Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/6. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lipca 2023

"Widzialna ciemność" William Golding

Powieść oparta na ciekawym pomyśle, poruszająca istotne kwestie, ale niestety przekombinowana i przerysowana.

Mroczna i tajemnicza powieść laureata Nagrody Nobla o dwoistości ludzkiej natury.

Z płomieni trawiących zbombardowany Londyn wyłania się cudem ocalały chłopiec. Nikt nie wie, skąd się wziął. Napiętnowany odrażającą blizną na twarzy Matty staje się wyrzutkiem, zarówno w dzieciństwie, jak i w swoim dorosłym życiu. Odrzucony, nie może odnaleźć swojego miejsca w społeczeństwie i coraz bardziej się w sobie zamyka. Na kartach książki pojawiają się jeszcze dwie podobnie zagubione osoby – siostry bliźniaczki Sophy i Toni. Pierwsza wykorzystuje swoją urodę, by zdobywać władzę nad mężczyznami, druga wikła się w przemoc i terroryzm. Splatając ze sobą ich losy, Golding mistrzowsko ukazuje sprzeczność pomiędzy pozorami i rzeczywistością, zewnętrznym wyglądem i światem wewnętrznym bohaterów.

Widzialna ciemność, mimo że jest mniej znana od najsłynniejszej powieści Goldinga Władca much, zyskała miano jego najbardziej zagadkowego dzieła, w którym pisarz przeniósł odwieczny problem walki dobra ze złem do współczesności, ujawniając ciemną stronę rzeczywistości, w której żyjemy.

Williama Goldinga dotychczas kojarzyłam jako "autora jednego hitu". Jego Władca much zapisał się w historii światowej literatury jako wstrząsający obraz upadku moralności i cywilizacji. Gdy w wiosennych zapowiedziach wydawnictwa Zysk i S-ka pojawiła się inna książka tego pisarza, ciekawość nie pozwoliła mi po nią nie sięgnąć.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

"Urządzenie Centauryjskie" M. John Harrison

Space opera o intrygującym zakończeniu i irytującej całej reszcie.

John Truck z pozoru był tylko kolejnym szemranym kapitanem statku kosmicznego. Handlował narkotykami, gdy mógł je dostać, a kiedy ich nie było, przewoził inne towary. W rzeczywistości był jednak ostatnim z Centauryjczyków - choć tylko półkrwi - i w związku z tym jedyną osobą zdolną uruchomić Urządzenie Centauryjskie, rozumną bombę, która mogła być kluczem do rozstrzygnięcia okrutnej kosmicznej wojny.

Klasyczna powieść M. Johna Harrisona stawia na głowie konwencje space opery i jest napisana z precyzją oraz talentem, z jakich zasłynął.

Gdybym miała Urządzenie Centauryjskie opisać jednym słowem, wybrałabym "chaos". Już od pierwszych stron dużo się dzieje i nie zmienia się to niemal do samego końca. Nieustannie ktoś próbuje zwerbować / zaatakować / uprowadzić / odbić / przekabacić naszego protagonistę, Johna Trucka - kapitana statku, podrzędnego przemytnika i handlarza narkotykami. Wszystko z powodu pochodzenia głównego bohatera.

poniedziałek, 6 czerwca 2022

"Święty zdrajca" Marcin Kaczmarczyk

Odległa przyszłość, próby eliminacji religii, wskrzeszenie świętego Piotra dzięki dostępnym technologiom... Czyż to nie brzmi intrygująco?

Koniec XXI wieku. Świat jest pogrążony w chaosie po wojnach nuklearnych. Zniszczenia spowodowane użyciem broni biologicznej nie pozwalają na normalne funkcjonowanie. W dodatku ludzkość w końcu rozumie, co jest najgorszą i najbardziej destrukcyjną siłą każącą zabijać się nawzajem: to religia. Chrześcijanie są tępieni, masowe egzekucje nikogo już nie dziwią. Wierzący ukrywają się w jaskiniach przed żołnierzami armii BESTII, pragnąc wolności i pokoju na świecie, a przede wszystkim chcąc pozostać przy życiu.

Tymczasem w Verden – jednej ze stolic świata, gdzie mieści się siedziba Izby Lordów – w wyniku zaawansowanych badań i eksperymentów zostaje wskrzeszony apostoł Piotr. Celem projektu jest zmanipulowanie pamięci świętego, by zaprzeczył zmartwychwstaniu Chrystusa, avogłaszając to światu, ostatecznie położył kres istnieniu religii.

„Święty zdrajca” to pełna sensacji opowieść o ludzkich słabościach i wątpliwościach, o tęsknocie i pustce, o miłości, sile i bezwzględności, o pragnieniu władzy absolutnej, o tym, jak destruktywny wpływ na człowieka ma... człowiek.

Poznaj bohaterów powieści: Daniela, Marię, Zolę, Dymitrewa, Lorda Doriana i innych. Przekonaj się, że zmienić można się w każdym momencie.

Koncept niniejszej powieści zdaje się wywodzić od myśli, że to religia popychała ludzkość do najgorszych zbrodni. Wspominając krwawe wyprawy krzyżowe czy samobójcze zamachy niektórych radykalnych grup, ciężko nie zgodzić się z tą opinią. Jak można się spodziewać, zagrożenie eliminuje się poprzez brutalne ataki na wierzących oraz mordowanie ich. Dla wyższego dobra i porządku, czy jakoś tak. Jednym z najbardziej zagorzałych przeciwników religii wydaje się Daniel Stein, pułkownik organizacji o nazwie BESTIA. Naprzeciwko niego stanie Jakub, przywódca jednego z chrześcijańskich społeczeństw, marzący o przywróceniu starego porządku rzeczy, wolności wyznania, ucieczce od wiecznego lęku.

wtorek, 18 maja 2021

"Wegetarianka" Han Kang

Krótko mówiąc: nie zrozumiałam. Dłużej mówiąc: widzę, dokąd to miało zmierzać, ale do mnie niestety nie dotarło.

Przed koszmarem Yong-hye i jej mąż prowadzili zwykłe życie. Gdy pękające, przesiąknięte krwią obrazy zaczynają nawiedzać myśli bohaterki, Yong-hye postanawia oczyścić swój umysł i zrezygnować z jedzenia mięsa. W kraju, w którym społeczne obyczaje są ściśle przestrzegane, decyzja Yong-hye o przyjęciu „roślinnego” stylu życia jest czymś szokującym. A kiedy jej bierny bunt przejawia się w coraz bardziej ekstremalnych i przerażających formach, skandal, znęcanie się oraz wyobcowanie zaczynają wysyłać Yong-hye w obszary jej fantazji. W całkowitej metamorfozie zarówno umysłu, jak i ciała niebezpieczne przedsięwzięcie zabierze Yong-hye daleko od jej niegdyś znanej postaci.

Pomysł na powieść wydał mi się ciekawy, słyszałam i czytałam też sporo pozytywnych opinii. Tymczasem do mnie ta historia najwyraźniej nie trafiła, nie przemówiły do mnie metafory... W dwóch słowach: nie zrozumiałam przesłania. Początek był intrygujący, natomiast później zaczęło się robić dziwnie. I nie chodzi mi tutaj o pomysł opowiedzenia historii z trzech punktów widzenia, w trzech opowiadaniach składających się w spójną całość.

niedziela, 5 maja 2019

"Sekret Julii" - Tahereh Mafi

Wiem, że od premiery Sekretu Julii minęło sporo czasu, ale wobec amerykańskiej premiery Defy Me - piątego tomu tej serii - postanowiłam nadrobić lekturę tych książek z cyklu, które posiadam.

Julia, James i Adam trafiają do bazy antyrządowej organizacji o nazwie Punkt Omega. Dziewczyna ma za zadanie nauczyć się panować nad swoją mocą, ale przychodzi jej to z trudem. Bardziej niż na opanowaniu swojego przekleństwa swoich zdolności, zależy jej na spędzaniu czasu z Adamem. Ten jednak wydaje się mocno zajęty. Niebawem Julia odkrywa sekret, który może przekreślić ich wspólną przyszłość.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" - E.L. James

E.L. James to, przynajmniej na razie, autorka jednego przeboju - ale nie byle jakiego. Mam wrażenie, że w Polsce nie ma osoby - choćby umiarkowanie zainteresowanej literaturą - która nie znałaby tytułu Pięćdziesiąt twarzy Greya. Ze znajomością treści jest już nieco gorzej, bo wiele osób uznaje, że nie zamierza tracić czasu na lekturę "tego czegoś". A ja postanowiłam ten czas potracić...

Anastasia Steele przymierza się do ukończenia studiów, gdy zostaje poproszona przez swoją przyjaciółkę i współlokatorkę Katherine o przeprowadzenie wywiadu z bogatym biznesmenem, Christianem Greyem. Przystojny mężczyzna robi na Anie ogromne wrażenie, ale przecież ktoś taki jak on nie zainteresowałby się kimś takim jak ona... prawda? Wprost przeciwnie, Grey zaczyna kręcić się wokół panny Steele, spędzać z nią coraz więcej czasu, martwić się o nią... ale trzyma dziewczynę na dystans. Jaki mroczny sekret może skrywać to piękne oblicze?

Mniej więcej jedna trzecia książki to przewidywalne zagrania mające doprowadzić do ujawnienia wspomnianego powyżej sekretu i okrutnie naiwne rozważania Anastasii, czy Grey mógłby ją pokochać. Później, gdy wielka tajemnica zostaje obnażona... wcale nie robi się ciekawiej. Owszem, na kartach powieści pojawiają się sceny erotyczne (liczne, liczne powiadam), ale poza nimi wieje nudą. Pięćdziesiąt twarzy Greya, które na początku próbowało udawać, że posiada jakąkolwiek rozsądną fabułę, z czasem porzuca wszelkie pozory, a czytelnik otrzymuje jasny komunikat: w tej książce chodzi o pieprzenie.

