O ile do mniej więcej połowy tomiku czytelnik może mieć pewne nadzieje/złudzenia, o tyle później największa "tajemnica" się klaruje, a my zostajemy z pewnym niesmakiem - przecież wiedzieliśmy to z okładki...

Pod pewnymi względami, Cienie kojarzyły mi się z sagą Pretty Little Liars - mamy tu niewielką miejscowość, w której wszyscy się znają, bogatych mieszkańców i młodzież interesującą się głównie błyszczykami, ciuchami i randkowaniem. Motyw mieszkańców masowo trafiających do szpitala psychiatrycznego również wydaje mi się znajomy.
I podobnie jak w przypadku PLL, nie potrafiłam znaleźć w sobie dosyć pokładów dobroci/empatii/wzajemności, by polubić główną bohaterkę Cieni. Uwielbienie do drogich ubrań i kosmetyków może pomaga czytelnikom w utożsamieniu się z Eve, ale jej nagła przemiana i "filozoficzne" rozważania w stylu "On powiedział, że jestem płytka. A to nieprawda! Dbam nie tylko o błyszczyk i włosy, ale też o inne rzeczy" jednak mnie irytowały. 

Pod względem fabuły, nie ma tu niczego odkrywczego ani zaskakującego (patrz: akapit wyżej). Wątek związany z mocami Eve jest naciągany, a rozwój jej umiejętności przedstawiony chaotycznie. Nie potrafiłam odnaleźć przyjemności w czytaniu o kolejnych perypetiach nastolatki, mimo że Autorka wplotła w powieść elementy tajemnicy (taki trochę nieudolny Dan Brown) oraz humoru (niektóre żarty były autentycznie zabawne!).

Mimo sporej dozy zawodu, jakiej dostarczyły mi Cienie, nie poddałam się i sięgnęłam po drugi tom serii. Już teraz mogę stwierdzić, że nie żałuję, ponieważ Polowanie podobało mi się dużo bardziej (myślę, że napiszę o tym przy innej okazji). O ile po Cieniach zaczęłam wątpić, czy gatunek young adult wciąż jest dla mnie odpowiedni, Polowanie dało mi nadzieję, że wciąż mogę czerpać przyjemność z lektury.
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: zagorzałym fanom gatunku young adult


Tytuł: Cienie (org. Shadows)
Autor: Amy Meredith
Seria: Dotyk ciemności, #1
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 7 października 2010 r. (premiera: kwiecień 2010 r.)
Ilość stron: 247

środa, 24 czerwca 2015

"Collide" - Gail McHugh

Kilka lat temu, dzięki ogromnemu kasowemu sukcesowi sagi Zmierzch, rynek książkowy zalały powieści gatunku paranormal romance. Niejaki renesans tego gatunku nastał przy okazji wydania Pięćdziesięciu twarzy Greya, a później pojawiły się utrzymane w tym klimacie romanse. I jednym z nich jest Collide, debiutancki utwór Gail McHugh.

Emily niedawno skończyła studia, a do tego straciła matkę. Wsparciem w trudnych chwilach okazał się jej chłopak, Dillon. Dziewczyna przeprowadza się do Nowego Jorku, do swojej przyjaciółki Olivii. Niemal natychmiast znajduje sobie pracę w restauracji i pierwszego dnia pracy spotyka największego przystojniaka na Wschodnim Wybrzeżu. Jej serce zabiło szybciej, ale przecież ona już ma ukochanego. Gavin, bo tak ma na imię "Pan Wysoki, Przystojny i Podniecający", okazuje się dobrym znajomym Olivii i jej brata oraz Dillona. Co więcej, jest samotny, ale jego serce rozpaliła drobna, piękna kelnerka z nowojorskiej knajpki.

