Tytuł: Drzewo Idhunn (org. L'albero di Idhunn)
Autor: Licia Troisi
Seria: Dziedziczka smoka, #2
Wydawnictwo: Videograf II
Data wydania: 25 listopada 2010 (świat: kwiecień 2009)
Ilość stron: 224
Nie mogło być inaczej. Pierwsza część serii - mimo naiwności niektórych wątków - tak mnie zafascynowała, że kontynuację zaczęłam czytać w dniu zakończenia lektury. Wybaczcie mi zatem lekką monotematyczność - następnym razem będzie coś innego :)
Od wydarzeń z Testamentu Thubana minęło troszkę czasu. Profesor przebywa w Budapeszcie i szuka kolejnego Uśpionego, natomiast Sofia i Lidja zostają w cyrku we Włoszech. W czasie ich pobytu w Benewencie poznają chłopca, w którym Sofia zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Niedługo okazuje się, ze chłopiec - Fabio - jest kolejnym Zniewolonym. Co zwycięży w tym przypadku: miłość czy misja? Nie zapomnimy o poszukiwaniu kolejnych owoców. Poznamy też nową, wykreowaną na potrzeby tego tomu postać - Idhunn - która jest z nimi dość mocno powiązana.
Fabuła nie zaskakuje. Wróć, źle się wyraziłam. Zaskakiwałaby, gdybyśmy śledzili wydarzenia tylko z jednej perspektywy. Tymczasem w niektórych rozdziałach towarzyszymy Sofii a w innych Fabiowi, co rozwiązuje wiele tajemnic. Nie wiem, czy uznać to za zaletę czy wadę: czytelnik zna sekrety bohaterów i nieco się irytuje, gdy inni powoli odkrywają prawdę.
Autorka popracowała nad rozkładaniem napięcia. Akcja płynie wartko, zmiany jej tempa są nieznaczne. Dzieje się dużo, ale każdy powinien bez problemu się odnaleźć. Czytelnik wsiąka w przedstawiony świat, mnie osobiście ciężko było się oderwać.Wątek romantyczny rozwija się w tle, nie wychodzi na pierwszy plan (nie ukrywam, że bardzo się tego bałam). Dodatkowymi atutami są humor oraz lekki, przystępny język.
W tym tomie profesor Schlafen i Nidafjoll schodzą na dalszy plan. Nawet Lidja gra drugie skrzypce, bowiem najważniejsi są Sofia, Ratatoskr (sługa Nidhoggra) i Fabio. Tego ostatniego poznajemy dość dobrze: autorka przytacza jego historię, znamy motywy jego postępowania. Mimo tragicznej przeszłości (która na pewno miała na niego wpływ), nie zdołałam zapałać do niego sympatią.
Drzewo Idhunn jest godną następczynią Testamentu Thubana. Ba, dzięki mniejszej objętości wszystko jest bardziej skondensowane, co wychodzi historii tylko na dobre. Sekrety, wartka akcja, realne postaci i ta lekkość czytania... Na podstawie dotychczas przeczytanych książek uważam, że Dziedziczka smoka to idealna propozycja na ostatnie zimowe wieczory. A nuż dacie się porwać wydarzeniom rozgrywającym się w pokrytych cienką warstwą śniegu Włoszech?
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: jako lekturę do poduszki, coś lekkiego między poważniejszymi pozycjami
"Zamknięta książka jest niema; przemówi tylko wtedy, gdy zostanie otwarta." E.E. Schmitt
piątek, 4 marca 2011
wtorek, 1 marca 2011
"Testament Thubana" - Licia Troisi
Tytuł: Testament Thubana (org. L'eredità di Thuban)
Autor: Licia Troisi
Seria: Dziedziczka smoka, #1
Wydawnictwo: Videograf II
Data wydania: 15 listopada 2010 (świat: styczeń 2008)
Ilość stron: 293
Licia Troisi zadebiutowała na polskim rynku trylogią Wojny Świata Wynurzonego. Seria cieszyła się tak dużym powodzeniem, że Videograf postanowił kontynuować wydawanie jej pozycji. Recenzowany dzisiaj Testament Thubana to pierwszy tom już trzeciej trylogii - Dziedziczki smoka.