Główna bohaterka to jedna z najgłupszych, najbardziej naiwnych postaci, o jakich czytałam ostatnimi czasy. Gdy Grey daje jej do zrozumienia, że jest dla niego tylko zabawką, ona uparcie wmawia sobie, że to jest miłość. Kiedy on chce spróbować "czegoś więcej" (uwielbiam to określenie), ona się cieszy, ale w tę miłość zaczyna wątpić. Nie zliczę, ile razy przewracałam oczami, gdy autorka raczyła mnie rozbudowanymi wewnętrznymi monologami swojej bohaterki. Po dwudziestojednoletniej absolwentce uczelni wyższej (omen nomen, mojej rówieśniczce) spodziewałabym się znacznie dojrzalszego zachowania. A może jej zachowanie to kwestia braku komputera? (Poważnie, Anastasia swojego pierwszego laptopa dostała od Greya... jak, JAK ona zdołała skończyć studia?) Niesamowity pan Grey także mnie nie zachwycił - tym szczególniej, że E.L. James chyba nie miała pomysłu na uzasadnienie jego specyficznych erotycznych... fetyszy. Niemniej jego kreację uznaję za nieco lepszą od Anastasii.
Związek Anastasii i Christiana nosił - moim zdaniem - znamiona syndromu sztokholmskiego. Każdy, kto mniej więcej orientuje się w fabule, powinien się ze mną zgodzić w tej kwestii. Nie sądzę, by jakakolwiek "normalna" dziewczyna nie protestowała wobec takiego traktowania. Nawet ze strony tak boskiego mężczyzny, jakim był Christian Grey.

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że Pięćdziesiąt twarzy Greya jako erotyk ma szanse się obronić. Nie czytuję tego typu utworów, ale opisy tego są dość szczegółowe i oddziałują na wyobraźnię. Dość szczęśliwie (?) to Anastasia jest narratorką, a jako dziewczyna spokojna i dobrze wychowana (?) nie używa wulgarnych określeń. Gdyby tę historię relacjonowała nam bardziej ekspresyjna postać, powieść mogłaby być nie do strawienia.
Podczas lektury zastanawiałam się, w czym tkwił fenomen tej trylogii. Odpowiedź poznałam. I okazała się ona doprawdy prozaiczna. Autorka sięgnęła wgłąb siebie i spisała najgłębiej skrywane marzenia przeciętnej kobiety: zdobycie przystojnego, bogatego i opiekuńczego mężczyzny oraz urozmaicone życie erotyczne. Pal licho, że bohaterowie są płytcy, a Anastasia zachowuje się, jakby miała dziesięć lat. To nic, że pod fabularnym względem Pięćdziesiąt twarzy Greya prezentuje się gorzej niż Zmierzch (nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę!). Grunt, że E.L. James napisała opowieść, w której realiach chciałaby się znaleźć niemal każda kobieta.

Czy warto zawracać sobie głowę Pięćdziesięcioma twarzami Greya? Myślę, że niekoniecznie. Na rynku dostępne są lepsze romanse eroty powieści new adult, które oprócz namiętności zawierają w sobie jakąś fabułę (na przykład trylogia S.C. Stephens, której trzeci tom chcę niebawem przeczytać, a recenzję drugiego tomu znajdziecie tutaj). Tego typu twórczość mogłaby spokojnie zawisnąć na blogu lub poleżeć w szufladzie, by sprawiać autorce przyjemność w wolnych chwilach, a nie zatruwać umysły czytelników i czytelniczek na całym świecie. Po kolejne części raczej nie sięgnę, ale czuję się - w pewnym sensie - spełniona, ponieważ przeczytałam książkę "wyklętą" przez innych recenzentów :)
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośniczkom mocniejszych romansów

Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya (org. Fifty Shades of Grey)
Autor: E.L. James
Seria: Pięćdziesiąt odcieni #1
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 14 stycznia 2015 r. (premiera: maj 2011)
Ilość stron: 606
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - W tytule jest kolor
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka ze złymi recenzjami
3. Klucznik na kwiecień - Dziewczęta i kobiety; Książka w książce

środa, 18 lutego 2015

"Upadli" - Lauren Kate + Podsumowanie 7ReadUp 1.0

Tytuł: Upadli (org. Fallen)
Autor: Lauren Kate
Seria: Upadli #1
Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 19 maja 2010 r. (premiera: grudzień 2009)
Ilość stron: 480

Lauren Kate to amerykańska autorka, która zadebiutowała tetralogią Upadli, a od niedawna wydaje swoją nową serię Łza. Dotychczas miałam okazję zapoznać się tylko z pierwszym tomem jej debiutanckiej serii - za to aż dwukrotnie. Moją pierwszą recenzję (z 2011 roku) możecie przeczytać tutaj, zaś dziś zapraszam na opinię zupełnie niezależną: być może podobną, być może zupełnie odmienną od tej pierwszej (nie pamiętam, co wtedy pisałam, ale ocena się nie zmieniła).

Początkiem roku szkolnego Lucinda Price trafia do poprawczaka Sword & Cross. Wraz z nią do placówki trafia jeszcze troje młodych degeneratów. Liceum mieści się w raczej podupadłym kompleksie, którego największą atrakcją są kościół - czy raczej sala gimnastyczna z basenem w budynku kościoła - oraz cmentarz. Luce od razu zdobywa kilku dobrych znajomych a także kilku wrogów. Dodatkowo znajduje sobie jasnowłosy obiekt westchnień: Daniela Grigoriego, przystojnego ale wrogo nastawionego typka. Na horyzoncie jest jednak jeszcze jeden przystojniak, będący całkowitym przeciwieństwem Grigoriego - Cam. Dziewczyna próbuje odbić serce swojego wybranka, obmyślić sposób wydostania się ze szkoły oraz pozbyć się nękających ją cieni.

Upadli to romans młodzieżowy i daje się to odczuć od pierwszej strony, która przedstawia wydarzenia znacznie poprzedzające faktyczną fabułę (swoją drogą, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ czytelnik domyśla się dzięki temu większości fabuły). Akcja toczy się raczej powoli, niemal cały czas czytamy o wspaniałym Danielu i sympatycznym Camie. Przykre jest to, że po raz kolejny mamy do czynienia z motywem miłości przeznaczonej i skazanej na nieszczęśliwy koniec - najwyraźniej szczęście nie leży w kanonie literatury młodzieżowej! Upadli nie rozwiązują właściwie żadnej z zagadek, jakie autorka wprowadziła w tomie. Nie dowiadujemy się, dlaczego Lucinda widzi duchy, dlaczego wszystkie dramatis personae przebywają w tym samym domu poprawczym, ani co naprawdę wydarzyło się feralnego dnia, który zmienił życie Luce. Kończąc lekturę, miałam wrażenie, że zapoznałam się z prologiem i zaraz rozpocznie się ta właściwa część powieści. Cóż, może w kolejnym tomie.

Sama główna bohaterka nie powaliła mnie na kolana - chyba że swoją głupotą. Lucinda podkreśla, że jest mądra, wykształcona i bystra, ale podczas lektury odebrałam ją jako dziewczynę płytką i dziecinną. Chodzi mi tu głównie o kwestie sercowe (ileż razy można czytać o fatalizmie miłości?), ale też podejście do znajomych. Wydaje mi się, że przeciętna siedemnastolatka zachowuje się nieco inaczej niż panna Price. Doborowa gromadka postaci drugoplanowych to menażeria czarno-biała. Bohaterowie odnoszą się do Luce albo z miłością, albo z nienawiścią. Oczywiście większość pod maską skrywa zupełnie inne oblicze - szkoda tylko, że uważny czytelnik dość szybko zwęszy podstęp.

Pomijając dość przeciętnie wykreowanych bohaterów, w powieści irytowała mnie mowa spojrzeń. Jestem w stanie zrozumieć, iż niektóre spojrzenia mogą zabijać - w tym metaforycznym sensie - ale w Upadłych autorka posunęła się znacznie dalej, dając oczom bohaterów możliwość wypowiadania całych zdań. To może bawić, ale nie w takich ilościach. Podczas lektury przewinęło się też stwierdzenie, iż Luce potrafi rozwiązywać równania różniczkowe; czy tylko w moim ogólniaku w klasach matematyczno-informatycznych o rachunku różniczkowym mówiło się w kategoriach "temat na studia techniczne"? Czy naprawdę polskie licea są gorsze od amerykańskich poprawczaków...?
W maju czeka nas premiera serialu na motywach tetralogii. Nie będę się w tej chwili wyżywać na obsadzie (daleko mi do zachwytów), ale zastanawiam się, jaką część historii opowiedzą twórcy. Na dobrą sprawę, wydarzenia z Upadłych można zmieścić w 2-3 okołogodzinnych odcinkach. Ciekawe, czy postanowiono połączyć kilka tomów w jeden tom, dodać nieobecne w książkach wątki, a może niemiłosiernie rozciągać fabułę? Pożyjemy, zobaczymy.

Upadli to powieść kierowana głównie do gimnazjalno-licealnej młodzieży płci żeńskiej. Historia jakich obecnie wiele na polskim rynku wydawniczym. Kolejne tomy zapewne rozbudują fabułę, odpowiedzą na postawione w tej części pytania, a przede wszystkim - mam taką nadzieję - ograniczą sercowe rozterki Lucindy Price. Udręka i Uniesienie już czekają na półce, kiedyś na pewno po nie sięgnę, a póki co... czekam na serial, licząc na reżysersko-scenariuszowe objawienie.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: Czytelniczkom w wieku gimnazjum - liceum

Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - Tylko jedno słowo w tytule
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, na której podstawie powstał serial telewizyjny
3. Kluczniki luty 2015 - Love story

***
W dniach 11-17 lutego brałam udział w 7ReadUp organizowanym przez Martę z Secret Books. Moje statystyki przedstawiają się następująco:

dzień 1: 258 stron Wyścig śmierci
dzień 2: 70 Wyścig śmierci + 26 Świat Lodu i Ognia + 81 Ogniem i mieczem = 177 stron
dzień 3: 25 Świat Lodu i Ognia + 92 Ogniem i mieczem = 117 stron
dzień 4: 132 strony Ogniem i mieczem
dzień 5: 104 strony Ogniem i mieczem
dzień 6: 31 Świat Lodu i Ognia + 175 Ogniem i mieczem = 206 stron
dzień 7: 42 Świat Lodu i Ognia + 141 Ogniem i mieczem = 183 strony
Razem: 1177 stron, 1 książka skończona (ale dwie pozostałe to naprawdę pokaźne tomiszcza)


Może następnym razem będzie lepiej :)

środa, 21 stycznia 2015

"Tatuaż z lilią" - Ewa Seno

Tytuł: Tatuaż z lilią
Autor: Ewa Seno
Seria: Antilia #1
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: 19 czerwca 2014 r.
Ilość stron: 288

Ewa Seno zadebiutowała na polskim rynku niedawno i od razu rzuciła się na głęboką wodę. Dlaczego? Ponieważ postanowiła napisać romans młodzieżowy z elementami paranormalnymi. Jak polska autorka wypada na tle zagranicznych debiutantek?

