niedziela, 28 czerwca 2015

30 Day Book Challenge - dzień 25


Dzień 25 - Postać, z którą najbardziej się utożsamiasz
    Witajcie w kolejnym dniu książkowego wyzwania! Dziś temat niełatwy, ponieważ czytam sporo książek, w których przewijają się setki, tysiące postaci. Wielu z ich współczuję, ale czy istnieje bohater, z którym mogłabym się utożsamić?

    Do głowy przychodzi mi tylko jedna postać, o której nieraz wspominałam w ramach tego wyzwania, a mianowicie... Hermiona Granger z serii Harry Potter J.K. Rowling. Powody tego powiązania poniżej:
Nie, to nie jest powód nr 1, tylko przypomnienie, jak wygląda Hermiona :)

    1. Lubimy spędzać czas z nosem w książkach i ambitnie zdobywamy wiedzę. Wprawdzie teraz, na studiach, nie lubię się (wszystkiego) uczyć, ale przez czas podstawówki - gimnazjum - początek liceum naprawdę uwielbiałam poszerzać swoją wiedzę. W ramach zajęć akademickich mam przedmioty, których nauka idzie mi śpiewająco oraz takie, których mam serdecznie dość (ale w sumie Hermiona nie przepadała za wróżbiarstwem, więc to też nas trochę do siebie upodabnia).
    2. Uwielbiamy koty. Kto nie pamięta należącego do panny Granger rudego Krzywołapa, ten nie może się mienić fanem Harry'ego Pottera :)
    3. Cenimy sobie spokój i raczej "osiadły" tryb życia. Choć w Harrym Potterze i Insygniach Śmierci bohaterowie musieli podróżować, robili to głównie za pomocą magii. Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie Hermiony zdobywającej szczyty czy jeżdżącej wyczynowo na deskorolce. Siebie - gwoli ścisłości - też nie :D
    4. Nie lubimy mówić o swoich uczuciach. Tłumimy je w sobie, ewentualnie po cichu hejtujemy, ale nie robimy z tego wielkiej afery, jak niektórzy. No i nie zakochujemy się w pierwszym lepszym przystojnym chłopaku / wampirze / wilkołaku / dziwaku / wojowniku od pierwszego wejrzenia. Może to kwestia zbyt racjonalnego podejścia do życia, ale w moim odczuciu takie uczucie nie jest miłością, tylko zauroczeniem. A ono przemija.

No, pewnie mogłabym napisać jeszcze kilka podpunktów, ale te chyba udowadniają, że z Hermioną mogłabym się utożsamiać.

Z kim Wy się utożsamiacie?
Miłej niedzieli :)

środa, 24 czerwca 2015

"Collide" - Gail McHugh

Kilka lat temu, dzięki ogromnemu kasowemu sukcesowi sagi Zmierzch, rynek książkowy zalały powieści gatunku paranormal romance. Niejaki renesans tego gatunku nastał przy okazji wydania Pięćdziesięciu twarzy Greya, a później pojawiły się utrzymane w tym klimacie romanse. I jednym z nich jest Collide, debiutancki utwór Gail McHugh.

Emily niedawno skończyła studia, a do tego straciła matkę. Wsparciem w trudnych chwilach okazał się jej chłopak, Dillon. Dziewczyna przeprowadza się do Nowego Jorku, do swojej przyjaciółki Olivii. Niemal natychmiast znajduje sobie pracę w restauracji i pierwszego dnia pracy spotyka największego przystojniaka na Wschodnim Wybrzeżu. Jej serce zabiło szybciej, ale przecież ona już ma ukochanego. Gavin, bo tak ma na imię "Pan Wysoki, Przystojny i Podniecający", okazuje się dobrym znajomym Olivii i jej brata oraz Dillona. Co więcej, jest samotny, ale jego serce rozpaliła drobna, piękna kelnerka z nowojorskiej knajpki.