Collide z początku kojarzyło mi się z Pięćdziesięcioma twarzami Greya. Po kilkunastu stronach stwierdziłam, że podobieństwo jest niewielkie, ponieważ bohaterka nie jest skończoną ofermą (sorry, Anastasio Steele - nie lubię cię), ma chłopaka i bliżej niedoprecyzowane plany małżeńskie. Niestety, fabularnie powieść nie prezentuje się lepiej niż debiut E.L. James. Gdy tylko na kartach Collide pojawia się boski Gavin, wiadomym jest, że zdobędzie serce Emily. Na ponad trzystu stronach czytelnik obserwuje, jak dziewczyna miota się pomiędzy gorącym, zakazanym uczuciem żywionym do Gavina a nudnym, ale pobłogosławionym przez umierającą matkę związkiem z Dillonem. Powieść obfituje w "szczęśliwe" zbiegi okoliczności, które doprowadzają do częstych spotkań naszej uroczej parki (i przy okazji każe nam wierzyć, że Nowy Jork jest jak mała wioska, w której co rusz można się natknąć na znajomą twarz). W Collide jest mniej scen erotycznych niż w Pięćdziesięciu twarzach Greya, za to więcej przekleństw. Ale największą bolączką tej powieści było przerysowanie charakterów postaci - o czym poniżej.

Być może paradoksalnie, za najlepiej wykreowaną postać w Collide uważam Dillona, czyli chłopaka głównej bohaterki. Facet ma kilka zalet, ale także liczne wady, przez co wydaje się ludzki i prawdopodobny. Jego zupełnym przeciwieństwem jest Gavin: przystojny, wysoki i bogaty, do tego szarmancki, wierny i (obowiązkowo) z przykrą przeszłością. Żeby było lepiej, ma uroczych rodziców - w przeciwieństwie do Dillona, którego matka doprowadza główną bohaterkę (i czytelników) do białej gorączki. Autorka nie mogła bardziej zróżnicować swoich bohaterów i jaśniej dać odbiorcom do zrozumienia, kogo bardziej powinni lubić. Sama Emily wydała mi się żałośnie słaba i niezdecydowana, a do tego obdarzona zerowym poczuciem własnej wartości. Nie lubię tego typu bohaterek w literaturze: teoretycznie powinnam jej współczuć, ale na mnie działała dokładnie odwrotnie (miałam ochotę jej przyłożyć, żeby się ogarnęła).

Cechą, która znacznie odróżnia Collide od Pięćdziesięciu twarzy Greya, jest narracja: występujący w debiutanckiej powieści Gail McHugh narrator wszechwiedzący dość często "przeskakuje" pomiędzy Emily i Gavinem (czasami nawet w ramach jednego akapitu), by zdradzić czytelnikom ich myśli. Autorka pewnie chciała lepiej pokazać sercowe rozterki swoich bohaterów, ale taka konwencja wprowadza niepotrzebny chaos.

Collide nie jest erotykiem (jak Pięćdziesiąt twarzy Greya), ale romansem - niestety okrutnie przewidywalnym i pozbawionym jakiejkolwiek fabuły. Pomysł na książkę nie był najgorszy, ale chęć wykreowania absolutnie idealnego bohatera pogrążyła autorkę. Ja męczyłam się przy lekturze, co chwila ją odkładałam, a pod koniec uśmiechałam się z przekąsem i miałam nadzieję, że nikt mi tego "cuda" przez ramię nie czyta. Jeśli chcecie przeczytać niezbyt ambitny romans, możecie to zrobić. Mnie się nie podobało.
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: miłośnikom romansów

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Akurat
http://www.wydawnictwoakurat.pl
 
Tytuł: Collide
Autor: Gail McHugh
Seria: Collide #1
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 17 czerwca 2015 r. (premiera: styczeń 2013)
Ilość stron: 366
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Typowy romans


A teraz mały gratis dla tych, którzy wytrwali do końca: zapamiętane przeze mnie reakcje moich kolegów i koleżanek ze studiów na tę powieść. Oczywiście oceniali oni tę książkę na podstawie okładki, zawartego na niej opisu oraz losowych fragmentów (na szczęście tych mniej pikantnych).
kolega 1: Jakaś kontynuacja Greya?
koleżanka 1: Noo... Może być gorąco.
kolega 1: Gdzie on właściwie trzyma tą rękę?!
kolega 2: To na pewno poradnik, jak zostać tą, no, dz**ką.