Dzień osiemnastych urodzin był dla Niny koszmarem. Nie tylko przyłapała swojego chłopaka w łóżku z najlepszą przyjaciółką, ale jeszcze straciła ojca. Jedynym pozytywnym elementem tego dnia było wykonanie pięknego, darmowego tatuażu z lilią. Dziewczynie została tylko mieszkająca w USA ciotka, o której rodziciel wyrażał się bardzo niepochlebnie. Kobieta proponuje dziewczynie przeprowadzkę do Ameryki, a ta zgadza się. Już w drodze do nowego domu Ninę spotyka coś dziwnego, a to dopiero początek amerykańskiej przygody! Nastolatka wprowadza się do małej mieścinki, w której wszyscy się znają, a w szkole przetacza się kilku wyjątkowo przystojnych chłopców.

Początek Tatuażu z lilią wydał mi się interesujący, w końcu nie w każdej historii rodzice bohaterki giną na kilku pierwszych stronach (przeważnie w ogóle się w powieści nie pojawiają, taka prawda...). Pozytywne wrażenia towarzyszyły mi aż do lotu do Stanów Zjednoczonych, kiedy Nina poznała Alexa. Wtedy nabrałam podejrzeń, że debiutancki utwór Ewy Seno okaże się kolejnym sztampowym romansidłem. I faktycznie, w powieści przewija się wiele schematów, w tym wroga, który okazuje się dobrym przyjacielem czy rozgadanej, charyzmatycznej przyjaciółki. Autorka wyszła nieco przed szereg, wprowadzając nie dwóch, a trzech adoratorów głównej bohaterki - choć nie wiem, czy można to zaliczyć do zalet.
Młodzieżowo-romantyczny profil Tatuażu z lilią zmienia się za połową tomu. Okazuje się, że Nina nie jest przeciętną osiemnastolatką o żołądku bez dna, a jej przyjaciele nie są tymi, za kogo ich uważała. Koniec końców bohaterka trafia w miejsce, w którym - przynajmniej w moim odczuciu - powinna mieć pewne problemy z komunikacją. Tymczasem, choć początkowo kilka razy Nina wspomina o "przełączaniu się" na inny język, końcówka milczy na ten temat. Czyżby cały wszechświat mówił po angielsku albo po polsku?

Ninę odebrałam jako dziewczynę płytką i próżną, skupioną wyłącznie na sobie. Takie cechy wynikają zapewne ze sposobu wychowania; ojciec miał mnóstwo pieniędzy, dzięki czemu rozpieszczał córeczkę najróżniejszymi prezentami, tym samym rekompensując jej długie godziny siedzenia w pracy oraz nieobecność matki. Nastolatka jest przynajmniej świadoma swoich atutów, nie uważa się ani za brzydulę ani superlaskę. Zgromadzony wokół niej męski harem to natomiast zupełnie sztampowa gromadka, ale tym razem najlepsze męskie przymioty rozdzielono pomiędzy trzech... a w sumie nawet czterech (!), a nie dwóch panów. Czytelniczki mają więc kilka potencjalnych obiektów westchnień, nawet ja znalazłam kogoś dla siebie, ale... Alex, Christian i Nick nie trafili do panteonu moich ukochanych bohaterów książkowych.

Okładkę Tatuażu z lilią uważam za poważne nieporozumienie. Nie zgłaszam obiekcji co do wyglądu przedstawionej na niej dziewczyny, ale czy ktoś jest w stanie wyjaśnić mi, czemu widnieją na niej dwie twarze? Czy raczej: twarz i pół? Nie mam pojęcia, jaki efekt chciał osiągnąć grafik, ale mnie taki obrazek nieco odrzuca. Czyżby modelka miała zbyt oklapłe włosy? Albo za dużą głowę w porównaniu do reszty ciała? Szkoda, że zmarnowano szansę na wywarcie dobrego pierwszego wrażenia.

Tatuaż z lilią to dość typowy przykład literatury młodzieżowej. Oczywiście cieszę się, że wyszedł spod palców polskiej autorki, ale myślę, że mógłby być lepszy. Wyróżnia się dramatycznym początkiem (choć po Alicji w Krainie Zombi nie robi specjalnie wielkiego wrażenia) i kwadratem romantycznym, a także sporą fabularną dziurą ziejącą pod koniec tomu. Pomimo pewnych mankamentów historia wciągnęła mnie na tyle, bym pochłonęła ją w dzień (i trochę, bo pierwsze 20 stron przeczytałam wcześniej) i zdecydowała się na sięgnięcie po kontynuację. Mam nadzieję, że Nina choć trochę wydorośleje ;)
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośniczkom romansów młodzieżowych z elementami paranormalnymi

Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - Autorem jest kobieta
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, którą możesz skończyć w jeden dzień

środa, 24 grudnia 2014

"Jesienna Róża" - Abigail Gibbs

Tytuł: Jesienna Róża (org. Autumn Rose)
Autor: Abigail Gibbs
Seria: Mroczna Bohaterka #2
Wydawnictwo: Mira
Data wydania: 28 listopada 2014 r. (premiera: styczeń 2014 r.)
Ilość stron: 464

Niedawno recenzowałam Wam Kolację z wampirem, dziś przedstawiam jej kontynuację, czyli Jesienną Różę. Tak, obydwie części tytułu piszemy od wielkich liter, ponieważ jest to imię (!).

Jesienna Róża al-Summers (czyż to nie ironia, że jej nazwisko to Lato? czyżby - tłumacząc dosłownie - nazywała się Jesienna Róża Letnia?) ma piętnaście lat, jest Mędrcem i żyje w świecie równoległym do naszego (więc także do tego, w którym osadzona była akcja Kolacji z wampirem). Gdy rozpoczyna się rok szkolny, w jej placówce pojawia się kolejny Mędrzec, do tego pochodzący z rodziny królewskiej. Przyczyny nagłej przeprowadzki księcia są owiane tajemnicą, ale Róża ma inne zmartwienia: choćby zniknięcie jej dobrego przyjaciela oraz coraz częstsze ataki wrogiej frakcji Mędrców, tak zwanych Extermino.

Jak wspominałam w Obecnie się czyta, Jesienna Róża wydała mi się bardzo podobna do Kolacji z wampirem. Wprawdzie główna bohaterka jest o dwa lata młodsza i żyje w nieco innym świecie, ale wiele elementów się powtarza. Jesienna Róża poznaje księcia, jest zmuszona z nim zamieszkać, a do tego olśniewa urodą. Z czasem to wrażenie nieco się zatarło, ponieważ na piętnastoletnią bohaterkę czekały inne niebezpieczeństwa niż na Violet Lee. I znacznie bardziej realnie wypadają jej relacje z rówieśnikami: ma nielicznych znajomych, ale pojawiają się częściej niż w przypadku "powszechnie lubianej" Violet, z którą nikt nawet nie próbował się kontaktować podczas jej pobytu w Varnley.
Warto wspomnieć, że Jesienna Róża rozpoczyna się mniej więcej w tym samym czasie co Kolacja z wampirem. O uprowadzeniu Violet Lee pisze się w prasie, jej osoba jest częstym tematem rozmów Mędrców, a dzięki kilku dodatkowym informacjom zawartym w tym tomie, cała sprawa nabiera nieco rumieńców. Utwór kończy się jednak później niż Kolacja... - co jest o tyle zabawne, że jest o jakieś sto stron krótszy.

Niestety, nie zapałałam sympatią do Róży - nie tylko ze względu na dziwne imię (w sumie nie ona je wybrała...). Kiedy pojawiła się w Kolacji z wampirem, odebrałam ją jako osobę mądrą (przemądrzałą?), mówiącą ogólnikami i nie skłonną do wyjaśniania czegokolwiek. Ta Róża niemal we wszystkim różni się od Róży, którą spotkałam w drugim tomie Mrocznej Bohaterki. Dziewczyna zachowuje się jak kapryśna i humorzasta nastolatka (którą w gruncie rzeczy jest), a nie jak Mędrzec o "ponadprzeciętnej inteligencji". Z kolei wzmiankowany książkę to niemal doskonała kopia Kaspara Varna: początkowo gnębi bohaterkę, ale później bez pamięci się w niej zakochuje. Wybranek Róży jest jednak zdecydowanie mniej męski. Nie chcę spoilerować, ale bez trudu wymieniłabym kilka dowodów na poparcie tej tezy. W porównaniu z tym "panem", nawet Edward C. wypada męsko.

Polskie wydanie mogę pochwalić. Tłumacz i korekta odwalili kawał dobrej roboty. Nieco gorzej oceniam okładkę. Przedstawiona na niej twarz na pewno nie należy do Jesiennej Róży (przede wszystkim, miała blond włosy), a skoro tak - jaki sens w umieszczaniu jej na obwolucie? Za to oryginalna okładka jest ładna - może nie piękna, ale tajemnicza, pasująca do "straszno"-romantycznego klimatu powieści.

Jesienną Różę uznaję za kontynuację godną pierwowzoru. To historia przeznaczona dla młodszych dziewcząt (nie ma tu bezpośrednich opisów seksu), nie wymagająca znajomości Kolacji z wampirem. Nieco dziwi mnie ogólnoświatowy zachwyt twórczością Abigail Gibbs, ale jeśli spodobał się Wam Zmierzch, ta seria także powinna przypaść Wam do gustu. Myślę, że sięgnę po kolejne książki tego cyklu (jeśli się pojawią), ponieważ nie mogę zaprzeczyć, iż jest w nich coś, co mnie do nich przyciąga.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: nastoletnim Czytelniczkom; fankom Zmierzchu

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Mira
http://harlequin.pl/mira
 

środa, 17 grudnia 2014

"Kolacja z wampirem" - Abigail Gibbs

Tytuł: Kolacja z wampirem (org. Dinner with a Vampire)
Autor: Abigail Gibbs
Seria: Mroczna Bohaterka #1
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 23 października 2013 r. (premiera: październik 2012)
Ilość stron: 560

Stephanie Meyer uznawana jest za pionierkę literatury młodzieżowo-paranormalnej. Abigail Gibbs, pisząc swoją Mroczną Bohaterkę musiała znajdować się pod silnym wpływem amerykańskiej twórczości, ponieważ... przekonajcie się sami.

Nastoletnia Violet Lee jest świadkiem morderstwa trzydziestu osób; morderstwa dokonanego przez wampiry. Z niewiadomych przyczyn dziewczyna zostaje ocalona i uprowadzona do wampirzego dworu zwanego Varnley. Panna Lee zostaje otoczona opieką, ponieważ - jako córka brytyjskiego ministra - może okazać się cennym zakładnikiem w razie konfliktu. Na terenie posiadłości kręci się mnóstwo krwiożerczych, ale także pięknych istot; w tym król wampirów, książę wampirów, najlepszy przyjaciel księcia oraz dwie młodsze siostry księcia. Menażeria zacna, ale Violet chce przede wszystkim wrócić do domu. A może nie do końca?

