niedziela, 31 lipca 2011

"Zła matka" - Ayelet Waldman

Tytuł: Zła matka. Kronika matczynych wykroczeń, drobnych katastrof i rzadkich momentów chwały (org. Bad Mother: A Chronicle of Maternal Crimes, Minor Calamities, and Occasional Moments of Grace)
Autor: Ayelet Waldman
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 4 maja 2011 r. (premiera: maj 2009)
Ilość stron: 224

Ayelet Waldman to znana za oceanem publicystka, jej artykuły ukazywały się między innymi w The New York Times, The Guardian czy Vogue. W 2002 roku zadebiutowała na książkowym rynku detektywistyczną serią "Mommy-Track" ("Mama na tropie"), a siedem lat później opublikowała swoje przemyślenia na temat macierzyństwa (jest matką czwórki dzieci) - i właśnie o tej pozycji dzisiaj napiszę.

Wszystko zaczęło się od artykułu, w którym pani Waldman oznajmiła, że bardziej kocha męża niż swoje dzieci. Poruszona opinia publiczna okrzyknęła ją Złą Matką. Kobieta zgadza się z ich opinią, ale na kartach tej książki snuje refleksje, czym Zła Matka różni się od Dobrej Matki. Wspominając różne momenty z życia swojej licznej rodziny (męża Michaela i czwórki dzieci: Sophie, Zeke'a, Rosie i Abrahama), konfrontuje je ze stereotypami. Nie próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy Dobrą Matką jest ta, która rezygnuje z pracy by zająć się dziećmi, czy ta która realizuje się na polu rodzinnym i zawodowym. Nie rozstrzyga wielu podobnych dylematów, nie narzuca odpowiedzi: wyciągnięcie wniosków pozostawia czytelnikowi.

Ayelet ciekawie i barwnie opisuje swoją rodzinę. Szybko poczułam się jak jej kolejna członkini. Książka została podzielona na osiemnaście rozdziałów (pewnie zdziwicie się dlaczego akurat tyle), których treść nie jest ułożona chronologicznie, co wprowadza pewien chaos, ale po początkowych problemach szybko się do tego przyzwyczaiłam. W tym szaleństwie tkwi metoda, jak głosi stare porzekadło. Autorka przedstawia nie tylko swój punkt widzenia, ale także Michaela czy osób trzecich, niejednokrotnie udowadniając samej sobie, jak Złą Matką jest. Nie ucieka też od politycznych nawiązań, które mnie (i zapewne większości polskich czytelników) niewiele mówiły, mimo przypisów dodanych przez naszego rodzimego wydawcę.

Podczas lektury, niestety, nie wyrobiłam sobie zdania, jak wygląda Dobra a jak Zła Matka. Jestem za to w zupełności pewna, że Ayelet Waldman nie zalicza się do Złych Matek - niejedna "dobra" rodzicielka robi dla swoich dzieci mniej niż ona. Zawsze znajdą się osoby, które myślą inaczej, które spróbują udowodnić nam, jak bardzo źli jesteśmy. Sztuka polega na tym, by "nie dać się zwariować" - zawsze przecież można spisać swoje przemyślenia w formie książki, prawda?

Złą Matkę na pewno oceniłabym wyżej, gdybym miała już swoje dzieci i sama musiała zmierzyć się z etykietką Złej/Dobrej. Na razie jednak lektura ta jest dla mnie zwykłym gdybaniem, psychologiczną ale interesującą odskocznią od fantastyki. Za kilka lat, bogatsza o nowe doświadczenia, pewnie wrócę do tej książki - niemal na pewno dostrzegę w niej więcej niż teraz.
Ocena końcowa: 3+/6
Polecam: miłośnikom pozycji psychologicznych; matkom (nie tylko tym "świeżo upieczonym")

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak. Serdecznie dziękuję!