Kocham swoje studia :D

środa, 13 sierpnia 2014

"Pandemonium" - Lauren Oliver

Tytuł: Pandemonium
Autor: Lauren Oliver
Seria: Delirium #2
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 25 października 2012 r. (premiera: 28 lutego 2012 r.)
Ilość stron: 373 

Delirium czytałam już jakiś czas temu i sięgając po Pandemonium miałam wiele wątpliwości. Jak odnajdę się w przedstawionym świecie, skoro właściwie nic nie pamiętam? Moje zmartwienia jeszcze się pogłębiły, gdy rozpoczęłam lekturę. Bo pierwszy rozdział był naprawdę dziwny.

Książka została podzielona na dwa okresy: "wtedy" i "teraz", które się przeplatają. Dowiadujemy się z nich, że Lena, po opuszczeniu Portland, została znaleziona i przygarnięta przez grupę Odmieńców dowodzoną przez dwudziestojednoletnią Raven. Nasz bohaterka poznaje wielu innych podobnych sobie ludzi i zaczyna zapominać o okropieństwach wydarzeń z końca Delirium. Jednocześnie czytamy, iż znowu mieszka w mieście, jest tajną agentką ruchu oporu i udaje wyleczoną. Los nie jest dla niej łaskawy i niebawem trafia do niewoli, a wobec wszystkich okropieństw towarzyszył jej będzie niejaki Julian, jeszcze nie wyleczony syn przywódcy organizacji AWD (Ameryka Wolna od Delirii).

Ocenę fabuły zacznę od podkreślenia, że jest to książka młodzieżowa - dobra, żeńsko-młodzieżowa. Od samiuteńkiego początku podejrzewałam, że wcześniej czy później trafię na łapiące za serce wyznania i namiętne pocałunki; tym bardziej, że Odmieńcy to nie tylko kobiety, a Julian to przecież chłopak. Musiałam poczekać nieco dłużej, niż zakładałam, ale nie zawiodłam się, choć irracjonalność tego związku niemal zwaliła mnie z nóg. Przypominam jednocześnie, że w świecie przedstawionym dziewczęta i chłopcy dorastają osobno, by nie dopuścić do rozwoju delirii, a Lena w Delirium miała cudownego chłopaka, Alexa. Możecie sobie zatem wyobrazić, ile (wirtualnych) łez uroniłam, czytając o rozwoju tego związku.
Pozostając w temacie fabuły, spieszę podzielić się jeszcze kilkoma uwagami i słowami uznania. Absurdem wydało mi się, iż bandą Odmieńców, do których trafiła Lena, kieruje dwudziestoletnia dziewczyna, a nie ktoś starszy - a takich w grupie nie brakowało. Dalej: wzmiankowana Raven bardzo szybko zaczyna zwierzać się Lenie i pozwalać jej brać udział w ważnych dyskusjach, a przecież ona dopiero co do nich dołączyła! Co miałaby wiedzieć o przetrwaniu w Głuszy? Zachowanie głównej bohaterki często znajduje się na granicy zdrowego rozsądku. Wspomnę tu choćby o odpoczynku po nerwowej ucieczce, podczas którego miała czas by się wyspać, umyć, pogadać o głupotach, ale zjeść cokolwiek - nie. A potem narzeka, że jest głodna, słania się na nogach i nie może iść... Ileż razy miałam ochotę zastrzelić ją, a przynajmniej palnąć w ten durny łeb! Autorka nie zadała sobie trudu, konstruując pojawiające się po drodze zagadki. Bohaterka trzykrotnie musiała nieco wysilić szare komórki, podczas gdy rozwiązanie zagadki zostawało jej podane niemal na tacy (nie uwierzę, żeby była tak genialna, a Ci Źli tak głupi). Stwierdzam, że równie dobrze można było zostawić te drzwi otwarte, a nie robić wielką aferę z ich otwierania...
Ekhem, miałam podzielić się jeszcze słowa uznania. Całkiem ciekawie prezentuje się to, co wydarzyło się "wtedy". Te elementy Pandemonium były najciekawsze, najbardziej "realne" i względnie nieprzewidywalne. Co ważniejsze, zaczęłam identyfikować się z tymi dzieciakami, z wracającą do zdrowia Leną, z nienawiścią wobec tych wyleczonych. "Teraz" także dzieje się niemało, ale brakuje tego dreszczyku emocji, ponieważ wiem, że oni nie zginą - to kłóciłoby się z kanonem powieści żeńsko-młodzieżowej.