Kolacja z wampirem od samego początku poraziła mnie irracjonalnością. Gdyby Kaspar - wzmiankowany wyżej książę wampirów - zachował się odpowiednio, historia Violet zakończyłaby się po około dziesięciu stronach. Panna Lee trafiła jednak do Varnley, a tam czekało ją obowiązkowe wdanie się w trójkąt miłosny. A także konflikt z wampirzycą, która dostrzegła w niej swoją rywalkę. Oraz spotkanie z podstępnym krwiopijcą, który miał wobec Violet niecne plany. Mijały miesiące, a dziewczyna nadal mieszkała z Varnami - czyżby minister Lee przestał przejmować się ukochaną córką? Bo takie właśnie wrażenie odniosłam: gdyby tak wpływowemu człowiekowi NAPRAWDĘ zależało na ocaleniu pierworodnej, nie zwlekałby tak długo. Istotnym elementem fabuły pozostaje tajemnica: dlaczego Kaspar nie zabił Violet pierwszego wieczora? Odpowiedź poznajemy grubo za połową tomiszcza, ale ja czułam się nieusatysfakcjonowana.
Nie myślcie jednak, że Kolacja z wampirem to tylko niedorzeczności i głupstwa. Autorka zadbała, by wampiry "naprawdę gryzły" (choć nie robią tego jakoś często), a Violet się nie nudziła. Czytelnika rozpieszcza nieco mniej, ponieważ dziewczyna czasami za dużo myśli, a za mało działa (albo odwrotnie: nie myśli wcale, a jednak działa). Co ciekawe, obowiązkowy w tego rodzaju historiach bal nie kończy powieści, ale znajduje się jakoś w pierwszej połowie tomu. Zabieg ciekawy i pokazujący, że można doprowadzić do balu bez całotomowych przygotowań do niego (patrz: Błękit szafiru).

Niestety, Violet Lee nie zdobyła mojego uznania. Podobnie jak Kaspar i Lyla Varnowie czy Fabian. Lyla połączyła w sobie funkcje Alice i Rosalie Cullen ze Zmierzchu (choć nie zdradzę, w jakim stopniu ani sensie), natomiast pozostała trójka przez niemal cały tom na przemian warczała na siebie i miziała się. Sytuacja nieco wyklarowała się w drugiej połowie Kolacji z wampirem, ale złe wspomnienia pozostały.

Kolacja z wampirem to powieść, która powstawała w Internecie. Abigail Gibbs publikowała swoje wypociny w Internecie, a gdy zaczęła, miała 15 lat. Szanuję jej wytrwałość i kreatywność, ale uważam, że historia za bardzo przypomina Zmierzch. Przyjemnym(?) zaskoczeniem była "seksowność" recenzowanej powieści - Gibbs nie czekała z bardziej namiętnymi scenami aż do ostatniego tomu (bo też kto wie, ile tomów będzie liczyć Mroczna Bohaterka?), przez co Kolacja z wampirem to książka dla Czytelniczek powyżej szesnastego roku życia. W utworze nie brakuje także odwołań do damsko-męskich relacji oraz wulgaryzmów.

Kolacja z wampirem może nie jest najgorszą książką o wampirach, jaką czytałam, ale do najlepszej wiele jej brakuje. Naiwne rozwiązania fabularne i irracjonalność zachowań bohaterów to zdecydowane minusy, zaś do plusów mogę zaliczyć drapieżność oraz, hm, zmysłowość. To za mało, by zapewnić Abigail Gibbs miejsce w panteonie najlepszych autorów młodzieżowych, ale dość, by zachęcić mnie do sięgnięcia po kontynuację (Jesienną Różę już prawie skończyłam czytać).
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośniczkom romansów w wieku powyżej 16 lat

środa, 26 listopada 2014

"Wezwanie" - James Frey, Nils Johnson-Shelton

Tytuł: Wezwanie (org. The Calling)
Autor: James Frey, Nils Johnson-Shelton
Seria: Endgame #1
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 12 listopada 2014 r. (premiera: październik 2014)
Ilość stron: 512


Endgame to nie tylko książka. Endgame to gra logiczna, w której każdy czytelnik może wziąć udział. Stawka jest ogromna, ale zagadka nie tak prosta, jak można by sobie życzyć.

Zaczyna się od deszczu meteorytów. Może niedokładnie: na Ziemię spada dwanaście meteorytów, siejąc zamęt w różnych zakątkach naszej planety, niosąc zagładę setkom tysięcy ludzi, a jednocześnie zwiastując początek Gry. Dwunastu Graczy w wieku od 12 do 20 lat, przedstawicieli dwunastu ludów, wyrusza do Chin, by rozpocząć rozgrywkę. Do wygrania jest przetrwanie ich nacji. Droga jest jednak usiana licznymi przeszkodami: logicznymi i personalnymi, ponieważ - nie oszukujmy się - im więcej oponentów, tym mniejsza szansa na nasze zwycięstwo. Ale czy na pewno?

Pominę absurdalność pomysłu (meteoryt mający przetrzebić ludzkość i tym samym zakończyć problemy z przeludnieniem... poważnie?) i skupię się na fabule. Dużym atutem Wezwania jest możliwość obserwowania wydarzeń z perspektywy niemal każdego Gracza. Dodatkowo zastosowano narrację trzecioosobową, co daje czytelnikowi wgląd w myśli każdej występującej w danej scenie postaci (o ile autor stwierdził, że warto mu to umożliwić). Problem w tym, że przy sporym nagromadzeniu protagonistów na kartach panuje chaos: ktoś coś mówi, ktoś inny coś myśli, a odbiorca zastanawia się, o co w ogóle chodzi.
Wezwanie nie ustrzegło się paskudnego mankamentu w postaci rwania myśli i wątków. Gdy postać zaczyna coś pojmować, jej myśli zaczynają się rwać; pojawiają się wielokropki, równoważniki zdań, duża ilość "tych", a czytelnik nic z tego nie wie. Tym samym czuje się jak skończony kretyn: bohater rozwiązał tajemnicę, a odbiorca drapie się w przedziałek. Jednocześnie poczułam się mocno dowartościowana faktem, że udało mi się rozwiązać "trudną zagadkę" przed wyszkolonymi uczestnikami. Konkretnie przed Graczką, która otrzymała wskazówkę oczywistą, a dumała nad nią przez kilka dni.

Warto napisać coś więcej o bohaterach. Charakterystyka każdego z osobna mija się z celem, ponieważ opis dwunastu osób zająłby sporo miejsca. Gracze obdarzeni są zestawami cech charakterystycznych, które ułatwiają odbiorcy rozpoznawanie ich i ewentualną identyfikację z nimi. Bogiem a prawdą, niektórzy uczestnicy zlali mi się w jedno i miałam problemy z ich rozpoznaniem, ale większość zapadła mi głęboko w pamięć. Szczególnie najmłodszy w stawce Baitsakhan, okrutny aż do przesady, oraz niemowa Chiyoko, która na wszystkich patrzyła z góry i określała "głupcami", choć sama do najbystrzejszych (w moim odczuciu) nie należała.

W Obecnie się czyta wspominałam, iż Wezwanie kojarzy mi się z uwielbianymi Igrzyskami śmierci oraz serią GONE: Zniknęli. Analogia do trylogii Suzanne Collins - umieszczenie dwunastu młodych osób na arenie (tym razem ogólnoświatowej) - rzuca się w oczy niemal na początku utworu. Podobieństwo do serii Michaela Granta pojawia się nieco później, kiedy poznajemy bohaterów. Dzieciaki są brutalne i bezwzględne - jak część mieszkańców Perdido Beach - ale znacznie bardziej niż Sam, Astrid i spółka. Powiedzmy tak - jeśli czytaliście GONE: Zniknęli (szczególnie późniejsze tomy), wyobraźcie sobie około sześciu zawodników pokroju Drake'a i sześciu pokroju Caina; otrzymaliście portret grającej w Endgame dwunastki.
Wezwanie wyróżnia się sposobem wydania. Krótkie rozdziały rozdzielają zdjęcia, rysunku, cytaty, zestawy liczb - wskazówki dla czytelników żądnych zdobycia niemałej sumki w dolarach amerykańskich. Ku mojej frustracji, przedstawiana w książce witryna internetowa, na której miałabym się zalogować w celu rozpoczęcia zabawy, odmówiła współpracy. Tracę cenne dni, ktoś może zgarnąć moją fortunę! (I za co ja będę książki kupować? :D)


Wezwanie zawiodło moje oczekiwania. Głównie z powodu irytujących bohaterów (chyba nikogo nie polubiłam) i dziwnego stylu narracji. Do tego doszła wtórność wątków, która jeszcze bardziej zaniżyła moją ocenę. I choć naprawdę zaintrygowała mnie perspektywa zgarnięcia sporej sumki, nie mogę zbyt pozytywnie ocenić pierwszego tomu Endgame. Jeśli Wam nie przeszkadzają przedstawione przeze mnie wady, przeczytajcie. Jeśli natomiast czytaliście GONE i Igrzyska, a "zżynanie" uważacie za sporą wadę utworu, Wezwanie omińcie szerokim łukiem.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośnikom łamigłówek, krwawych powieści

piątek, 19 września 2014

"Miecze dobrych ludzi" - Snorri Kristjansson

Tytuł: Miecze dobrych ludzi (org. Sword of Good Men)
Autor: Snorri Kristjansson
Seria: Saga o Walhalli #1
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 26 sierpnia 2014 r. (premiera: sierpień 2013 r.)
Ilość stron: 350

Lubię czytywać fikcję historyczną mniej więcej tak bardzo, jak książki fantastyczne (i romanse paranormalne, ale cii...). Miecze dobrych ludzi, pierwszy tom trylogii o wikingach X wieku, wydawał się idealnym wyborem...

Rok 996. Do Stenviku przybywają Ulfar i jego kuzyn Geiri. Jakby w ślad za nimi nadchodzą kłopoty, ponieważ miasteczko stało się celem wypraw dwóch religijnych ugrupowań: zwolenników Białego Chrystusa pod wodzą młodego króla Olafa oraz wiernych starym bogom oddziałów pod dowództwem Skargrima. Pierwsi chcą nawrócić mieszkańców na nową wiarę, drudzy siłą skłonić ich do wierniejszego oddawania czci Thorowi i spółce. A w samym mieście Ulfar odnajduje miłość swojego życia.