Trzynastoletnia Sofia, ośmieszana przez innych sierotka, zupełnie niespodziewanie zostaje adoptowana przez tajemniczego profesora. Dziewczynka nie wie czego się spodziewać, bowiem mężczyzna jest podejrzanie optymistycznie nastawiony wobec całego procesu. Także jego dom - potężny budynek nad jeziorem - spowija aura tajemniczości. Sekret jednak szybko się wyjaśnia - Sofia nosi w sobie Thubana, najpotężniejszego z żyjących przed wiekami smoków. Jej nowy opiekun chce, by podjęła walkę z Nidhoggrem i jego poplecznikami, których celem jest zniszczenie ludzkości (jakże mogłoby być inaczej?). Trzynastolatka nie musi walczyć sama. Pojawia się Lidja, wewnątrz której mieszka Rastaban - również bardzo potężny smok. Dziewczynki jednak nie pałają wobec siebie sympatią. Czy uda im się zjednoczyć w walce przeciw wspólnemu wrogowi?
Poznajemy także dwunastoletniego Mattię. Chłopiec zostaje zwerbowany przez "ciemną stronę mocy" i staje się Zniewolonym. Co to oznacza? Nie panuje nad sobą, a jego jedynym celem jest służba Nidhoggrowi. A on pragnie odnaleźć Uśpione (jak nazywa nasze bohaterki) oraz zniszczyć Drzewo Świata...
Fabuła nie jest wyjątkowo oryginalna. Przeciwnie, wiele momentów możemy przewidzieć. Co więcej, akcja płynie raczej niespiesznie, dopiero pod koniec przyspiesza. Mnie jednak to nie przeszkadzało, głównie dzięki sympatycznym bohaterkom i przystępnemu językowi. Dziewczynki zachowują się jak prawdziwe trzynastolatki i dzięki temu jestem w stanie wybaczyć im nawet najbardziej irytujące akcje. Nieśmiała i wątpiąca w siebie Sofia bardzo przypominała mi mnie samą, toteż niemal natychmiast zapałałam do niej sympatią. Aktywna i pewna siebie Lidja doskonale ją dopełnia. Bohaterowie drugoplanowi również są wyraźnie nakreśleni, choć na pewno kryją w sobie wiele tajemnic.
Wspomniałam o przystępnym języku. Autorka (oraz tłumaczka) ułatwiają nam czytanie, stosując proste ale nie banalne słowa. Dużą uwagę zwrócono na emocje, ale nawet ich opisy nie są przesadzone. Uszczęśliwił mnie brak jakiegokolwiek romantycznego wątku. Jak widać można napisać książkę dla młodzieży bez wprowadzania "nieziemskiego chłopaka, który jest wampirem/aniołem/diabłem/innym dziwadłem".
Testament Thubana to dopiero wprowadzenie do trylogii, jednak już teraz wiem, że sięgnę po kolejne tomy. Nie powala oryginalnością, zniechęca naiwnością, ale w gruncie rzeczy to naprawdę bardzo dobra, ciepła lektura. Jeśli chcecie miło spędzić kilka wieczorów (czyta się naprawdę szybko), mogę Wam polecić Testament Thubana.
Ocena końcowa: 4+/6
Polecam: miłośnikom lekkiej fantastyki, którym nie przeszkadza naiwność i przewidywalność
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
ANKIETA
W ankiecie na najbardziej pożądaną pozycję miesiąca zwyciężył "Blask" Alexandry Adornetto (6 głosów). Pozostałe książki zdobyły po 1-2 głosy (tylko "Lament" Maggie Stiefvater i "Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie" Terry'ego Pratchett nie znalazły miłośników).
W ankiecie wzięło udział 18 osób - dziękuję i zachęcam do udziału w kolejnych (tym razem z mniejszą ilością opcji)!
PRZECZYTANE KSIĄŻKI
W lutym przeczytałam 7 książek, w tym 2 po angielsku i 1 lekturę (Konrad Wallenrod - nie umieszczałam recenzji, naprawdę nie warto). Dało to 2852 stron - równiutkie 700 więcej niż w styczniu!
Najlepsza książka: Crescendo Becca Fitzpatrick
Największy zawód: Nieziemska Cynthia Hand
Autor: Licia Troisi
Seria: Dziedziczka smoka, #1
Wydawnictwo: Videograf II
Data wydania: 15 listopada 2010 (świat: styczeń 2008)
Ilość stron: 293
Licia Troisi zadebiutowała na polskim rynku trylogią Wojny Świata Wynurzonego. Seria cieszyła się tak dużym powodzeniem, że Videograf postanowił kontynuować wydawanie jej pozycji. Recenzowany dzisiaj Testament Thubana to pierwszy tom już trzeciej trylogii - Dziedziczki smoka.