piątek, 29 lipca 2011

"Klepsydra Aldibaha" - Licia Troisi

Tytuł: Klepsydra Aldibaha (org. La clessidra di Aldibah)
Autor: Licia Troisi
Seria: Dziedziczka smoka, #3 (org. La Ragazza Draco)
Wydawnictwo: Videograf II
Data wydania: 17 lutego 2011 r. (premiera: czerwiec 2010)
Ilość stron: 224

Nadszedł czas, by zakończyć przygodę z Sofią i jej ludzkimi oraz smoczymi przyjaciółmi. Poprzednie tomy utrzymywały dobry poziom: były przewidywalne, ale przyjemne w odbiorze. Jak wypada trzecia część?

Wywalczony w Drzewie Idhunn Pączek Drzewa Świata zaczyna słabnąć. Aby go nie stracić, Sofia, Lidja i profesor Schlafen ruszają do Niemiec, do Monachium, gdzie nieco wcześniej doszło do dziwnej zbrodni. Na miejscu okazuje się, że zamordowany nastolatek był Smokończykiem, a jego śmierć uniemożliwia zwycięstwo nad Nidhoggrem. Istnieje jeszcze szansa: potężny artefakt, tytułowa Klepsydra Aldibaha, która podobno umożliwia podróże w czasie. Czy uda się jej użyć i ocalić Karla?

Fabuła jest spójna i przemyślana. Śmierć istotnego bohatera początkowo wydaje się ogromną przeszkodą, ale kiedy pojawia się legendarny czasomierz, staje się przewidywalna. Na szczęście tylko na chwilę. Autorka, oprócz oklepanych schematów, serwuje czytelnikom kilka ciekawych zwrotów akcji. Nic wielkiego, nie spadniemy z fotela, ale ja czułam się zaskoczona - mile zaskoczona. Ponownie dochodzi też do starcia dobra ze złem. Walka przebiega emocjonująco, niemal do końca nie wiadomo, kto wygra (chociaż "starzy wyjadacze" już znają odpowiedź).
Przyznaję, że nieco bałam się podróży w czasie. Jak wyjaśnić pewne paradoksy? Na szczęście pani Troisi poradziła sobie z tym całkiem dobrze.

W tym tomie poznajemy dwójkę nowych postaci: nastoletniego Karla i jego przybraną matkę Effi. Oboje odgrywają bardzo ważną rolę, autorka poświęciła dość sporo czasu na ich wprowadzenie. Mnie osobiście irytowali, szczególnie Karl. Także Sofia, coraz bardziej szalejąca z miłości, zaczyna działać mi na nerwy - ale tak zachowują się normalne, zakochane nastolatki, cóż poradzić...

Pani Troisi używa prostego, zrozumiałego języka. Pisze jasno, dzięki czemu nawet młodsi czytelnicy nie będą mieli trudności ze zrozumieniem tekstu. Nie wyłapałam błędów interpunkcyjnych czy ortograficznych, za to znalazłam pewien błąd logiczny. Ale to nic, można przymknąć na to oko.

Klepsydra Aldibaha to bardzo dobra kontynuacja cyklu. Utrzymuje poziom, a zakończenie pozostawia czytelnika z wieloma pytaniami. Nie mogę doczekać się tomu czwartego. Wam, drodzy Czytelnicy, polecam całą serię Dziedziczka smoka. Może i jest naiwna, przewidywalna, ale niezwykle lekka i przyjemna w odbiorze. Dla bardziej wyrobionego czytelnika będzie relaksem, "odmóżdżaczem". Albo środkiem perswazji, żeby młodsze, oporne rodzeństwo zaczęło czytać książki :)
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: poszukującym lekkiej, niewymagającej lektury; młodszym czytelnikom

środa, 27 lipca 2011

"Przywoływacz dusz" - Gail Z. Martin

Tytuł: Przywoływacz dusz (org. The Summoner)
Autor: Gail Z. Martin
Seria: Kroniki Czarnoksiężnika, #1 (Chronicles of the Necromanter)
Wydawnictwo: Dwójka bez sternika
Data wydania: 6 kwietnia 2011 r. (premiera: styczeń 2007)
Ilość stron: 576

Są książki, których znajomość jest niemal konieczna, by uważać się za prawdziwego fana pewnego gatunku. Postanowiłam sprawdzić, czy „świeża” na naszym rynku Gail Z. Martin i jej Przywoływacz dusz zaliczają się do tego zaszczytnego grona.