Collide z początku kojarzyło mi się z Pięćdziesięcioma twarzami Greya. Po kilkunastu stronach stwierdziłam, że podobieństwo jest niewielkie, ponieważ bohaterka nie jest skończoną ofermą (sorry, Anastasio Steele - nie lubię cię), ma chłopaka i bliżej niedoprecyzowane plany małżeńskie. Niestety, fabularnie powieść nie prezentuje się lepiej niż debiut E.L. James. Gdy tylko na kartach Collide pojawia się boski Gavin, wiadomym jest, że zdobędzie serce Emily. Na ponad trzystu stronach czytelnik obserwuje, jak dziewczyna miota się pomiędzy gorącym, zakazanym uczuciem żywionym do Gavina a nudnym, ale pobłogosławionym przez umierającą matkę związkiem z Dillonem. Powieść obfituje w "szczęśliwe" zbiegi okoliczności, które doprowadzają do częstych spotkań naszej uroczej parki (i przy okazji każe nam wierzyć, że Nowy Jork jest jak mała wioska, w której co rusz można się natknąć na znajomą twarz). W Collide jest mniej scen erotycznych niż w Pięćdziesięciu twarzach Greya, za to więcej przekleństw. Ale największą bolączką tej powieści było przerysowanie charakterów postaci - o czym poniżej.

Być może paradoksalnie, za najlepiej wykreowaną postać w Collide uważam Dillona, czyli chłopaka głównej bohaterki. Facet ma kilka zalet, ale także liczne wady, przez co wydaje się ludzki i prawdopodobny. Jego zupełnym przeciwieństwem jest Gavin: przystojny, wysoki i bogaty, do tego szarmancki, wierny i (obowiązkowo) z przykrą przeszłością. Żeby było lepiej, ma uroczych rodziców - w przeciwieństwie do Dillona, którego matka doprowadza główną bohaterkę (i czytelników) do białej gorączki. Autorka nie mogła bardziej zróżnicować swoich bohaterów i jaśniej dać odbiorcom do zrozumienia, kogo bardziej powinni lubić. Sama Emily wydała mi się żałośnie słaba i niezdecydowana, a do tego obdarzona zerowym poczuciem własnej wartości. Nie lubię tego typu bohaterek w literaturze: teoretycznie powinnam jej współczuć, ale na mnie działała dokładnie odwrotnie (miałam ochotę jej przyłożyć, żeby się ogarnęła).

Cechą, która znacznie odróżnia Collide od Pięćdziesięciu twarzy Greya, jest narracja: występujący w debiutanckiej powieści Gail McHugh narrator wszechwiedzący dość często "przeskakuje" pomiędzy Emily i Gavinem (czasami nawet w ramach jednego akapitu), by zdradzić czytelnikom ich myśli. Autorka pewnie chciała lepiej pokazać sercowe rozterki swoich bohaterów, ale taka konwencja wprowadza niepotrzebny chaos.

Collide nie jest erotykiem (jak Pięćdziesiąt twarzy Greya), ale romansem - niestety okrutnie przewidywalnym i pozbawionym jakiejkolwiek fabuły. Pomysł na książkę nie był najgorszy, ale chęć wykreowania absolutnie idealnego bohatera pogrążyła autorkę. Ja męczyłam się przy lekturze, co chwila ją odkładałam, a pod koniec uśmiechałam się z przekąsem i miałam nadzieję, że nikt mi tego "cuda" przez ramię nie czyta. Jeśli chcecie przeczytać niezbyt ambitny romans, możecie to zrobić. Mnie się nie podobało.
Ocena końcowa: 2/6
Polecam: miłośnikom romansów

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Akurat
http://www.wydawnictwoakurat.pl
 
Tytuł: Collide
Autor: Gail McHugh
Seria: Collide #1
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 17 czerwca 2015 r. (premiera: styczeń 2013)
Ilość stron: 366
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Typowy romans


A teraz mały gratis dla tych, którzy wytrwali do końca: zapamiętane przeze mnie reakcje moich kolegów i koleżanek ze studiów na tę powieść. Oczywiście oceniali oni tę książkę na podstawie okładki, zawartego na niej opisu oraz losowych fragmentów (na szczęście tych mniej pikantnych).
kolega 1: Jakaś kontynuacja Greya?
koleżanka 1: Noo... Może być gorąco.
kolega 1: Gdzie on właściwie trzyma tą rękę?!
kolega 2: To na pewno poradnik, jak zostać tą, no, dz**ką.