Trzynastoletnia Sofia, ośmieszana przez innych sierotka, zupełnie niespodziewanie zostaje adoptowana przez tajemniczego profesora. Dziewczynka nie wie czego się spodziewać, bowiem mężczyzna jest podejrzanie optymistycznie nastawiony wobec całego procesu. Także jego dom - potężny budynek nad jeziorem - spowija aura tajemniczości. Sekret jednak szybko się wyjaśnia - Sofia nosi w sobie Thubana, najpotężniejszego z żyjących przed wiekami smoków. Jej nowy opiekun chce, by podjęła walkę z Nidhoggrem i jego poplecznikami, których celem jest zniszczenie ludzkości (jakże mogłoby być inaczej?). Trzynastolatka nie musi walczyć sama. Pojawia się Lidja, wewnątrz której mieszka Rastaban - również bardzo potężny smok. Dziewczynki jednak nie pałają wobec siebie sympatią. Czy uda im się zjednoczyć w walce przeciw wspólnemu wrogowi?
Poznajemy także dwunastoletniego Mattię. Chłopiec zostaje zwerbowany przez "ciemną stronę mocy" i staje się Zniewolonym. Co to oznacza? Nie panuje nad sobą, a jego jedynym celem jest służba Nidhoggrowi. A on pragnie odnaleźć Uśpione (jak nazywa nasze bohaterki) oraz zniszczyć Drzewo Świata...
Fabuła nie jest wyjątkowo oryginalna. Przeciwnie, wiele momentów możemy przewidzieć. Co więcej, akcja płynie raczej niespiesznie, dopiero pod koniec przyspiesza. Mnie jednak to nie przeszkadzało, głównie dzięki sympatycznym bohaterkom i przystępnemu językowi. Dziewczynki zachowują się jak prawdziwe trzynastolatki i dzięki temu jestem w stanie wybaczyć im nawet najbardziej irytujące akcje. Nieśmiała i wątpiąca w siebie Sofia bardzo przypominała mi mnie samą, toteż niemal natychmiast zapałałam do niej sympatią. Aktywna i pewna siebie Lidja doskonale ją dopełnia. Bohaterowie drugoplanowi również są wyraźnie nakreśleni, choć na pewno kryją w sobie wiele tajemnic.
Wspomniałam o przystępnym języku. Autorka (oraz tłumaczka) ułatwiają nam czytanie, stosując proste ale nie banalne słowa. Dużą uwagę zwrócono na emocje, ale nawet ich opisy nie są przesadzone. Uszczęśliwił mnie brak jakiegokolwiek romantycznego wątku. Jak widać można napisać książkę dla młodzieży bez wprowadzania "nieziemskiego chłopaka, który jest wampirem/aniołem/diabłem/innym dziwadłem".
Testament Thubana to dopiero wprowadzenie do trylogii, jednak już teraz wiem, że sięgnę po kolejne tomy. Nie powala oryginalnością, zniechęca naiwnością, ale w gruncie rzeczy to naprawdę bardzo dobra, ciepła lektura. Jeśli chcecie miło spędzić kilka wieczorów (czyta się naprawdę szybko), mogę Wam polecić Testament Thubana.
Ocena końcowa: 4+/6
Polecam: miłośnikom lekkiej fantastyki, którym nie przeszkadza naiwność i przewidywalność
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
ANKIETA
W ankiecie na najbardziej pożądaną pozycję miesiąca zwyciężył "Blask" Alexandry Adornetto (6 głosów). Pozostałe książki zdobyły po 1-2 głosy (tylko "Lament" Maggie Stiefvater i "Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie" Terry'ego Pratchett nie znalazły miłośników).
W ankiecie wzięło udział 18 osób - dziękuję i zachęcam do udziału w kolejnych (tym razem z mniejszą ilością opcji)!
PRZECZYTANE KSIĄŻKI
W lutym przeczytałam 7 książek, w tym 2 po angielsku i 1 lekturę (Konrad Wallenrod - nie umieszczałam recenzji, naprawdę nie warto). Dało to 2852 stron - równiutkie 700 więcej niż w styczniu!
Najlepsza książka: Crescendo Becca Fitzpatrick
Największy zawód: Nieziemska Cynthia Hand
piątek, 25 lutego 2011
"Kosogłos" - Suzanne Collins
Tytuł: Kosogłos (ang. Mockingjay)
Autor: Suzanne Collins
Seria: Igrzyska śmierci, #3
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 11 listopada 2010 (świat: sierpień 2010)
Ilość stron: 372
Od premiery drugiego tomu serii minął niemal rok (w przypadku Polski - dokładnie rok). Fani na całym świecie nie mogli się doczekać, spekulacjom nie było końca. Ja też niecierpliwie czekałam na premierę. Czy było warto?