Martris Drayke jest drugi w kolejce do tronu. Od dzieciństwa jego babka szkoliła go w sztukach magicznych, młodzieniec widzi także duchy. Po zamachu stanu, w którym ginie jego ojciec i król, Tris z grupką przyjaciół musi opuścić zamek, by ocalić życie. Niebawem okazuje się, że babka nie uczyła go bez przyczyny – bowiem to Martris jest Przywoływaczem dusz, mogącym zapanować nad duszami zmarłych. Jednocześnie problemy ma księżniczka Kiara, której ojciec podupadł na zdrowiu – czy poradzi sobie z nowymi obowiązkami i czy uda jej się odnaleźć antidotum?

Autorka skonstruowała ciekawy i przekonujący świat. Fabuła porusza kilka ważnych wątków, chociaż zdecydowanie dominującym jest ucieczka (więc i epicka podróż) Trisa. Pani Martin szybko wprowadza czytelnika w akcję, dodając nową lokację lub postać, zatrzymuje się na moment i dopowiada kilka najistotniejszych faktów z nimi związanych. Wydarzenia śledzimy z perspektywy kilku najważniejszych postaci, dzięki czemu możemy podziwiać drobiazgowość uniwersum. Nie ukrywam, że znalazłam kilka elementów wtórnych, nawet oklepanych, ale nie umniejszają one przyjemności z czytania. Przeczytamy o wielkich bitwach, pasjonujących intrygach politycznych oraz poruszających miłościach – czyli to, co moja skromna osoba lubi najbardziej.

Bohaterowie są bardzo różnorodni, prezentują wiele światopoglądów. Poznajemy ich szybko i nie mylimy, mimo ich dużej ilości. Ucieszyło mnie, że wszystkie wybory bohaterów są logicznie umotywowane, nikt nie prowadzi długich pseudo-filozoficznych dywagacji o wadze życia i istocie śmierci. Postacie mają jasno wytyczone cele, których się trzymają. Może trochę „spłyca” to lekturę, ale równocześnie niezwykle ją ułatwia i uprzyjemnia.

Dużą zaletą – przynajmniej dla mnie – jest waga, jaką pani Martin przywiązuje do emocji bohaterów. Akcja i odczucia zajmują tyle samo miejsca: nie zanudzimy się rozlazłymi porównaniami ale i nie odniesiemy wrażenia, że postacie to bezduszne roboty.

Osobiście jestem oczarowana Przywoływaczem dusz. Autorka napisała wciągającą, przemyślaną i przyjemną w odbiorze powieść, którą czyta się jednym tchem. Wielkimi plusami recenzowanej książki są sympatyczni i realni bohaterowie, wartka akcja oraz lekki w odbiorze język. Myślę, że jeśli kolejne tomy utrzymają poziom „jedynki”, Gail Z. Martin ma szansę stać się jedną z najpopularniejszych autorek fantasy. Czego jej życzę, a Wam, drodzy Czytelnicy, szczerze zachęcam do lektury.
Ocena końcowa: 5+/6
Polecam: fantastom poszukującym porywającej lektury na kilka dni, szczególnie miłośnikom Brenta Weeksa

niedziela, 24 lipca 2011

"Zimowy monarcha" - Bernard Cornwell

Tytuł: Zimowy monarcha (org. The Winter King)
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Trylogia arturiańska, #1 (org. The Arthur Books)
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 19 maja 2010 (premiera: maj 1995)
Ilość stron: 600

Na tę trylogię miałam ochotę już od dawna. Okres panowania Artura od zawsze mnie fascynował, więc gdy tylko pojawiła się okazja i dorwałam w swoje zachłanne ręce to tomiszcze, wzięłam się do czytania.