Uff, ponarzekałam co nie miara. O głównych bohaterach nie mogłabym powiedzieć nic lepszego. Ciekawiej prezentują się postacie drugoplanowe, na przykład siedmioletnia Blue czy mieszkający pod Nowym Jorkiem kalecy ludzie, odrzuceni przez społeczeństwo. Być może ich przewaga nad Leną polega na tym, że nie poznałam ich myśli, wobec czego nie mogłam ubolewać nad ich idiotyzmem, bezmyślnością czy monotematycznością.

W Pandemonium mocno zaskoczył mnie brak Aleksa. Pamiętam, co wydarzyło się w Delirium i jak rozstał się z Leną, ale w powieściach młodzieżowych różne cuda się zdarzają... A tutaj nie! Ostatnie pół strony recenzowanej powieści wprowadza obowiązkowy cliff-hanger, który ma zachęcić mnie do sięgnięcia po ostatnim tom trylogii, ale nie jestem pewna, czy mam ochotę się z nim zapoznać. Zapowiada się bardzo zmierzchopodobny utwór...

Na Pandemonium zawiodłam się sromotnie. Nie zainteresowała mnie fabuła, nie polubiłam bohaterów, nie wczułam w dylematy Leny. Przebrnęłam przez powieść, ponieważ nie lubię porzucać lektury i do końca liczę na jakiś rozbłysk geniuszu. W przypadku drugiego tomu trylogii Lauren Oliver nie doczekałam się tego. Z przykrością stwierdzam, że książki nie polecam.
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: zadeklarowanym fanom Delirium

piątek, 30 maja 2014

Samotnie - John Crowley

Tytuł: Samotnie (org. The Solitudes)
Autor: John Crowley
Seria: Aegipt, #1
Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: 28 października 2008 r. (premiera: marzec 1987 jak Aegypt)
Ilość stron: 541 

Oczekiwanie na umówione spotkanie i bliskość księgarni z tanimi książkami to wybitnie złe połączenie - o czym wie każdy bibliofil.Jakiś czas temu nadarzyła mi się sposobność zakupienia trylogii Aegipt pióra Johna Crowleya, jednego z "najważniejszych i literacko najciekawszych współczesnych prozaików amerykańskich" [Solaris 2008, okładka]. Jak mogłam nie kupić?

Pierce Moffet, którego możemy uznać za głównego bohatera Samotni, zaczyna nowy etap w swoim życiu, zmierza na rozmowę kwalifikacyjną na uniwersytecie. Złośliwością losu autobus psuje się po drodze, ale w miejscu swojego nieszczęścia Moffet spotyka swojego byłego studenta i przyjaciela, Spofforda. Spędzają ze sobą kilka dni, ale Pierce'a ciągnie do wielkiego miasta, do pracy wykładowcy. Po pewnym czasie mężczyzna ze zdumieniem odkrywa, że nie potrafi czerpać przyjemności z wykonywanego zawodu, postanawia wrócić do sielskiej wioski, do Spofforda oraz uroczych Rose i Rosie.

Powyższy akapit właściwie wyczerpuje linię fabularną Samotni. Autor niewiele uwagi poświęcił poczynaniom Pierce'a w mieścinie, a jeszcze mniej jego pracy zawodowej. Co zatem znajduje się na ponad pięciuset stronach? Napiszę to, co powiedziałam Mamie po przeczytaniu mniej więcej trzech czwartych książki: "NIE WIEM". Pierce kontempluje otaczającą go rzeczywistość i - nie wiem z jakiego powodu, na jakiej podstawie - zaczyna rozważać dualizm świata. Zdanie Istnieje więcej niż jeden świat pojawia się w książce kilkukrotnie. Wspomniana Rosie czyta Ogryzki jabłek Fellowesa Krafta (nie znalazłam takowego autora w kopalni zwanej Goodreads) i rozważa ich psuedonaukowe aspekty. Ach, nie wspomniałam o iście mistycznym początku i zakończeniu tomu. Podwójny prolog zapowiadał niezgorszą opowieść o aniołach i krystalomantach... na zapowiedziach się skończyło.