Katniss z matką i siostrą, a także niedobitkami z Dwunastki, mieszka w Dystrykcie Trzynastym - tym, który miał zostać unicestwiony wiele lat wcześniej. Rebelianci zbudowali pod ziemią całe miasto, jednak życie w nim nie odpowiada głównej bohaterce. Docenia działania mieszkańców, ale dąży do bardziej bezpośredniego starcia z prezydentem Snowem i jego ludźmi. Chce także wyrwać Peetę z Kapitolu - panicznie boi się o jego życie.
Chyba nie zdziwicie się, jeśli napiszę, że udaje jej się postawić na swoim. Jednak wiele rzeczy nie układa się po jej myśli: Peeta jej nienawidzi (a ona nie ma pojęcia dlaczego), a Gale zaczyna być... nadopiekuńczy? zazdrosny? Tak, drodzy Czytelnicy, w "Kosogłosie" wątek romantyczny zyskuje na znaczeniu, właściwie dominuje. Spokojnie, akcji też nie zabraknie. Katniss udaje się przekonać władze Trzynastki do rozpoczęcia inwazji na Kapitol i, mimo ich sprzeciwu, bierze aktywny udział w walkach.
Szczerze mówiąc, spodziewałam się czegoś innego. Dwa wcześniejsze tomy pełne były akcji, niespodziewanych i interesujących wydarzeń, tymczasem tom ostatni, przynajmniej z początku, wydaje się zwyczajnie nudny. Rozterki głównej bohaterki są bardzo realistyczne, ale nie tego oczekuje czytelnik. Po pewnym czasie, gdy Katniss i jej drużyna (której skład może zaskoczyć niejedną osobę) ruszają do akcji, pani Collins "ożywa", znów mamy okazję do podziwiania jej umiejętności operowania językiem i wyobraźnią. Dopiero wtedy moja ocena zaczęła się podnosić: wcześniej oscylowała w granicach "słaba".
Historia zaskakuje i wzrusza, nie dostarcza zbyt wielu powodów do śmiechu. Dużo mówi się tutaj o śmierci i zemście, ale nie przeszkadzało mi to. Autorka bez skrupułów pozbawia życia kilku bohaterów - aż łezka się w oku kręci. Przyznaję, zaimponowało mi to - autorzy często wskrzeszają postaci, które uśmiercili wcześniej, tu natomiast trupy są "definitywnie martwe". Przy okazji, pani Collins nie oszczędza czytelników i ukazuje świat w sposób bardzo brutalny, pełen cierpienia: momentami osoby bardziej wrażliwe mogą czuć się nieswojo.
Ogólnie mówiąc, "Kosogłos" nie porywa, ani nie zawodzi. Stanowi dobre podsumowanie trylogii, choć mam wrażenie, że można by zakończyć wszystko inaczej. Kilka wątków pozostaje niedomkniętych, co zostawia niewielką szansę na kontynuację. Niemniej całą serię uznaję za bardzo udaną i zaliczam do jednej z najlepszych dostępnych na polskim rynku. Jeśli jeszcze nie rozpoczęliście przygody z Katniss Everdeen, nie czekajcie - czytajcie!
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: osobom, którym niestraszne są "uroki" czasów wojny; fanom serii
Autor: Suzanne Collins
Seria: Igrzyska śmierci, #3
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 11 listopada 2010 (świat: sierpień 2010)
Ilość stron: 372
Od premiery drugiego tomu serii minął niemal rok (w przypadku Polski - dokładnie rok). Fani na całym świecie nie mogli się doczekać, spekulacjom nie było końca. Ja też niecierpliwie czekałam na premierę. Czy było warto?
Katniss z matką i siostrą, a także niedobitkami z Dwunastki, mieszka w Dystrykcie Trzynastym - tym, który miał zostać unicestwiony wiele lat wcześniej. Rebelianci zbudowali pod ziemią całe miasto, jednak życie w nim nie odpowiada głównej bohaterce. Docenia działania mieszkańców, ale dąży do bardziej bezpośredniego starcia z prezydentem Snowem i jego ludźmi. Chce także wyrwać Peetę z Kapitolu - panicznie boi się o jego życie.