Głównym bohaterem Zimowego monarchy nie jest Artur. Ba, postać legendarnego władcy Brytanii pojawia się po jakimś czasie. Pierwsze skrzypce gra tu podstarzały mnich Derfel. Od królowej otrzymuje iście bojowe zadanie - spisania swoich wspomnień. Wspomnień sięgających przełomu wieków V i VI. Wspomnień, w których - oprócz Artura - pojawiają się dziesiątki innych osobistości, jak choćby Merlin (potężny mag?), Lancelot (szlachetny rycerz?), Ginewra (oszałamiająca piękność?) czy Nimue (brak skojarzeń?). Wspomnień pełnych smutku, radości, łez, miłości, a przede wszystkim przygód.

Derfel (a właściwie autor) snuje swoją opowieść bardzo ciekawie i ekspresywnie. Opisuje nie tylko wielkie i ważne potyczki czy wojnę i jej skutki. Pochyla się także nad codziennością, życiem ówczesnych ludzi, co stanowi przyjemną odskocznię od smutnych i poważniejszych wątków. Pan Cornwell nie prawi morałów, ale i nie idealizuje przedstawionego przez siebie świata: pokazuje jego okrucieństwo, bezwzględność żołnierzy, bezradność ludności cywilnej. Mnie najbardziej poruszały opisy sytuacji kobiet i dzieci - gwałty, tortury, morderstwa...

Spokojnie, nie znajdziecie tutaj szczegółowych opisów tych okropieństw. Derfel nie wie wszystkiego, nie widzi wszystkiego: wspomina o krzykach gwałconych kobiet, ale żadnych detali nie podaje. Podobnie inne dramatyczne momenty - jedynie to, co bezpośrednio dotyczy naszego mnicha, poznajemy bardziej drobiazgowo. Muszę pochwalić bardzo żywy, prosty w odbiorze gawędziarski język: wtrącenia, przemyślenia i zdania typu "Nie wiedział wtedy, jak bardzo się mylił" uprzyjemniają lekturę i jeszcze bardziej wciągają.

Warto napisać też o bohaterach. Daleko im do chodzących ideałów, na jakich kreowani są jako bohaterowie legend. Każdy z nich ma swoje przekonania, którym jest wierny, a ich działania są logicznie (albo i nie, zależy od punktu widzenia) motywowane. Szlachetny Lancelot ukazany zostaje zupełnie inaczej niż w opowieściach - zapałałam do niego zdecydowaną antypatią. Względem samego Artura mam mieszane uczucia: początkowo wydawał mi się ideałem, później jednak zaczęłam dostrzegać jego wady - bardzo problematyczne dla władcy wady. Ogromne brawa dla pana Cornwella za tak realistyczne przedstawienie i powiązanie postaci historycznych, legendarnych oraz zupełnie fikcyjnych.

Muszę jeszcze wspomnieć o wydaniu. Erica stanęła na wysokości zadania. Oprócz pięknej okładki, otrzymujemy potężne tomiszcze pozbawione błędów, nawet interpunkcyjnych! Tłumacz świetnie się spisał, utrzymując gawędziarski ton i lekko anarchiczny język. Dodatkowo w tomie zawarto mapkę oraz krótki spis bohaterów i miejsc - przydatne w przypadku dłuższej przerwy w lekturze czy też zwyczajnej sklerozy ;)

Jak widzicie, ta recenzja to jeden wielki pean pochwalny na cześć Zimowego monarchy. Z czystym sercem polecam ją każdemu, nawet osobom niezainteresowanym historią. Opowieść może stanowić świetne źródło informacji o czasach arturiańskich, trzeba jednak pamiętać, by zachować dystans względem opisywanych wydarzeń - w końcu to nie podręcznik do historii, ale pozycja fantastyczna, o czym autor przypomina na zakończenie.
Ocena końcowa: 5+/6
Polecam: lubiącym porywające powieści przygodowe, szczególnie osadzone w czasach panowania Artura (ale zapewniam, że nie tylko!) 