Fabuła teoretycznie jest nieskomplikowana: dwie armie idą na siebie, każda ze swoimi racjami i przekonaniami, pewna siebie i dowodzona przez charyzmatycznych dowódców. Jedna atakuje od morza, druga od lądu, biorąc nieszczęsny Stenvik w ogień krzyżowy. W mieście roi się od różnorakich szpiegów, wewnątrz także pojawiają się podziały... Ale Ulfar, bądź co bądź główny bohater, koncentruje się na tajemniczej dziewczynie, którą spotkał na nadbrzeżu, i w której z miejsca się zakochał.
Autor jeszcze bardziej komplikuje czytelnikom połapanie się w licznych wątkach, co chwila przeskakując pomiędzy bohaterami. Wprowadzono tu naprawdę sporo postaci, w tym - o zgrozo! - mnóstwo rozpoczynających się na literę "S". Zwykle wyśmiewałam stwierdzenia, jakoby nagromadzenie nazw na tę samą literę utrudniało czytanie... ale w tym przypadku nie mogę się nie zgodzić. Kiedy na kartach przewijali mi się Sven, Skargrim, Sigurd i Skuld (uwaga, kobieta!), naprawdę traciłam orientację, kto był kim. Do tego wesołego tercetu dochodzi cała masa innych postaci, które przez więcej lub mniej "czasu papierowego" odgrywają kluczową rolę, i lektura staje się naprawdę mozolna. Zwłaszcza kiedy jedzie się autobusem i oczy same się zamykają...

Pozostańmy jeszcze chwilę przy postaciach. Wprawdzie autor starał się ich zróżnicować - pod względem pochodzenia, płci, wyglądu zewnętrznego, charakteru - ale w praktyce okazało się ich ZA DUŻO! Czytając Miecze dobrych ludzi miałam wrażenie, że Snorri Kristjansson próbował naśladować (parodiować?) George'a R.R. Martina - nakreślił mnóstwo wątków, wprowadził liczną menażerię i próbował nad nią zapanować... niestety nieskutecznie. Być może winę ponosi dość przeciętny sposób poprowadzenia fabuły. Rozdziały podzielone są na miejsca akcji, a każde miejsce dzieli się na kilka "podmiejsc", w których znajdują się różni bohaterowie. Zamieszania co nie miara!

Za zaletę utworu mogę uznać wierność koncepcji. Mimo silnego zauroczenia Ulfara uroczą Lilią, miłość nie gra tutaj pierwszych skrzypiec, ale stanowi tło dla wojny religijnej. Nie przypominam sobie jednak, by w Mieczach dobrych ludzi pojawiło się uzasadnienie tego, dlaczego to na Stenvik postanowiły zamierzyć się obydwie armie. Dlaczego musiały ruszyć nań w tym samym czasie? Chrześcijańskie wojsko - przedstawione tu dość brutalnie i groteskowo - można zrozumieć: podbijają kolejne ziemie i nawracają na wiarę w Białego Chrystusa. Ale wyznawcy Thora, Lokiego i Frei? Dlaczego postanowili rzucić się na tę ziemię? Czy mieli jakiekolwiek dowody niesubordynacji religijnej na tych terenach? Czy po prostu postanowili najechać miasto "bo tak"? Ta luka fabularna najbardziej raziła mnie w oczy przez cały czas. Może gdzieś pominęłam jakiś istotny element układanki - przy takim chaosie o to nietrudno - ale bardzo mi się to nie podobało.

Na moje nieszczęście(?), cały utwór ciągnie w górę jeden bohater. Nie, nie jest nim Ulfar, ale medyk Valgard. Postać pozornie niepozorna, pomagająca chorym mieszkańcom Stenviku. Mężczyzna jednak odgrywa w utworze naprawdę niebagatelną rolę, a zakończenie tomu pozostawia go w takim miejscu i położeniu, że aż brakło mi słów. Wprawdzie przewidywałam, że może wyskoczyć z czymś podobnym, ale zobaczenie TAKIEGO finiszu pozostawiło mnie w osłupieniu. Kiedy sięgnę po kontynuację, zrobię to głównie ze względu na niego. To naprawdę niesamowity strateg. Ciekawa jestem, co jeszcze wymyśli!

Miecze dobrych ludzi nie sprostały moim oczekiwaniom. Liczyłam na epicką opowieść o wikingach, norweskich bóstwach i wojnie za tle religijnym. Owszem, wszystko to dostałam, ale w niezadowalającej postaci. Bohaterów, wątków i podrozdziałów było za dużo, a czasu i miejsca na papierze za mało. Ta powieść nie przypadła mi do gustu i raczej jej nie polecam... jedynie zagorzałym zwolennikom historii osadzonych w północnoeuropejskich realiach.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośnikom kultury i opowieści o Norwegii

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Rebis
http://rebis.com.pl

środa, 27 sierpnia 2014

"Błękit szafiru" - Kerstin Gier

Tytuł: Błękit szafiru (org.Saphirblau)
Autor: Kerstin Gier
Seria: Trylogia czasu #2
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Data wydania: 27 października 2011 r. (premiera: grudzień 2009 r.)
Ilość stron: 364

Muszę przyznać, że bardzo ucieszyłam się na widok Błękitu szafiru zajmującego pierwsze miejsce w rankingu po prawej :) Czerwień rubinu może nie porwała mnie tak, jak tego oczekiwałam po tylu pochlebnych opiniach, ale nie było źle. A jak było z Błękitem?

Gwendolyn i Gideon wrócili do swoich czasów w mocno niecodziennych okolicznościach. Oto oziębły i niemiły Gideon pocałował naszą bohaterkę! Granda, przecież wcześniej kręcił z Charlottą i w ogóle chyba Gwen nie lubił. Co ciekawe, niebawem po zajściu - przerwanym przez ducha, demona (zwał, jak zwał) Xemeriusa - na powrót staje się nieprzyjemny. Aż do kolejnego natchnionego momentu. Dziewczyna jest skołowana: jak można być tak zmiennym?!

Osobiście także czułam się dziwnie. Czy Trylogia czasu nie powinna koncentrować się na podróżach w czasie i tym, by wyjaśnić tę dziwaczną rymowankę? Najwyraźniej nie, ponieważ Kerstin Gier posyła swoich bohaterów przeszłość, żeby:
a) mogli się do siebie migdalić (wtedy Gideon jest najbardziej chętny),
b) spotkać swojego obecnego znajomego o x lat młodszego i sobie z nim pogawędzić,
c) udać się na wieczorek towarzyski i narobić na nim zamieszania.
Niestety, właśnie do tego ogranicza się - jakże ciekawy - wątek podróży w czasie. Potencjał zupełnie zmarnowany! Gwendolyn nie dowiaduje się właściwie niczego odnośnie swojej roli w całym zamieszaniu. Jednymi sensownymi, posuwającymi akcję do przodu, wydarzeniami są prolog i epilog. Zgroza!

Kerstin Gier nie wprowadziła wielu nowych bohaterów. Warto wymienić uroczego demona Xemeriusa, który dość bezpośrednio komentuje wyczyny Gwendolyn i jest jej oczami oraz uszami, kiedy jest zajęta czymś innym. Zdobył moje serce, nazywając ją "dziewczyną z siana"... jest po prostu świetny! Pojawiają się też niejaki Gioradno, który ma nauczyć Gwendolyn etykiety, tańca i historii - żeby nie skompromitowała się na soiree, na który ma udać się z Gideonem, oraz rudowłosy jąkający się lokaj, którego imienia nie pomnę. Autorka nie pogłębiła znacząco psychiki swoich bohaterów. Gwendolyn zachowuje się jak szesnastolatka, ma swoje humory, słomiany zapał, cięty język i wielki kompleks Gideona. Zaś Gideon, jak kobieta przed okresem lub liść na wietrze, raz całuje Gwen, raz ją odtrąca i jakby wraca do Charlotty. Dlaczego autorki powieści młodzieżowych wychodzą z założenia, że jak rozdwoją charakter głównego męskiego protagonisty, książka będzie lepsza? Moim zdaniem Gideonowi to na dobre nie wyszło.

Błękit szafiru można zaliczyć do komedii ze względu na sporą ilość zabawnych komentarzy (zwłaszcza Xemeriusa) oraz ogólny komizm niektórych sytuacji. Dzięki temu książkę czyta się szybko i jakoś ignoruje się jej... niefabularność. Wiem, że teraz zaskarbię sobie niechęć wielu z Was, ale odebrałam Błękit szafiru jako filler, zapychacz, coś wymyślonego naprędce, byle trylogia miała te trzy tomy. Soiree, które stanowi (chyba) punkt kulminacyjny książki, naprawdę nie musiało mieć miejsca. Wprawdzie zagadka Zielonego Jeźdźca, która zostaje wspomniana w Czerwieni rubinu okazuje się bardziej skomplikowana, niż bym się spodziewała, ALE Leslie Hay (najlepsza przyjaciółka Gwen) natychmiast ją rozgryza. Nie sądzę, by normalny człowiek sam (tak szybko) na to wpadł.

Błękit szafiru niestety zawiódł moje oczekiwania. Zamiast interesującej opowieści o podróżach w czasie i tym, dlaczego nie można dopuścić do wczytania całej dwunastki podróżników do chronografu, otrzymałam romans. Skoki w czasie potraktowano tak bardzo po macoszemu, że aż chciało mi się płakać. Nie tego się spodziewałam, stąd raczej niska ocena końcowa. Książka ratuje się intrygującymi prologiem i epilogiem oraz humorem - szkoda, że tylko tyle dobrego udało mi się w niej znaleźć.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośnikom romansów młodzieżowych / young adults

środa, 11 czerwca 2014

"Naznaczona" - P.C. Cast, Kristin Cast

Tytuł: Naznaczona (org. Marked)
Autor: P.C. Cast, Kristin Cast
Seria: Dom Nocy, #1
Wydawnictwo: Książnica
Data wydania: 13 listopada 2009 r. (premiera: maj 2007 r.)
Ilość stron: 328

Od książek młodzieżowych zaczęła się moja "prawdziwa" przygoda z literaturą - o ile Harry'ego Pottera i Zmierzch można pod tę kategorię podciągnąć. Żywię do tego gatunku niemały sentyment, więc dość często sięgam po kolejne pozycje. W ten weekend padło na nową dla mnie serię Dom Nocy, której początkiem jest Naznaczona.

Szesnastoletnia Zoey zostaje Naznaczona aka wybrana na wampira. Musi zmienić całe swoje dotychczasowe życie, bowiem ani przyjaciółka, ani matka, ani (a zwłaszcza) ojczym nie potrafią zaakceptować jej odmienności. Dziewczyna trafia do wampirzego liceum w Tuluzie, gdzie ma uczyć się swojego nowego hm... fachu. Jej mentorką zostaje najwyższa kapłanka Neferet, współlokatorką wampirka-kowbojka Stevie Rae, zaś największym wrogiem przywódczyni elitarnego szkolnego zrzeszenia Córy Ciemności, Afrodyta. Nasza bohaterka musi przyzwyczaić się do nowego, nocnego stylu życia oraz do przyciągania uwagi wszystkich wokół: wszak na czole ma wypełniony tatuaż w kształcie półksiężyca (co jest cechą dorosłych wampirów, a nie adeptów), a jej uroda przewyższa wszystkie pozostałe adeptki...