Chyba nie zdziwicie się, jeśli napiszę, że udaje jej się postawić na swoim. Jednak wiele rzeczy nie układa się po jej myśli: Peeta jej nienawidzi (a ona nie ma pojęcia dlaczego), a Gale zaczyna być... nadopiekuńczy? zazdrosny? Tak, drodzy Czytelnicy, w "Kosogłosie" wątek romantyczny zyskuje na znaczeniu, właściwie dominuje. Spokojnie, akcji też nie zabraknie. Katniss udaje się przekonać władze Trzynastki do rozpoczęcia inwazji na Kapitol i, mimo ich sprzeciwu, bierze aktywny udział w walkach.
Szczerze mówiąc, spodziewałam się czegoś innego. Dwa wcześniejsze tomy pełne były akcji, niespodziewanych i interesujących wydarzeń, tymczasem tom ostatni, przynajmniej z początku, wydaje się zwyczajnie nudny. Rozterki głównej bohaterki są bardzo realistyczne, ale nie tego oczekuje czytelnik. Po pewnym czasie, gdy Katniss i jej drużyna (której skład może zaskoczyć niejedną osobę) ruszają do akcji, pani Collins "ożywa", znów mamy okazję do podziwiania jej umiejętności operowania językiem i wyobraźnią. Dopiero wtedy moja ocena zaczęła się podnosić: wcześniej oscylowała w granicach "słaba".
Historia zaskakuje i wzrusza, nie dostarcza zbyt wielu powodów do śmiechu. Dużo mówi się tutaj o śmierci i zemście, ale nie przeszkadzało mi to. Autorka bez skrupułów pozbawia życia kilku bohaterów - aż łezka się w oku kręci. Przyznaję, zaimponowało mi to - autorzy często wskrzeszają postaci, które uśmiercili wcześniej, tu natomiast trupy są "definitywnie martwe". Przy okazji, pani Collins nie oszczędza czytelników i ukazuje świat w sposób bardzo brutalny, pełen cierpienia: momentami osoby bardziej wrażliwe mogą czuć się nieswojo.
Ogólnie mówiąc, "Kosogłos" nie porywa, ani nie zawodzi. Stanowi dobre podsumowanie trylogii, choć mam wrażenie, że można by zakończyć wszystko inaczej. Kilka wątków pozostaje niedomkniętych, co zostawia niewielką szansę na kontynuację. Niemniej całą serię uznaję za bardzo udaną i zaliczam do jednej z najlepszych dostępnych na polskim rynku. Jeśli jeszcze nie rozpoczęliście przygody z Katniss Everdeen, nie czekajcie - czytajcie!
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: osobom, którym niestraszne są "uroki" czasów wojny; fanom serii
wtorek, 22 lutego 2011
"Nieziemska" - Cynthia Hand
Tytuł: Nieziemska (ang. Unearthly)
Autor: Cynthia Hand
Seria: Nieziemska, #1
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 22 lutego 2011
Ilość stron: 400
"Wzruszająca opowieść o przeznaczeniu, pierwszej miłości i dramatycznej walce między między głosem obowiązku a głosem serca. Tak nieziemska jak pierwszy pocałunek chłopaka ze snów." Te słowa znajdziemy na okładce polskiej edycji. Czy warto dać się skusić "nieziemskiej" historii?
Clara Gardner jest niezwykła - ma szesnaście lat oraz ćwierć krwi anielskiej. Podobnie jak jej dwa lata młodszy brat, Jefferey. Po swoich urodzinach dziewczyna zaczynia mieć wizje, których głównymi bohaterami są płonący las oraz nieznajomy chłopak, którego ma uratować. Matka - półkrwi anielica - nazywa to "celem" (and. purpose) i, aby umożliwić jego realizację, rodzina przeprowadza się do stanu Wyoming. Młodzi ludzie zaczynają naukę. Anielskie moce Clary rozwijają się, zaczynają wymykać się spod kontroli.
Zostańmy jeszcze na chwilę przy fabule. Nasza bohaterka w szkole odnajduje tajemniczego chłopaka - to nieziemsko przystojny Christian Prescott. Fascynacja zmienia się w miłość, przynajmniej tak jej się wydaje. Żeby nie było zbyt nudno, Clara zdobywa nowych znajomych: całkowicie zwyczajną Wendy Avery, jej brata Tuckera oraz Angelę Zerbino - półkrwi anioła, która wprowadza nieopierzoną (niemal dosłownie, bo nie umiejącą jeszcze latać) towarzyszkę w świat tajemnic, do których dostępu wcześniej nie miała dostępu.