W Samotniach przewija się, epizodycznie, kilka realnych postaci o nieco zmodyfikowanych życiorysach: młody Will Szekspir (rudy i pozbawiony talentu aktorskiego), doktor Dee (namiętnie próbujący dostrzec coś w swojej kryształowej kuli), Giordano Bruno (mnich zapamiętujący wszystko, co przeczyta, ale jego metody mnemotechniczne nie zdobyły aprobaty papieża). Opowieści o nich były zdecydowanie najciekawszymi elementami recenzowanej powieści, czego dowodem niech będzie fakt, iż zapamiętałam z nich właściwie wszystko - czego nie mogę powiedzieć o "głównym" wątku i "głównych" postaciach.

Trzydzieści siedem lat, które minęło od chwil wydania Samotni do tej pory, dało się utworowi we znaki. Nawet niewprawne oko dostrzeże różnice: dłuższe, rozbudowane zdania; koncentracja na wzniosłych uczuciach, myślach i przekonaniach bohaterów (nawet nie wiedzieliście, jak trudnym zadaniem jest wypowiedzenie trzech odpowiednich życzeń do złotej rybki!); wzniosłe słowa w ustach postaci (chyba by uświadomić odbiorcy, jakim prostakiem i ignorantem jest). Zwłaszcza ten drugi element uprzykrza lekturę Samotni: wewnętrzne rozterki bohaterów - a zwłaszcza nastoletnich bohaterek, których pełno w dzisiejszych powieściach młodzieżowych - trwają długo, niby ukazując złożoność charakteru postaci. Niby jest w tym zdaniu słowem-kluczem.

Być może wyjdę na osobę płytką i pozbawioną "czytelniczego smaku", ale uznaję Samotnie za książkę marną. Nie spodobały mi się "rozkminy" Pierce'a nad dualizmem świata, nad tym dlaczego Cyganie umieją przepowiadać przyszłość, nad tym że chce napisać książkę, ale nie może (parafrazując znamienitego Polaka). Zawiodła mnie "fantastyczność", "obyczajowość", "epickość". Do gustu przypadły mi tylko wspomniane historie z (nie)prawdziwymi postaciami. I wyłącznie ze względu na nie sięgnę po drugi tom - z nadzieją poznania ciągu dalszego ich opowieści.
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: ?

piątek, 7 marca 2014

"Obsidian" - Jennifer L. Armentrout

Tytuł: Obsidian (pl. Obsydian)
Autor: Jennifer L. Armentrout
Seria: Lux, #1
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 21 maja 2014 r. (premiera: listopad 2011 r.)
Ilość stron: 335

Mimo wiadomej większości czytelników wtórności powieści młodzieżowych, wciąż sięgam po kolejne pozycje i szukam "tego czegoś", co wyróżniłoby daną książkę spośród setek innych. Sięgnęłam więc po Obsidian pióra Jennifer L. Armentrout, który - jak mi się wydawało - miał ukazać się w Polsce.

Główna bohaterka, Katy Schwartz, przeprowadza się do małego miasteczka, uciekając z matką przed wspomnieniami po zmarłym ojcu. Ma to miejsce w wakacje, a od września Kat ma zacząć naukę w lokalnym liceum. Wcześniej poznaje dwójkę nastoletnich sąsiadów - Deamona i Dee Blacków - oczywiście w jej wieku. O ile Dee chce zaprzyjaźnić się z nową dziewczyną, jej brat jest temu zdecydowanie przeciwny. Rodzeństwo zachowuje się poniekąd dziwnie - co zauważa nie tylko Kat, ale większość dzieciaków z liceum - do tego pojawiło się w szkole z jeszcze jednym bratem oraz jeszcze jednymi trojaczkami. Dziwne wydarzenia zaczynają kumulować się wokół niepozornej Kat, która w głębi duszy toczy bój: czy kocha Deamona, czy go nienawidzi?