Kocham swoje studia :D

niedziela, 21 czerwca 2015

Gdzie ta polska wersja? #30


The Dark and Hollow Places - Carrie Ryan
Jest wiele rzeczy, o których Annah chciałaby zapomnieć: wyraz twarzy siostry, gdy Annah zostawiła ją w Lesie Zębów i Rąk, jej pierwsze spojrzenie na Hordę na ulicach Mrocznego Miasta, wpijający się w nią drut kolczasty, który zostawił jej blizny na resztę życia. Ale przede wszystkim Annah chciałaby zapomnieć o dniu, w którym Elias zostawił ją, by dołączyć do Rekrutów.
Świat Annah zatrzymał się i od tamtej pory dziewczyna wciąż czeka na powrót Eliasa. Bez niego nie czuje się bardziej żywa od zmarłych, włóczących się po otaczających ją ruinach. Aż pewnego dnia poznaje Catchera i jej serce znowu zaczyna bić szybciej. Ale Catcher skrywa swoje własne tajemnice. Mroczne, przerażające prawdy łączące go z przeszłością, o której Annah tak bardzo chciała zapomnieć, a także przyszłością, o której bała się myśleć. Wszystko leży w jej rękach: czy będzie w stanie dalej żyć w świecie pokrytym krwią żywych? Czy może jedyną ucieczką przed potwornością Powrotu okaże się dla niej śmierć?
Co to jest? Trzeci i ostatni tom serii Las Zębów i Rąk.
Dlaczego? Pierwszy tom porwał mnie, wbił w serce zakażoną zombie-wirusem drzazgę i pozostawił niesamowity niedosyt, pragnienie poznania ciągu dalszego. Drugi tom nieco mnie zawiódł, ale ostatecznie był nawet znośny. A Miejsca ciemne i puste, bo tak ma brzmieć polski tytuł, pozostają wielką tajemnicą. Wydawnictwo Papierowy Księżyc zapowiadało premierę tej powieści na początek roku 2012. Mamy połowę roku 2015, książki jak nie było, tak nie ma.
Szanse na wydanie? Duże. Zakładając, że Papierowy Księżyc wreszcie weźmie się w garść ;)

Czytaliście wcześniejsze tomy Lasu Zębów i Rąk? Też czekacie na zakończenie tej historii?
Miłej niedzieli!

środa, 17 czerwca 2015

"Skarb heretyków" - Tom Knox

Tom Knox to dość znany w Polsce brytyjski pisarz thrillerów sensacyjnych. Ja miałam okazję przeczytać dwie z jego książek: nie zwaliły mnie z nóg, ale też nie były najgorsze. Natomiast najnowsza powieść autora, czyli recenzowany dziś Skarb heretyków... dała mi do myślenia. Więcej na ten temat - poniżej.

Samotny brytyjski uczony, Victor Sasoon, wyrusza w ostatnią przygodę swojego życia: pragnie wejść w posiadanie legendarnego skarbu. Niebawem ciało naukowca zostaje znalezione na Saharze. Na miejscu pojawia się były uczeń zmarłego, Ryan Harper, który chce rozwikłać zagadkę śmierci Sasoona. Martwym interesują się także izraelskie siły zbrojne - a może chodzi im bardziej o wzmiankowany skarb? Równocześnie w Kornwalii dochodzi do dziwnego incydentu z udziałem kilkuset kotów. Prowadzenia sprawy podejmuje się Karen Trevithick, ambitna funkcjonariuszka. Jak się niebawem okaże, koty to dopiero początek.

Thrillery Toma Knoxa - niestety - powielają pewne schematy. Tak jak w innych jego książkach, mamy dwa równoległe, pozornie niepowiązane wątki fabularne, które pod koniec jednak się splatają. Mamy tajemnicze zgony, pradawną tajemnicę, którą chce poznać jakieś wojsko czy zagadki mające doprowadzić bohaterów do poznania prawdy. Nieodłącznym elementem jego twórczości są różnorakie seksualne dewiacje, ale - na szczęście - w Skarbie heretyków pozostają one elementem pobocznym.
Utwór do pewnego momentu czytało mi się przyjemnie, autor zaskoczył mnie kilkoma zwrotami akcji. Do tego samego momentu tajemnica wydawała się naprawdę nierozwiązywalna. Natomiast gdy już została rozgryziona (to chyba nie spoiler - w tego typu książkach wielki sekret zawsze rozstaje objawiony), złapałam się za głowę. Knox mógł rozwinąć swoją intrygę w dowolny sposób, a zdecydował się na absolutnie absurdalną, pozbawioną sensu ideę. Przyjemność czerpana z lektury natychmiast drastycznie spadła. Ostatnie "egipskie" rozdziały czytałam z ironicznym uśmieszkiem na twarzy, zastanawiając się, jakie jeszcze bzdety napotkam na tych kartkach. Odniosłam wrażenie, że autor miał początkowo zupełnie inne plany, że ktoś kazał mu zmienić zakończenie, żeby wypadło bardziej fantastycznie. Cóż, coś poszło bardzo nie tak.