Początkowo książka rozwija się jak każda młodzieżówka: szkoła, przyjaciółka, wymarzony chłopak, nauka, kłótnie z koleżankami i rodziną, odkrywanie siebie... Ciekawiej robi się dopiero latem, wraz z nadejściem wakacji, gdy większość ekipy wyjeżdża. Ale to dopiero za połową książki. Muszę jednak napisać, że książkę czytało się przyjemnie. Narracja jest prowadzona w czasie teraźniejszym, z perspektywy Clary. Pani Hand oszczędziła nam zbędnych zachwytów i rozterek miłosnych, którymi niektóre autorki zapełniają kolejne stronice. Tutaj romans nie jest na pierwszym miejscu, co cieszy. Mimo wszystko historia jest nudna i przewidywalna. Akcja przyspiesza kilka rozdziałów przed końcem tomu i wraz z jego nadejściem się kończy. Zakończenie właściwie domyka wszystkie wątki, nie widzę powodu dla powstania kontynuacji (która jest zapowiedziana na przyszły rok).
Niedawno przeczytałam Blask, który również opowiadał o aniołach, nie mogę więc nie porównać tych dwóch pozycji. Nieziemska ma potencjał, którego tom pierwszy nie wykorzystuje, nie zostawia żadnych poruszonych wątków. Blask natomiast kończy się intrygująco, zachęca do sięgnięcia po kolejną część. Wnioski wyciągnijcie sami.
Podsumowując, Nieziemska nie jest tak nieziemską lekturą, na jaką liczyłam. Gwarantuje kilka niespodziewanych zwrotów akcji, momentów do wzruszeń (ale bez przesady), ale na rynku dostępne są lepsze pozycje. Dobrze, że autorka uciekła od typowego szkolnego romansu - gdyby tylko zaplanowała więcej atrakcji...
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośnikom pozycji dla młodzieży
Autor: Cynthia Hand
Seria: Nieziemska, #1
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 22 lutego 2011
Ilość stron: 400
"Wzruszająca opowieść o przeznaczeniu, pierwszej miłości i dramatycznej walce między między głosem obowiązku a głosem serca. Tak nieziemska jak pierwszy pocałunek chłopaka ze snów." Te słowa znajdziemy na okładce polskiej edycji. Czy warto dać się skusić "nieziemskiej" historii?
Clara Gardner jest niezwykła - ma szesnaście lat oraz ćwierć krwi anielskiej. Podobnie jak jej dwa lata młodszy brat, Jefferey. Po swoich urodzinach dziewczyna zaczynia mieć wizje, których głównymi bohaterami są płonący las oraz nieznajomy chłopak, którego ma uratować. Matka - półkrwi anielica - nazywa to "celem" (and. purpose) i, aby umożliwić jego realizację, rodzina przeprowadza się do stanu Wyoming. Młodzi ludzie zaczynają naukę. Anielskie moce Clary rozwijają się, zaczynają wymykać się spod kontroli.
Zostańmy jeszcze na chwilę przy fabule. Nasza bohaterka w szkole odnajduje tajemniczego chłopaka - to nieziemsko przystojny Christian Prescott. Fascynacja zmienia się w miłość, przynajmniej tak jej się wydaje. Żeby nie było zbyt nudno, Clara zdobywa nowych znajomych: całkowicie zwyczajną Wendy Avery, jej brata Tuckera oraz Angelę Zerbino - półkrwi anioła, która wprowadza nieopierzoną (niemal dosłownie, bo nie umiejącą jeszcze latać) towarzyszkę w świat tajemnic, do których dostępu wcześniej nie miała dostępu.
Początkowo książka rozwija się jak każda młodzieżówka: szkoła, przyjaciółka, wymarzony chłopak, nauka, kłótnie z koleżankami i rodziną, odkrywanie siebie... Ciekawiej robi się dopiero latem, wraz z nadejściem wakacji, gdy większość ekipy wyjeżdża. Ale to dopiero za połową książki. Muszę jednak napisać, że książkę czytało się przyjemnie. Narracja jest prowadzona w czasie teraźniejszym, z perspektywy Clary. Pani Hand oszczędziła nam zbędnych zachwytów i rozterek miłosnych, którymi niektóre autorki zapełniają kolejne stronice. Tutaj romans nie jest na pierwszym miejscu, co cieszy. Mimo wszystko historia jest nudna i przewidywalna. Akcja przyspiesza kilka rozdziałów przed końcem tomu i wraz z jego nadejściem się kończy. Zakończenie właściwie domyka wszystkie wątki, nie widzę powodu dla powstania kontynuacji (która jest zapowiedziana na przyszły rok).
Niedawno przeczytałam Blask, który również opowiadał o aniołach, nie mogę więc nie porównać tych dwóch pozycji. Nieziemska ma potencjał, którego tom pierwszy nie wykorzystuje, nie zostawia żadnych poruszonych wątków. Blask natomiast kończy się intrygująco, zachęca do sięgnięcia po kolejną część. Wnioski wyciągnijcie sami.