Fabularnie, Naznaczona prezentuje się przeciętnie, może nawet nieco słabiej. Jeszcze zanim Zoey trafia do szkoły, ma miejsce coś, co utwierdza czytelnika w przekonaniu, że dziewczyna nie będzie przeciętną uczennicą. Im dalej w treść, tym bardziej oczywiste jest zakończenie książki. To przykre, że główna bohaterka nie może być przeciętną zjadaczką... wypijaczką krwi, ale musi posiadać "to coś". Nie mogę też nie wspomnieć o absurdalności całego pomysłu na wampiryzm. Zacznijmy od tego, że wszyscy ludzie wiedzą o ich istnieniu, niespecjalnie przeszkadza im słońce, mogą jeść czosnek i preferują zdrową żywność (tak, jedzą normalne pokarmy). Mało? Wampirem można stać się przez Naznaczenie, jego oznaką jest półksiężyc na czole, a Naznaczony musi jak najszybciej stawić się do Domu Nocy, bo w przeciwnym razie zginie marnie. Ba, Przemiana może zostać odrzucona nawet podczas pobytu w Domu - i zakończyć się w identyczny sposób. A zdecydowanie największym absurdem przedstawionym w Naznaczonej jest to, że wampiry nie powinny pić świeżej ludzkiej krwi (adeptom wręcz nie wolno tego robić). Co zatem zostało z dawnych krwiopijców?! Długowieczność i boskie ciałka?!

Zoey musiała zdobyć sobie wierną paczkę przyjaciół, od samego początku przyciągnąć uwagę największego przystojniaka w szkole, zyskać opiekunkę w postaci największej szychy uczelni. Wyróżnia się niespotykanym wśród adeptów wypełnionym tatuażem oraz nieprzeciętną urodą - co wydaje się być najistotniejszym atutem w wampirzej społeczności. Zgromadzona wokół dziewczyny menażeria również nie zachwyca elokwencją (może poza "uroczo" wkurzającym gejem Damienem - nie, to żaden spojler) czy prawdziwością. Przewijający się na kartach Naznaczonej adepci: wspomniany Damien i niejaki Erik Night, choć reprezentują dwa różne obozy, to kolejne chodzące ideały do kolekcji fanek gatunku. Zdecydowanie najbardziej prawdopodobną (i moją ulubioną) postacią jest ruda Nala, urocza kotka.

Nie mogę nie napisać o Bardzo Młodzieżowym Języku, za który P.C. Cast dziękuje swojej córce Kristin już w przedmowie. Faktycznie, Zoey i jej przyjaciele używają slangu, co nie brzmi najgorzej. Nieco słabiej oceniam pierwszoosobową narrację, która także przesycona jest potocznym słownictwem. Nie, nie czepiam się. Przynajmniej autorki nie kazały czytelnikowi czytać cały czas o wspaniałości Erika lub o wspaniałości samej głównej bohaterki.

Naznaczona to przewidywalne, ale jednak przyjemne w odbiorze czytadło na max. kilka dni (albo i jeden, bardziej zaczytany). Autorki chciały być oryginalne w tych elementach, których raczej ruszać się nie powinno (czytaj: całym wampiryzmie). Nie do końca wciągnęłam się w przedstawiony świat, ale pewnie do niego powrócę, licząc na ciekawsze wątki i mniej przewidywalną fabułę.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: fanom Zmierzchu, młodzieżowych powieści o wampirach

piątek, 16 maja 2014

Triumf - Bernard Cornwell

Tytuł: Triumf. Bitwa pod Assaye 1803 (ang. Sharpe's Triumph)
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Kampanie Richarda Sharpe'a, #2
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 31 października 2011 r. (premiera: luty 1998 r.)
Ilość stron: 414

Historia nigdy nie była moją mocną stroną, a cała moja wiedza ogranicza się do kilku dat, nazwisk, bitew. Mimo wszystko książki z gatunku fikcji historycznej czytuję chętnie. Może to paradoks, ale każdy z nas ma swoje małe skrzywienia :)

Richard Sharpe, sierżant brytyjskiej armii walczącej w Indiach z Mahrattczykami, uchodzi z życiem z krwawej rzezi. W dowodzącym rozpoznaje majora Dodda, o czym donosi swojemu przyjacielowi pułkownikowi McCandlessowi. Imć Dodd jest już poszukiwany za dezercję, więc dwaj zacni dżentelmeni postanawiają go pojmać i postawić przed sądem. Sam Sharpe również jest poszukiwany, oskarżono go bowiem o znieważenie wyższego stopniem oficera. A w międzyczasie ma rozegrać się jedna z bitew Drugiej Wojny Brytyjsko-Mahratckiej: bitwa pod Assaye z września 1803 roku.

Największym mankamentem Triumfu jest wielowątkowość. Poszukiwania Dodda przedstawione i poprowadzone zostały w doprawdy żałosny sposób, ukazując niekonsekwencje bohaterów (lub autora) w dążeniu do celu. Nieco lepiej wypada próba aresztowania Richarda, choć cała uknuta wokół niego intryga to kolejny słaby fabularny punkt. Teoretycznie najistotniejszy wątek, sama bitwa z Mahrattczykami, potraktowany został po macoszemu i niesamowicie chaotycznie. To wielkie stracie, zakończone triumfem Brytyjczyków, opisano całkiem bez polotu. Mamy więc trzy byle jakie wątki - co więcej? Mało istotne, niewiele wnoszące do fabuły epizody. Pod tym względem Bernard Cornwell nie popisał się.

Richard Sharpe, jako postać, również nie przypadł mi do gustu. Posiada nieprzebrane bogactwa (których zdobycie opisano w pierwszej części Kampanii Richarda Sharpe'a, Tygrysie) i teoretycznie jest szczęśliwy. Gdy jednak zasugerowano mu możliwość awansu na oficerskie stanowisko, jest gotów odrzucić swoje ideały, by ów awans stał się rzeczywistością. Do jego "realnych" cech można zaliczyć jeszcze pociąg do niewiast (zwłaszcza że na wojnie jest ich niewiele) - ale to wszystko. Mężczyzna jest niemożliwie naiwny, łatwowierny i skomplikowany jak budowa cepa. Na jego tle nawet pobożny i bogobojny pułkownik McCandless wydaje się niesamowicie barwną postacią.

Nie zgłaszam zarzutów odnośnie zgodności książki z historycznymi faktami. Porównując Triumf z informacjami na Wikipedii, nie dopatrzyłam się większych nieścisłości. Bernard Cornwell wymyślił Richarda, majora Dodda i pułkownika McCandlessa, ale pozostali protagoniści to naprawdę żyjące postacie. Przebieg bitwy również pozostał niezmieniony.

Triumf nie spodobał mi się tak, jak bym sobie tego życzyła. Lektura była monotonna i nieciekawa, główni bohaterowie bezpłciowi, a konstrukcja fabuły pozostawia wiele do życzenia. Owszem, nieco wzbogaciłam swoją historyczną wiedzę (wiem, kiedy odbyła się bitwa, kto dowodził, kto wygrał). Po kolejne tomy Kampanii Richarda Sharpe'a sięgnę - licząc na coś lepszego.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośnikom fikcji historycznej

Czy tylko mi ten pan z okładki przypomina Jaimiego Lannistera z serialu Gra o tron? :)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica

piątek, 10 stycznia 2014

"Furie" - Elizabeth Miles

Tytuł: Furie (org. Fury)
Seria: Furie, #1
Autor: Elizabeth Miles
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 28 kwietnia 2012 r. (premiera: sierpień 2011 r.)
Ilość stron: 240

Nie wiem, ile razy mówiłam sobie, że kończę z romansami dla młodzieży. Zawsze znajduję jakiś powód, by jeszcze raz po nie sięgnąć. Tym razem skusiłam się na Furie - chyba przez wzgląd na mitologiczne skojarzenia, które mogłyby zapobiec katastrofie podobnej do Zmierzchu.

Furie mają dwóch głównych bohaterów, obydwoje w wieku licealnym: Emily Winters, która wdaje się w romans z chłopakiem swojej przyjaciółki Gabby, gdy ta jest za granicą oraz Chase Singer, który uczucia lokuje w tajemniczej i przepięknej Ty. Emily nieustannie walczy ze sobą, bo wciąż czuje, że nie powinna angażować się z związek z tym konkretnym chłopakiem, ponieważ to może złamać serce Gabs. Chase nie ma takich problemów, ale musi borykać się z czymś innym: upokarzającymi fotografiami, które ktoś rozprowadza po szkole. Co łączy tę dwójkę poza wspólnymi znajomymi i miejscowością zamieszkania?

Furie to przez znakomitą większość objętości romans. Poplątany, naiwny, bezsensowny w swej płytkości romans. Emily nie może się zdecydować, czy kocha Zacha czy nie, czy powinna zostawić go Gabby czy nie, czy jej stary przyjaciel stał się kimś więcej czy nie... Ile razy już o tym czytaliśmy (a może raczej czytałyśmy, bo panowie od takich lektur raczej stronią, o ile mi wiadomo)? Związek Chase'a jest jeszcze dziwniejszy i bardziej naiwny. Mimo ewidentnych dowodów, że Ty go oszukuje, on nie widzi świata poza nią, a kiedy już postanawia zerwać tę znajomość - czyli mniej więcej po 4/5 książki - robi się ciekawiej! Wtedy autorce udało się zaskoczyć mnie po raz pierwszy. Później akcja robi się bardziej dynamiczna, tandetny romans schodzi na dalszy plan, a pojawia się coś jakby... thriller. Tak, coś jakby thriller. Samo zakończenie pozostaje otwarte i wręcz woła o kontynuację - choć nie wiem, czy w Polsce się jej doczekamy.

Pasowałoby napisać coś więcej o bohaterach. Emily nie udało się wzbudzić mojej sympatii, podobnie jak jej przyjaciółce Gabby i jej chłopakowi Zachowi. Cała trójka wydawała mi się sztuczna i przerysowana, jakby Elizabeth Miles chciała dopasować ich na siłę do szablonu "typowego licealisty Stanów Zjednoczonych". Chase'owi współczułam: przede wszystkim naiwności i ślepoty, a dopiero potem nieszczęść które go spotkały. Ty oraz jej dwie kuzynki, które pojawiły się znikąd i zaczęły mieszać w życiu protagonistów, odgrywały w tej historii dość istotną rolę, ale zachowywały się sztucznie. Najsympatyczniejszym bohaterem, moim zdaniem, był JD, przyjaciel Emily: taki pozytywnie zakręcony i wyluzowany... no, może trochę za bardzo. Ale i tak był najlepszy.