Nie zapałałam sympatią do głównych bohaterów. Victor Sasoon zyskiwał moją sympatię, ale okazał się tylko bohaterem drugoplanowym (diabelnie inteligentnym: rozwiązał wielką zagadkę w jedną noc, a Ryan i jego kompani potrzebowali na to wielodniowej wycieczki po całym Egipcie, ucieczek przed izraelską armią, szukania skryptów oraz zwiedzania zabytków). Niestety, on także zarobił w moich oczach minusa za to, jak postąpił pod koniec swojego długiego żywota. Ryana odebrałam jako sztampowego wdowca, który w pracy szuka ucieczki od swojej ponurej rzeczywistości. Towarzysząca mu Niemka Helen to z kolei typowa - wybaczcie kolokwializm - baba z jajami. (Gdyby byli małżeństwem, to on cerowałby skarpety i gotował obiadki, a ona uczyłaby synów, jak skutecznie bić się z kolegami. Nie, to nie ma nic wspólnego z fabułą właściwą. To tylko dygresja.) Stanowili duet tak sztampowy, że aż przykro się robiło. Schemat nieco przełamał Albert Hanna, "łowca" egipskich zabytków i przydatny pomocnik dwójki bohaterów.
Nieco inaczej wygląda sytuacja w Kornwalii. Tam główną bohaterką jest Karen, wysoko postawiona funkcjonariuszka policji, która bardzo chciała mieć dziecko, ale nie chciała mieć męża, więc zaszła w ciążę, a gościa po prostu rzuciła. Kobieta bardzo kocha swoją córeczkę, ale ze względu na pracę nie może poświęcać mu tyle czasu, ile by chciała. Sprawa, którą musi się zająć, doprowadza ją na granice obłędu - może nawet o krok dalej. Nie potrafiłam jej współczuć, choć nie potrafię uzasadnić powodów.

Tom Knox osadził akcję Skarbu heretyków w czasie tzw. Arabskiej Wiosny Ludów, kiedy w krajach arabskich doszło do obalenia wielu dyktatorów i zmian ustrojowych. Dość dobrze udało mu się oddać ten "rebeliancki" klimat Egiptu, brak turystów oraz, dość paradoksalne, szczegółowe kontrole tych nielicznych zagranicznych gości, którzy odważyli się na wyjazd w okolice targane buntami.
Na szczęście Rebis nie zawiódł. Tłumaczenie jest dobre, bez błędów, a nasza polska okładka zwraca uwagę na półce. Wygląda znacznie lepiej niż oryginał i lepiej oddaje klimat powieści - tym bardziej, że akcja dzieje się głównie w środkowym Egipcie, gdzie oceanu czy morza na pewno nie widać ;).

Jak widzicie, Skarb heretyków w moich oczach składa się głównie z wad. Marne zakończenie, sztampowi i mało przekonujący bohaterowie, no i przede wszystkim kosmicznie absurdalna fabuła. Szkoda, bo po Tomie Knoxie spodziewałam się czegoś lepszego. A przynajmniej mniej bezsensownego. Skarb heretyków broni się tylko w miarę niezłym, intrygującym początkiem. Obawiam się, że tę powieść mogę polecić tylko fanom gatunku, obdarzonym sporymi pokładami cierpliwości i determinacji. Reszcie raczej odradzam.
Ocena końcowa: 2+/6
Polecam: osobom odpornym na ogromną ilość absurdu
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Rebis
http://rebis.com.pl