Podsumowując, Nieziemska nie jest tak nieziemską lekturą, na jaką liczyłam. Gwarantuje kilka niespodziewanych zwrotów akcji, momentów do wzruszeń (ale bez przesady), ale na rynku dostępne są lepsze pozycje. Dobrze, że autorka uciekła od typowego szkolnego romansu - gdyby tylko zaplanowała więcej atrakcji...
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośnikom pozycji dla młodzieży
czwartek, 17 lutego 2011
"Zaginiony symbol" - Dan Brown
Tytuł: Zaginiony symbol (org. Lost Symbol)
Autor: Dan Brown
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 27 stycznia 2010 (świat: wrzesień 2009)
Ilość stron: 624
Przeczytałam wszystkie dotychczas wydane powieści Dana Browna. Wcześniej czy później musiałam sięgnąć także i po "Zaginiony symbol". Przynajmniej nie będziecie mnie posądzać o monotematyczność ;)
Profesor Robert Langdon zyskał światową sławę po dwóch wcześniejszych śledztwach (opisanych w Aniołach i demonach oraz Kodzie Leonarda da Vinci). W pewien niedzielny poranek dostaje wiadomość od swojego dobrego przyjaciela, naukowca Petera Solomona. Nasz znawca symboliki wszelakiej spełnia prośbę kolegi i dostaje się do Waszyngtonu, by wygłosić wykład. Na miejscu okazuje się jednak, że do stolicy Stanów Zjednoczonych został ściągnięty z zupełnie innego powodu. Solomon został bowiem porwany, a mężczyzna, który podawał się za jego asystenta, to w rzeczywistości porywacz. Zna on renomę Langdona i żąda, by rozwiązał za niego zagadkę piramidy masońskiej, która ma być mapą do całej wiedzy. W przeciwnym razie zabije Petera. Aby nie być gołosłownym, już na samym początku podrzuca odciętą rękę porwanego w dość... oblegane miejsce. W sprawę zaangażowane jest także CIA - niesympatyczna dyrektor Inoue Sato upiera się, że chodzi o dobro całego państwa. Ale czy naprawdę? I co łączy młodszą siostrę zaginionego, profesor neotyki Katherine Solomon, z tym incydentem?
Rozwiązanie zagadki to główny i właściwie jedyny wątek. Nie myślcie jednak, że z tego powodu książka jest nudna. W żadnym wypadku! Mimo że ponad 600 stron opisuje jedną noc (i troszkę dnia), autor unika dłużyzn. Pan Brown już wcześniej pokazał, że nie boi się kontrowersji: opisywane przez niego teorie są mocno naciągane, nieprawdopodobne, ale i tak czytanie o nich wciąga. Tym razem odszedł jednak od ukazywania "tej złej" strony Kościoła: skupił się na masonach (nie martwcie się, jeśli nie wiecie, co to za zakon: ja do tej pory nie wiem ^^).
Książka pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji. Robert i Katherine podejmują dość ryzykowną grę: starają się rozwiązać tajemnicę, uniknąć bezpośredniej konfrontacji z nieobliczalnym porywaczem, umknąć dyrektorce CIA (której zdecydowanie nie ufają - i wcale im się nie dziwię), a przy okazji na własną rękę odnaleźć uwięzionego gdzieś Petera. Niejednokrotnie wydaje się, że bohaterowie zostaną schwytani lub zagadka się wyjaśni, a tu nagle... Dużo tu też niedopowiedzeń: mamy "wgląd" w większość myśli bohaterów, opisy lokacji i artefaktów są szczegółowe, ale czasami autor przemilczy to i owo, doprowadzając czytelnika do szaleństwa.
Książka nie jest jednak pozbawiona wad. Zakończenie mi się nie spodobało. Filozoficzne dywagacje kończące tom mogły zostać pominięte, a cała historia nic by nie straciła. Wspomniałam już o naciąganych teoriach: pseudonaukowa gadanina nie jest tu na pierwszym miejscu, ale nie można jej "przeskoczyć", ponieważ często zawiera istotne wskazówki. Niemniej wysnuwane teorie często budziły lekki ironiczny uśmieszek na mojej twarzy...