Nie mylicie się - Obsidian to kolejny romans paranormalny, z naciskiem na romans. Do tego skonstruowany niemal tak samo jak Zmierzch. Brakuje tylko balu wieńczącego tom. Bohaterka znów trafia do nowego z jednym rodzicem (choć tym razem z matką), zawiera znajomość z Elitarnymi Dziwakami i Elegantami szkoły, zakochuje się w chłopaku, który za nic w świecie z nią nie będzie (jakże miałby zwrócić uwagę na taką szarą myszkę jak ona?), do tego nie chce jej związków z kimkolwiek z jego rodziny. Oczywiście na jednej lekcji siedzą w pobliżu siebie, oczywiście on kilka razy ją ratuje i twierdzi przy tym uparcie, że wcale ale to wcale mu na niej nie zależy. Oczywiście jakiś wątek fabularny też dodano, żeby móc podciągnąć to pod literaturę młodzieżową a nie stricte harlequin, ale jest on nieustannie tłamszony przez romans. Po skończeniu lektury naprawdę dość miałam wysłuchiwania, że Kat musi odciąć się od Blacków "dla jej własnego dobra / bezpieczeństwa" (choć pojawił się też argument, że chodzi o "dobro / bezpieczeństwo" Dee).

Nie zapałałam sympatią do głównych postaci. Początkowo lekko utożsamiałam się z Kat, która czyta książki i prowadzi bloga z recenzjami, ale szybko zrezygnowałam z tej więzi. Dziewczyna należy do tych, które mówiąc "Nie" mają na myśli "Tak". Oczywiście nie przyznaje się do zauroczenia postacią Deamona - i chodzi raczej o jego ciało, bo z charakteru to typ mocno... rozbieżny. Dlaczego? Nasz kochaś na co dzień jest szorstki jak papier ścierny, ale zdarzają mu się chwile wręcz przerysowanej czułości i tkliwości. Oczywiście w stosunku do Kat. Oczywiście mają potem kłopoty. Ale to, oczywiście, nie ma dla nich większego znaczenia (choć poziom bezpieczeństwa Dee gwałtownie wtedy maleje).

W Obsidian udało mi się znaleźć dwie zalety. Pierwsza to ciekawy pomysł na tę "paranormalną" część osobowości Dee i Deamona. Przynajmniej nie są to wilkołaki ani wampiry, choć ich pochodzenie wydaje się równie mocno naciągnięte. Cóż, takimi prawami rządzi się ten gatunek. Druga zaleta to długość: mękę udało mi się zakończyć względnie szybko.

Gdyby policzyć, ile razy w tej recenzji padło słowo "oczywiście", można wyciągnąć bardzo poprawny wniosek, że to lektura przewidywalna. Niespodzianką może być ewentualnie tożsamość Dee i Deamona oraz brak balu maturalnego (choć jest jakaś inna potańcówka, nie pomnę z jakiej okazji). Według mnie czas spędzony na lekturze był czasem straconym. Być może dlatego, że Zmierzch odebrałam jako czytadło nudne i przewidywalne, a Obsidian to jego prawie doskonałe ksero.
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: fanom Zmierzchu

poniedziałek, 18 lipca 2011

"Córka burzy" - Richelle Mead

Tytuł: Córka burzy (org. Storm Born)
Autor: Richelle Mead
Seria: Mroczny łabędź, #1 (org. Dark Swan)
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 8 kwietnia 2011 (premiera: sierpień 2008)
Ilość stron: 384


Richelle Mead jest znana dzięki przygodom wampirów oraz sukubów - nic jednak nie czytałam. Widząc w bibliotece kolejną jej książkę, pierwszy tom nowej serii, bez wahania sięgnęłam. „Na pewno będzie warto” myślałam.

Eugenie Markham, zwana też Othelie lub Czarnym Łabędziem, zajmuje się wypędzaniem duchów do Tamtego Świata oraz kontaktami z nimi. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie sprowadzenia stamtąd nastoletniej Jasmine – porwanej w Halloween czternastoletniej dziewczynki. Początkowo nie chce się zgodzić, ale – poznawszy swoją przeszłość – zmienia zdanie. Po tamtej stronie poznaje wiele duchów i demonów, spośród których najważniejsi są Ezon (który porwał Jasmine) i Dorian (jego wróg, na którego pomoc liczy bohaterka). Także ziemski żywot Eugenie się zmienia: kobieta poznaje uroczego młodzieńca - czy otworzy się na miłość?