Tytuł: Skarb heretyków (org. The Deceit)
Autor: Tom Knox
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2 czerwca 2015 r. (premiera: maj 2013)
Ilość stron: 408
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, która cię przeraża

niedziela, 14 czerwca 2015

30 Day Book Challenge - dzień 24


Dzień 24 - Książka, którą według Ciebie powinno przeczytać więcej osób
    Witajcie w tę jakże upalną i duszną niedzielę (z resztą cały tydzień taki jest... koszmar w najczystszej postaci)!
    Dziś opowiem Wam co nieco o książkach, które moim zdaniem zasługują na większe zainteresowanie czytelników. Okrutna prawda jest taka, że obecnie żywot książki jest krótki - po miesiącu, maksymalnie sześciu, od premiery czytelnicy zapominają o nowince, przytłoczeni innymi nowościami. O książkach starych - i nie mówię tu o utworach z czasów średniowiecza, ale już o, powiedzmy Harrym Potterze - wspomina się niewiele: kto czytał, ten zna; kto nie czytał, już raczej nie przeczyta, bo woli sięgnąć po coś nowszego. Nawet genialny Władca pierścieni przeżył renesans dopiero przy okazji premiery filmów na podstawie trylogii, a później - po ponad dziesięciu latach - kolejnych trzech filmów Hobbit. Z polskiego podwórka podobną "nawrotkę" zaobserwowałam przy okazji Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego. Zupełnie niedawno na rynku pojawiła się trzecia gierka z Geraltem z Rivii w roli głównej - i w autobusie przyuważyłam co najmniej trzy osoby zaczytujące się w książkach Sapkowskiego! Nie zrozumcie mnie źle: wiem, że rozwój jest potrzebny, że nie można cały czas żyć przeszłością, ale niektóre utwory pasuje znać. Nawet jeśli nie są obecnie "na topie".
Dlatego w ramach dzisiejszego wyzwania chciałabym Wam napisać o klasykach literackich. Klasykach, które część z Was mogła czytać i omawiać w ramach szkolnych zajęć, ale niekoniecznie (bo przecież nie wszyscy czytają lektury, a kanon zmienny jest). Zaczynamy od...

Lolity Władimira Nabokowa
....czyli prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnej, wzbudzającej skrajne emocje prozy pióra rosyjskiego pisarza. Lolitę ekranizowano dwukrotnie (chyba), ale nie oglądałam żadnego z filmów. Czemu mówię o tej książce? Powiedzmy sobie szczerze, na temat tej powieści trzeba wyrobić sobie własne zdanie. Każdy człowiek ma nieco inne podejście do tego typu spraw, do tego typu ludzi. Ja myślę, że warto przeczytać tę powieść i samodzielnie wyrobić sobie zdanie na jej temat.

Ania z Zielonego Wzgórza - Lucy Maud Montgomery
Powieść - czy nawet cały cykl - pojawia się na Moich Czytadłach już po raz n-ty (chyba powinnam zmienić nazwę na "Czytadła z Zielonego Wzgórza" albo "Czytadła z Krakowskiego Wzgórza" ;) ), ale uważam, że o tej kilkutomowej serii warto mówić. Nie wiem, czy obecnie w szkołach omawia się przygody Ani (ja w podstawówce miałam okazję przeczytać tylko fragmenty z podręcznika, ale to było już ładnych kilka lat temu i nie wiem, jak to obecnie wygląda). Mam nadzieję, że tak, ponieważ to wspaniała historia o nierozważnej sierotce, która jest lustrzanym odbiciem wielu prawdziwych dziewczyn. Uważam, że o tej książce powinno się mówić równie dużo jak o Małym Księciu (którego - przykro mi - nie polubiłam; być może nie zrozumiałam go wtedy, kiedy czytałam po raz pierwszy, i do tej pory pozostał mi uraz).

    Stwierdziłam, że o Ogniem i mieczem nie będę się rozpisywać, ale chociaż wspomnieć należy. Jeśli czytujecie mnie nieco dłużej, na pewno wiecie, że tę historię uwielbiam i będę rekomendować ku utrapieniu gawiedzi nieprzepadającej za starodawną, kwiecistą mową polską.

Jakie książki według Was powinno przeczytać więcej osób? Wybralibyście coś z klasyki czy raczej nowinki?
Miłej niedzieli!