Względnie wysoką ocenę Furie zawdzięczają ciekawemu i dynamicznemu finiszowi. Bez tego elementu książka by się nie odratowała: większość jest sztampowa, przewidywalna i naiwna. Tak jak bohaterowie. Jest to pierwsza książka w dorobku Elizabeth Miles, jednak nie wiem, czy pokuszę się o lekturę kolejnych - choćby tych kończących trylogię Furii. Jest mnóstwo lepszych powieści, nawet tych o nastoletniej miłości.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: zagorzałym miłośnikom romansów

wtorek, 2 lipca 2013

"Saga o Rubieżach. Tom 1" - Liliana Bodoc

Tytuł: Saga o Rubieżach (org. Los días del venado, Los Días de la Sombra)
Seria: Saga o Rubieżach, #1
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 17 sierpni 2012 r. (premiera: czerwiec 2000)
Ilość stron: 728

Najlepsze fantasy napisane w języku hiszpańskim nareszcie w Polsce! Jak nie skusić się na takie słowa? No jak!? Tym bardziej że Prószyński i S-ka zdecydowali się na połączenie dwóch oryginalnych tomów w jeden. Więcej przygód, więcej fantasy...

Los días del venado (La saga de los confines, #1)Recenzowany pierwszy tom Sagi o Rubieżach dzieli się na "Dni Jelenia" i "Dni Pomroki". Akcja rozgrywa się w świecie alternatywnym, na kontynencie zwanym Żyznymi Ziemiami. Mieszkańcy czekają na przepowiedziane w proroctwach przybycie okrętów. Nie spodziewają się, że to, na co czekają, może stać się ich zgubą. Gdy bowiem na horyzoncie pojawiają się statki, nie znajdują się w nich waleczni bohaterowie, a wojska wcielenia zła, syna samej Kostuchy, Misáianesa. Żyjący spokojnie ludzie muszą stawić mu czoła. A to przecież dopiero najbardziej zewnętrzna warstwa tej opowieści!

Faktycznie, świat wykreowany przez Lilianę Bodoc jest złożony, skomplikowany i niezwykle przypominał mi uniwersum Ziemiomorza Ursuli Le Guin. Tutaj także znajdziemy niespotykane istoty, rośliny, plemiona z drobiazgowo obmyślonymi rytuałami. Bohaterowie również mierzyć się będą ze Złem Wcielonym, miłość wystawiona będzie na niejedną próbę, politycy ukażą swoje drugie (a czasami i trzecie) oblicze. Niby wszystko fajnie, powinno być miło i przyjemnie.

ALE! Lektura niesamowicie mi się dłużyła. Co z tego, że lubię fantasy? Co z tego, że nie przeszkadzają mi szczegółowe opisy ceremonii, przyrody (ba - nawet przepadam za nimi!)? Sagę o Rubieżach, te siedemset stron, męczyłam bity miesiąc (wakacyjny, dodajmy), i chwilami ogarniało mnie zwątpienie, czy w ogóle zmęczę. Wiele zachowań bohaterów oscylowało na granicy absurdu, opisy były aż przesadnie drobiazgowe. Owszem, fabuła ciekawa, pomysły oklepane, ale podane w troszkę innej formie, ale ta forma sromotnie mnie zawiodła.

Szkoda. Saga o Rubieżach zapowiadała się bardzo ciekawie. Na wieść, że ta trylogia uznawana jest na "najlepsze hiszpańskie fantasy", zacierałam ręce. Jednak po lekturze tego tomu stwierdzam, że na kolejny już się nie skuszę. Zazwyczaj daję szansę serii, czytam kolejne tomy w nadziei na "lepsze jutro". Sadze o Rubieżach nie dam tej szansy. Jeśli nie przeszkadzają Ci wręcz komiczne absurdy i rozwlekłe opisy, a przepadasz za fantastyką a'la Le Guin - przeczytaj. Jeśli nie spełniasz tego pierwszego warunku - raczej sobie odpuść, chyba że akurat cierpisz na nadmiar wolnego czasu.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: zagorzałym miłośnikom rozwlekłego, przerysowanego fantasy

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka
 

środa, 13 marca 2013

"Z pustymi rękami" - Valerio Varesi

Tytuł: Z pustymi rękami (org. A mani vuote)
Seria: Komisarz Soneri
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 27 lutego 2013 r. (premiera: 2006)
Ilość stron: 264

Mistrzynią kryminałów od wielu lat pozostaje dla mnie Agatha Christie. Nie sądzę, by znalazł się ktoś zdolny przebić jej kunszt (przynajmniej w moich oczach). Niemniej nie tracę nadziei, szukam kandydatów. Czy włoski pisarz, Valerio Varesi, może stanąć obok niej z uniesioną głową?

Cała Parma zmaga się z wyjątkowo upalnym latem. Komisarz Soneri dodatkowo musi zmierzyć się z kryminalną zagadką: znaleziono zwłoki właściciela sklepu odzieżowego. Początkowo mężczyzna wydaje się zupełnie wyrwany z miejscowej społeczności, właściwie nikt go nie zna. Niebawem okazuje się, że nie był on zupełnie kryształowym obywatelem, a jego bracia - również z branży odzieżowej - nie mieli o nim najlepszego mniemania. Czy to oni stoją zbrodnią? Dodatkową tajemnicą staje się bezdomny, którego ktoś zastraszył i obrabował ze starego, mało wartego akordeonu - jedynego źródła utrzymania...

Varesi, podobnie jak w Pokojach do wynajęcia, dużo miejsca poświęca na porównania. Upał i spiekota włoskiego miasteczka są niemal wyczuwalne w czasie lektury. Wykreowani przez niego bohaterowie są prawdopodobni, wielowymiarowi, ale główny protagonista, komisarz Soneri, stanowi dla mnie ciężki orzech do zgryzienia. Pisarz szczegółowo opisuje jego emocje, wątpliwości, ale robi to w bardzo zawiły sposób, który mnie osobiście nie odpowiada.

Nie podobało mi się też wolne tempo akcji. Varesi zarysował główny wątek i powoli, bardzo powoli, wręcz w ślimaczym tempie, dąży do rozwiązania zagadki. Robi to zupełnie inaczej niż wspomniana na początku Christie - tutaj sędzia, koroner, lekarz sądowy odgrywają pewne istotne role. I wprowadzają pewien zamęt: kolejne nazwiska do rozróżnienia, kolejne wątki...

W całym tym zamieszaniu główna tajemnica schodzi na dalszy plan. Nie tego spodziewałabym się po kryminale, "którym zaczytują się Włosi". Valerio Varesi ma specyficzny sposób pisania, nigdzie się nie spieszy, piętrzy tajemnice, które w gruncie rzeczy można by rozwiązać na kilkunastu stronicach. Jeśli lubicie takie klimaty, sięgnijcie. Jeśli - podobnie jak ja - preferujecie bardziej złożone zagadki: wybierzcie jednak coś innego.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Rebis
 

czwartek, 31 maja 2012

"Moje życie w haremie" - Jillian Lauren

Tytuł: Moje życie w haremie (org. Some Girls: My Life in a Harem)
Autor: Jillian Lauren
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 16 marca 2012 r. (premiera: kwiecień 2010)
Ilość stron: 368
 
Nie ukrywam, że kultura krajów Orientu - szczególnie Japonii - niezmiernie mnie interesuje. Niedawno zagłębiłam się w realia Brunei, malutkiego kraju, w którym władzę sprawuje sułtan wraz ze swoim... haremem.

Moje życie w haremie to autobiograficzna historia Jillian Lauren. Adoptowana przez nowojorskie małżeństwo, szybko porzuca spokojne życie amerykańskiej nastolatki i wyprowadza się, pragnąc odnaleźć przy okazji swoją biologiczną matkę. Marzy o karierze aktorki, jednak los chce inaczej, musi podjąć pracę "pani do towarzystwa". Tak trafia do Brunei, jako jedna z wielu młodych kobiet w haremie księcia Jefriego (brata sułtana). Wiedzie leniwe, dostatnie życie, ale wciąż czegoś jej brak. Postanawia wrócić do Ameryki. Ale co dalej...?

Na ponad trzystu stronach Lauren zapoznaje czytelników z realiami życia na dworze sułtana, relacjami panującymi pomiędzy dziewczętami oraz pomiędzy dziewczyną a księciem. Ukazuje bezwzględne dążenie do bycia najlepszą w oczach władcy, zawiść pomiędzy "koleżankami", niepewność co do swojej przyszłości, wreszcie ciągłe dążenie do powiększania fortuny. Praca kurtyzany młodego władcy to bardzo intratne zajęcie, dające nieprzebrane bogactwa. Na pewno niejedna czytelniczka pozazdrości jej tych skarbów.
Bohaterka nie odczuwa jednak pełni szczęścia - brak jej prawdziwej miłości. Nie myślcie jednak, że Moje życie w haremie głosi ideę "Miłość to wszystko, czego potrzeba mi do życia". Nie, Jillian początkowo myśli, że klejnoty i piękne suknie są wszystkim, czego jej potrzeba. Dopiero po jakimś czasie uświadamia sobie prawdę.

Autorka pisze w sposób lekki i przystępny, nie unika anegdotek, żartobliwych określeń czy kolokwializmów. Dzięki temu książkę czyta się szybko i przyjemnie. Nawet nieciekawe życie nastoletniej Amerykanki, jeszcze przed wyjazdem do Brunei, nie wydaje się tak przygnębiające. Podstępne zagrywki zazdrosnych kurtyzan także zyskują na... atrakcyjności (?), kiedy patrzy się na nie z pewnym dystansem i uśmiechem.

Wydawnictwo Albatros świetnie spisało się, wydając tę książkę. Biały, sztywny papier, wyraźny druk pozbawiony błędów, ale przede wszystkim... Okładka. Przód całkiem ładny, ale tył... nie mogłam oderwać wzroku (czytając, co chwila zamykałam tomik i patrzyłam :)).