Początkowo fabuła zapowiadała się typowo: bohaterka przechodzi między światami, walczy z demonami, wreszcie – mniej lub bardziej – szczęśliwie odbija porwaną. Takie rozwiązanie może i jest banalne, przewidywalne, ale w pełni by mnie usatysfakcjonowało. Liczyłam na ciekawe, emocjonujące perypetie. Tymczasem otrzymałam...
Romans, nawet więcej: mocny erotyk. Na pierwszy plan wysuwa się dziwna przepowiednia, głosząca, że potomek Eugenie zdobędzie władzę nad obydwoma światami. Dlatego każdy demon chce ją zapłodnić. Chociaż do stosunków nie dochodzi często,  opisywane są one szczegółowo, drobiazgowo, brutalnie… To mnie zniesmaczyło.

Akcja toczy się szybko, co mogę zaliczyć do zalet. Gdyby nie nadmiar obowiązków, pochłonęłabym tę książkę w dwa dni, mimo niesmaku i idiotycznej fabuły. Pierwszoosobowa narracja w czasie przeszłym jeszcze dodaje dynamiki. Chwała autorce za to, że nie wgłębiała się w uczucia towarzyszące bohaterce podczas stosunków – nie strawiłabym (jakże często spotykanych) rozbudowanych metafor i porównań towarzyszącym tego typu scenom.

Także bohaterowie nie dostarczyli mi materiału na pozytywny akapit. Eugenie początkowo zdaje się być zupełnie normalna, poznawszy jednak ważniejsze osobistości Tamtego Świata, zaczyna fiksować. Pozostali także nie powalają – skrywają sekrety, później je ujawniają, czytelnik chwilę się dziwi, po czym przechodzi nad tym do porządku dziennego: ot, znowu „niespodziewany” zwrot akcji.

Córka burzy srodze mnie zawiodła. Oczekiwałam fantastyki, może urban fantasy, a dostałam powieść erotyczną. Gdyby nie ogromna ilość pozytywnych opinii, nie sięgnęłabym po kolejne książki pani Mead, ale renoma Akademii Wampirów nie pozwala mi przejść obok nich obojętnie. Ale dopiero za jakiś czas...
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: fanom autorki; lubiącym erotyki

piątek, 7 stycznia 2011

"Ukryte" - Kimberly Derting

Tytuł: Ukryte (ord. The Body Finder)
Autor: Kimberly Derting
Seria: Ukryte, #1
Data wydania: 9 marca 2011 (świat: marzec 2010)
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 336

Do sięgnięcia po książkę niewydaną nad Wisłą skłoniły mnie: intrygujący tytuł i ciekawa okładka. Nie mogąc się pohamować, przeczytałam. I oto wnioski...

Violet Ambrose jest licealistką, ale daleko jej do sztampowości. Potrafi wyczuwać zmarłych, których zwłoki nie są pochowane jak należy. Już jako ośmiolatka, w czasie spaceru w lesie, znalazła ciało nastoletniej dziewczyny... Ale "echa" (czyli wyczuwane przez nią impulsy) pojawiają się nie tylko przy ofiarach: także osoba, która przyczyniła się do śmierci jest otoczona specjalną aurą. I tyczy się to nie tylko ludzi: nawet jej kot przyprawia ją o ból głowy, gdy wraca z polowania.

O co chodzi w całej historii? Otóż w mieście, w którym mieszka Violet z rodzicami, zaczynają znikać młode dziewczyny. Nasza bohaterka, przebywając nad jeziorem, znajduje niezidentyfikowane ciało. Jak się okazuje, jest to jedna z zaginionych. Powoli odnajdują się także kolejne... Ups, właśnie zdradziłam Wam niemal połowę książki. Pewnie zastanawiacie się, jak to możliwe? Spieszę z wyjaśnieniem...