Książkę otrzymałam od Instytutu Wydawniczego Erica.
Serdecznie dziękuję!

środa, 20 lipca 2011

One Lovely Blog Award

Dałam się wciągnąć w kolejny blogowy tasiemiec - cóż poradzić, że są tak wciągające? :)
Do One Lovely Blog Award zostałam nominowana przez Lenalee, Pannę_Indyviduum, Tirindeth, Taki jest świat, Carline i enedtil (mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam). Nie spodziewałam się takiego zalewu, ale bardzo mi miło :D

Przypomnijmy zasady:
- napisz u siebie podziękowania i wklej link blogera, który cię nominował,
- napisz o sobie siedem rzeczy, 
- nominuj szesnaście innych, cudownych blogerów (nie można nominować osoby, która cię nominowała),
- napisz im komentarz, by dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji. 

Przejdźmy zatem do kolejnych siedmiu sekretów z mojego żywota...
1. Jestem strasznie wrażliwa na swoim punkcie. Najchętniej zniknęłabym z tego świata, żeby nikt mnie nie oglądał i nie miał możliwości komentowania mojego wyglądu/zachowania/charakteru. Taki mały świr na własnym punkcie ;)

2. Robię za bibliotekę. Razem z mamą zgromadziłyśmy dość pokaźny księgozbiór, z którego korzysta coraz więcej osób: krewnych, znajomych, znajomych znajomych...

3. Chorobliwie dbam o książki. Niedawno mój kochany kot wskoczył mi na otwartą na kolanach książkę i zagiął kilka stron. Myślałam, że go za to uduszę ;] Na szczęście obeszło się bez rękoczynów, ale tego typu akcje działają na mnie jak czerwona płachta na byka.

4. Mam ściśle ustalone godziny posiłków. Bez względu na to, czy mam wolne, czy idę do szkoły, śniadanie, drugie śniadanie i obiadokolację zawsze jadam o tej samej porze. Wyjątek stanowią sytuacje ekstremalne, kiedy wstaję dużo wcześniej lub później niż zazwyczaj.

5. Moją zdecydowanie ulubioną potrawą są pierogi ruskie, ale od mniej więcej roku gustuję też w makaronach (z warzywami, owocami albo spaghetti) oraz potrawach ryżowych (z warzywami, kurczakiem, sosami słodko-kwaśnymi, owocami)... Już o naleśnikach z serem nie wspomnę... Ach, rozmarzyłam się:)

6. Jestem na tyle uzależniona od czytania, że nawet podczas jedzenia coś pochłaniam. Najczęściej gazetę z programem telewizyjnym (konkretnie opisy filmów) albo magazyny hobbystyczne. Półtora tygodnia temu mama wykopała ze strychu pokaźne segregatory z przepisami, i teraz to je pochłaniam (razem z realnym jedzeniem).

7. Żeby odejść od kulinarnych tematów... Słońce źle na mnie działa. Znaczy się, brzydko mnie opala. Zacznijmy od tego, że "smażę się" powoli. Do tego na czerwono. I na koniec, po około tygodniu, wszystko się ze mnie złuszcza... Tylko na ramionach mam już stałą opaleniznę, która nie schodzi :))

Długie konkursowe dywagacje zakończę listą 16 nominowanych blogów (alfabetycznie, wg nazwy bloga):
Jeszcze raz powiem, że kocham takie zabawy :) Problem pojawi się przy następnej okazji (jeśli się takowa nadarzy), bo już nie wiem, o czym by tu pisać xD
Pozdrawiam cieplutko~!