Kończąc tą recenzję (dość sługa wyszła...) chcę Wam, drodzy Czytelnicy, serdecznie polecić "Zaginiony symbol". Jeśli nie dostajecie alergii na dźwięk słów "pseudonaukowa gadanina" i lubicie kryminalne historie z dreszczykiem, w których dzieje się naprawdę dużo, sięgajcie bez wahania! To kawał interesującej, dobrze przemyślanej roboty, idealnej na kilka wolnych wieczorów.
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: miłośnikom sensacji i kryminałów; oczywiście tym, którym spodobały się inne książki autora
Autor: Dan Brown
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 27 stycznia 2010 (świat: wrzesień 2009)
Ilość stron: 624
Przeczytałam wszystkie dotychczas wydane powieści Dana Browna. Wcześniej czy później musiałam sięgnąć także i po "Zaginiony symbol". Przynajmniej nie będziecie mnie posądzać o monotematyczność ;)
Profesor Robert Langdon zyskał światową sławę po dwóch wcześniejszych śledztwach (opisanych w Aniołach i demonach oraz Kodzie Leonarda da Vinci). W pewien niedzielny poranek dostaje wiadomość od swojego dobrego przyjaciela, naukowca Petera Solomona. Nasz znawca symboliki wszelakiej spełnia prośbę kolegi i dostaje się do Waszyngtonu, by wygłosić wykład. Na miejscu okazuje się jednak, że do stolicy Stanów Zjednoczonych został ściągnięty z zupełnie innego powodu. Solomon został bowiem porwany, a mężczyzna, który podawał się za jego asystenta, to w rzeczywistości porywacz. Zna on renomę Langdona i żąda, by rozwiązał za niego zagadkę piramidy masońskiej, która ma być mapą do całej wiedzy. W przeciwnym razie zabije Petera. Aby nie być gołosłownym, już na samym początku podrzuca odciętą rękę porwanego w dość... oblegane miejsce. W sprawę zaangażowane jest także CIA - niesympatyczna dyrektor Inoue Sato upiera się, że chodzi o dobro całego państwa. Ale czy naprawdę? I co łączy młodszą siostrę zaginionego, profesor neotyki Katherine Solomon, z tym incydentem?
Rozwiązanie zagadki to główny i właściwie jedyny wątek. Nie myślcie jednak, że z tego powodu książka jest nudna. W żadnym wypadku! Mimo że ponad 600 stron opisuje jedną noc (i troszkę dnia), autor unika dłużyzn. Pan Brown już wcześniej pokazał, że nie boi się kontrowersji: opisywane przez niego teorie są mocno naciągane, nieprawdopodobne, ale i tak czytanie o nich wciąga. Tym razem odszedł jednak od ukazywania "tej złej" strony Kościoła: skupił się na masonach (nie martwcie się, jeśli nie wiecie, co to za zakon: ja do tej pory nie wiem ^^).
Książka pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji. Robert i Katherine podejmują dość ryzykowną grę: starają się rozwiązać tajemnicę, uniknąć bezpośredniej konfrontacji z nieobliczalnym porywaczem, umknąć dyrektorce CIA (której zdecydowanie nie ufają - i wcale im się nie dziwię), a przy okazji na własną rękę odnaleźć uwięzionego gdzieś Petera. Niejednokrotnie wydaje się, że bohaterowie zostaną schwytani lub zagadka się wyjaśni, a tu nagle... Dużo tu też niedopowiedzeń: mamy "wgląd" w większość myśli bohaterów, opisy lokacji i artefaktów są szczegółowe, ale czasami autor przemilczy to i owo, doprowadzając czytelnika do szaleństwa.
Książka nie jest jednak pozbawiona wad. Zakończenie mi się nie spodobało. Filozoficzne dywagacje kończące tom mogły zostać pominięte, a cała historia nic by nie straciła. Wspomniałam już o naciąganych teoriach: pseudonaukowa gadanina nie jest tu na pierwszym miejscu, ale nie można jej "przeskoczyć", ponieważ często zawiera istotne wskazówki. Niemniej wysnuwane teorie często budziły lekki ironiczny uśmieszek na mojej twarzy...
Kończąc tą recenzję (dość sługa wyszła...) chcę Wam, drodzy Czytelnicy, serdecznie polecić "Zaginiony symbol". Jeśli nie dostajecie alergii na dźwięk słów "pseudonaukowa gadanina" i lubicie kryminalne historie z dreszczykiem, w których dzieje się naprawdę dużo, sięgajcie bez wahania! To kawał interesującej, dobrze przemyślanej roboty, idealnej na kilka wolnych wieczorów.
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: miłośnikom sensacji i kryminałów; oczywiście tym, którym spodobały się inne książki autora
Subskrybuj:
Posty (Atom)