Wbrew moim oczekiwaniom główny wątek powieści to nie rozwiązywanie zagadki, kto stoi za morderstwami. Na pierwszy plan wysuwa się wątek... miłosny! Ponieważ Violet ma wiernego przyjaciela, Jaya Heatona, do którego od pewnego czasu zaczyna czuć coś więcej niż przyjaźń. Zapoznając się z tym rysem fabuły, nie mogłam się opędzić od porównań do Zmierzchu S. Meyer. W obydwu pozycjach dziewczyna zadręcza się myślami, jaki to ON jest wspaniały, jaki cudowny, podczas gdy ona taka nijaka, zwyczajna... Tymczasem ON czuje to samo i zastanawia się, czy ONA jest gotowa na poznanie prawdy...
Chyba nie zdziwicie się, gdy napiszę, że koniec końców się ze sobą zejdą i, co irytowało mnie chyba najbardziej, niemal bez końca się całują (żeby było zabawniej, tom pierwszy również kończy się balem w szkole, na który kontuzjowana bohaterka w pięknej sukni się wybiera).

Równolegle do tego harlequina prowadzone jest śledztwo. Ciekawym zabiegiem jest przedstawienie sytuacji z perspektywy mordercy. Kiedy ten typ spod ciemnej gwiazdy zdaje sobie sprawę, że Violet z jakiegoś powodu rozgryzła jego tajemnice (i przyczyniła się do zapuszkowania jego partnera w zbrodni), zaczyna na nią polować. Pomysł bardzo ciekawy, jego zabiegi mogłyby prowadzić do ciekawych i przerażających sytuacji, ale... miłość przede wszystkim. Najlepiej z całej książki wypada zakończenie (ostatnie 3-4 rozdziały): minimalna ilość romansu i maksymalna dawka emocji (nie powiem dlaczego, to byłoby nie fair z mojej strony). Ale koniec to nie wszystko - najpierw trzeba do niego dotrzeć.

Dobrze byłoby nieco przybliżyć Wam głównych bohaterów. Nasza Violet wydaje się całkiem sympatyczną i normalną dziewczyną, jednak jej emo-myśli, emo-wywody oraz dialogi wewnętrzne, gdy zastanawia się, cza kocha Jaya, czy on ją kocha, czy powinna powiedzieć mu to pierwsza... spowodowały, że zaczęła mnie irytować. Także ów "cudny" pan Heaton działał mi na nerwy swoją nadopiekuńczością, "miśkowatością" oraz tekstami typu: "Nieważne, co nas spotka, zawsze będziemy się kochać". Być może amerykańskie nastolatki lubią takich pantoflarzy: ja preferuję facetów z charakterkiem. Sytuację nieco ratuje drugi plan, czyli przyjaciółki Violet oraz jej rodzina, występują oni jednak tak rzadko, że niemal ich nie zauważamy.

Podsumowując, The Body Finder zawiódł mnie na całej linii. Ciekawie poprowadzony wątek kryminalny, elementy dobrze zapowiadającego się thrillera zostały zabite przez ckliwe tudzież namiętne wyznania pary siedemnastolatków. Czytając książki tego typu rozumiem, za co cenię serię Gone czy Igrzyska śmierci: tam wątek miłosny nie służy tylko wydłużeniu książki, zrobieniu trzech tomów (bo na tyle ma opiewać seria) z czegoś, co mogłoby się zmieścić w jednym. To, że ten jeden byłby ciekawszy, nie ma znaczenia - liczy się komercja i tyle. Raczej nie polecam.
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: tym, którym spodobał się Zmierzch

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Jak zauważyliście, piszę o książce niewydanej w Polsce. Takie sytuacje będą się zdarzać: chciałabym zachęcić Was do poszerzania swoich horyzontów. Jeśli bylibyście zainteresowani, mogę zamieszczać tłumaczenia kilku rozdziałów, tak na próbę.
Już niedługo (jeśli wszystko pójdzie dobrze), przedpremierowa (lub tuż popremierowa) recenzja Cienia nocy (ang. Nightshade) autorstwa Andrei Cremer (premiera w Polsce: 11 stycznia).