Moje życie w haremie to książka lekka, odprężająca, ale jednocześnie dostarczająca wielu ciekawostek. Nie sugeruję żadnej z Czytelniczek, by poszła w ślady Jillian i wybrała zawód - nie przebierając w słowach - prostytutki. Spójrzcie na tę historię jak na lekko baśniową, wyidealizowaną współczesną opowieść o zwyczajach panujących w odległym, azjatyckim kraiku. Ja sama, z jednej strony chciałabym stanąć na miejscu autorki, na własne oczy zobaczyć te wszystkie wspaniałości. Z drugiej, gdybym musiała ponieść tak wiele wyrzeczeń i znieść tyle upokorzeń, by do tego doszło... muszę się zastanowić, czy byłoby warto.
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośniczkom lekkich, romantycznych historii bez elementów fantastycznych
 
Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Albatros
++++++++++
Wrzawa śmiertelnych - Eric Nylund
Ważą się losy wojny Nieśmiertelnych i Piekielnych. Wynik starcia zależy od dwojga młodych ludzi.
W dniu swoich piętnastych urodzin Fiona i Eliot zostają wplątani w odwieczny konflikt między bóstwami. Poznają prawdę o swoich rodzicach, którzy nie byli zwykłymi śmiertelnikami. Ich matką była bogini, a ojcem sam Książę Ciemności, Lucyfer.
Od tysiącleci Nieśmiertelni i Piekielni konkurują o wpływ na ludzi, nie wolno im jednak walczyć ze sobą, ani mieszać się w sprawy tych drugich. Bliźnięta to jednak coś innego, nowa siła. Nie zdecydowali jednak, po czyjej staną stronie.
Błyskotliwa, złożona historia. Publishers Weekly

Niezwykle obiecujące otwarcie serii, która powinna spodobać się szerokiemu gronu odbiorców, od miłośników urban fantasy, po czytelników historii czerpiących z mitologii. Library Journal
Wspaniałe połączenie magii, mitów, dysfunkcyjnych gawędziarstwa. „Wrzawa śmiertelnych” to przyszły klasyk. Fantasy Book Critic
Premiera: 29 maja 2012 r.
Ilość stron: 888
Cena: 49,00 zł
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 

wtorek, 17 kwietnia 2012

"Inny świat" - Gustaw Herling-Grudziński

Tytuł: Inny świat
Autor: Gustaw Herling-Grudziński
Wydawnictwo: Czytelnik
Data wydania: 1 stycznia 1999
Ilość stron: 325
 
Nieczęsto sięgam po literaturę historyczną. Nie dlatego, że historii nie lubię (chociaż to też w pewnym sensie prawda) - po prostu tego typu książki często pisane są nieprzystępnym językiem. Skusiłam się jednak na powieść z okresu wojennego...

Przed Wami rzeczywistość lagrów w Jercewie. Autor, będący jednocześnie narratorem i kronikarzem, trafił tam w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Znalazł się daleko od domu, rodziny, w zimnym i niedostępnym sybirskim klimacie. Recenzowana przeze mnie książka to autentyczna relacja z jego kilkuletniego pobytu w tym miejscu. Historia niesamowicie turpistyczna, realistyczna, pozbawiona jakichkolwiek upięknień czy cenzury. Dostajemy zatem opowieść o bólu, smrodzie, głodzie, gwałtach, ciężkiej pracy, głodzie, chłodzie, samotności, głodzie, desperacji, utracie nadziei, głodzie... Fakt, nie jest to hitlerowski obóz zagłady, ale stalinowski obóz pracy. Nikomu nie grozi śmierć w krematorium. Tutaj śmierć jest zbawieniem...

Po zakończeniu lektury poczułam się... dziwnie. Nie mogę ocenić książki pod względem fabuły, ponieważ to historia prawdziwa. Jak oceniać czyjeś życie...? Nieraz czułam odrazę - zarówno względem pana Gustawa, jak i opisywanych przez niego współwięźniów. W pierwszym odruchu wszystkich donosicieli, oszustów, gwałcicieli skazałabym na potępienie albo śmierć w męczarniach. Dopiero "wkręciwszy" się w historię zaczynamy rozumieć ich sytuację, chęć przetrwania za wszelką cenę. Chociaż ja do samego końca nie pojęłam, dlaczego niektórzy tak kurczowo trzymali się tego świata - po drugiej stronie na pewno byłoby Im cieplej, lepiej...

Inny świat, jak pisałam, napisany został bardzo realistycznie. Czytając, ciężko nie wczuć się w opisywane wydarzenia, każdy gwałt odczuwałam niemalże na sobie... Odpychające, ale jednocześnie niesamowite wrażenie. Niestety, pan Gustaw spisał swoje wspomnienia bardzo topornie. Czytało mi się bardzo mozolnie, ciężko - i to nie tylko z powodu braku choćby lekko radosnych momentów. Może to kwestia okołowielkanocnego nastroju, jednocześnie kłócącego się z tematyką książki i łączącego się z nim...

Książka na pewno warta jest przeczytania. Nie dla relaksu, nie do poduszki, nie dla poprawy nastroju. Nawet nie dla zapełnienia kilku godzin. Do tego są setki innych pozycji. Inny świat powinno przeczytać się w podniosłej atmosferze - dlatego nie do końca rozumiem, czemu książka znalazła się w kanonie lektur obowiązkowych, które uczniowie albo czytają na "odczep się" albo nie czytają w ogóle. Jeśli jesteście gotowi na spotkanie z ciężką, smutną i brutalną rzeczywistość lagrów...
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: potrafiącym odnaleźć się w przybliżonych realiach
++++++++++
Okaleczony bóg. Tom 1: Szklana pustynia - Steven Erikson
Łowcy Kości maszerują do Kolanse, na spotkanie nieznanego losu. Udręczeni i wyczerpani, są armią stojącą na skraju buntu. Ale przyboczna Tavore Paran nie daje za wygraną. Jeśli zdoła powstrzymać rozkład swych sił, jeśli kruche sojusze, które wykuła, przetrwają, i jeśli będzie to leżało w jej mocy, zamierza uczynić jeszcze jedno. Rzucić wyzwanie bogom.
Na drodze przybocznej i jej sojuszników stoją potężni wrogowie. Władający straszliwą mocą Forkrul Assailowie zamierzają oczyścić świat – zniszczyć wszystkie cywilizacje i wytępić ludzi – by móc zacząć od nowa. Pradawni bogowie również pragną odzyskać utraconą pozycję. W tym celu skruszą łańcuchy skuwające moc szerzącą ostateczne zniszczenie i uwolnią ją z wiecznego więzienia. Na świat znowu wrócą smoki.
A w Kurald Galain, gdzie odnaleziono od dawna zaginione miasto Kharkanas, na Pierwszym Brzegu zgromadziły się tysiące ludzi prowadzonych przez Yedana Derryga. Czekają na przybycie Tiste Liosan, ale czy rzeczywiście są gotowi zginąć za puste miasto i królową bez poddanych?
W każdym ze światów nadchodzi kiedyś chwila, gdy nie ma już wyboru – chwila odsłonięcia duszy, kiedy nie można się już odwrócić. Wtedy trzeba stawić czoło ostatniej trudnej prawdzie. Kiedy cnota współczucia pada na kolana, cóż jeszcze można uczynić? I teraz ten czas nadszedł. Nadeszła chwila, gdy trzeba wyrazić sprzeciw i stanąć do boju…
Tak się zaczyna ostatni, apokaliptyczny rozdział Malazańskiej księgi poległych Stevena Eriksona - rewelacyjnej sagi, która odmieniła oblicze fantasy.
Premiera: 13 marca 2012 r.
Ilość stron: 672
Cena: 39,00 zł
Wydawnictwo: Mag

8/15 W partii -  Hans Hellmut Kirst
Rok 1933, Hitler dochodzi do władzy. Niemcy mają się dopiero przekonać, jakie będą tego konsekwencje… Wprowadzaniu nowego porządku towarzyszą terror, przemoc i gwałt. Szaleją grupy szturmowe SA, członkowie partii nazistowskiej stają się wszechwładni, a to przyciąga wielu łaknących władzy ludzi do wstąpienia w szeregi NSDAP. Jednym z nich jest Konrad Breitbach, który uczy się na pamięć wersów z Mein Kampf i staje się gorliwym wyznawcą nowej wiary. Jednak w przeciwieństwie do innych karierowiczów gotowych sprzymierzyć się z samym diabłem dla odniesienia osobistych korzyści, działania Konrada w szeregach zwolenników Hitlera nie są jednoznaczne i przynoszą wiele zaskakujących zwrotów…
08/15 to najsłynniejszy cykl powieści obejmujący historię powstania i upadku III Rzeszy, a także czasy powojenne. Kirst pokazuje w jaki sposób rozpoczęło się nazistowskie szaleństwo i jak możliwe było tak ogromne poparcie Niemców dla Hitlera. Przedstawia straszny, bo prawdziwy obraz społeczeństwa niemieckiego, gdzie niewielu Niemców sprzeciwiało się zbrodniczemu systemowi, który zgodnie z intencją Hitlera miał trwać tysiąc lat. Pozycja obowiązkowa dla każdego! Powieść o tym, jak było naprawdę. Jak cały naród dał się ogłupić i omamić nazistowskiej władzy Adolfa Hitlera i jego wizji świata.
Premiera: 11 kwietnia 2012 r.
Ilość stron: 392
Cena: 34,9 zł
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica

Carska roszada - Melchior Medard
Koniec XIX wieku, Warszawa. Miasto niespokojne, dopiero co spacyfikowane po kolejnym spisku antycarskim. Miasto wielkich interesów i ekskluzywnych hoteli, ale też dzielnic biedy i zawszonych burdeli. Miasto, w którym ktoś w okrutny sposób morduje kobiety... Estar Pawłowicz Van Houten, tajny urzędnik do zadań specjalnych, przyjeżdża ze stolicy Imperium, by wyjaśnić sprawę zabójstw młodych kobiet. Musiał radzić sobie już z podobnymi wyzwaniami, nie tylko w Rosji. W pracy śledczego wykorzystuje najnowsze zdobycze nauki i techniki. Czasem wywołuje to podziw, a czasem niesmak kolegów z policji. Dopiero w Warszawie Van Houten orientuje się, że sprawa ma drugie, a nawet trzecie dno. Zaczyna się rozgrywka sięgająca szczytów władzy i europejskich dworów monarszych.
Szpiedzy, mordercy, zboczeńcy, piękne kobiety, spiski, zabójstwa – oto świat tajnego radcy Estara Pawłowicza. Carska roszada jest nie tylko emocjonującą, trzymającą w napięciu opowieścią kryminalno-szpiegowską. To także bogaty, soczysty i chwilami szokujący obraz dawnej Warszawy, w której krzyżowały się interesy największych ówczesnym mocarstw.
Premiera: 4 kwietnia 2012 r.
Ilość stron: 416
Cena: 34,9 zł
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica