środa, 29 kwietnia 2015

[przed premierą] "Mrok i mgła" - Stefan Türschmid

Stefan Türschmid, wbrew pozorom, jest autorem jak najbardziej polskim. Urodzony w Łodzi absolwent tamtejszego uniwersytetu napisał już kilka książek, ale Mrok i mgła jest moim pierwszym kontaktem z jego prozą. I - mam nadzieję - nie ostatnim.

Rosja lat trzydziestych dwudziestego wieku. Sonia Buriagina jest przykładną młodą komunistką, w wieku siedemnastu lat zostaje przyjęta w poczet kandydatów do partii. Mieszka w Leningradzie, jest piękna i zdolna, przed nią wspaniała przyszłość. Niestety, niebawem jej życie gwałtownie się zmienia - wszystko za sprawą Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego, szerzej znanego jako Józef Stalin. Ten jakże ambitny polityk pragnie zagarnąć dla siebie maksimum władzy oraz pozbyć się wszelkich przeciwników.

Nie jesteś Stalinem - rzekł. - Nawet ja nie jestem Stalinem. Stalin to idea. To wyobrażenie milionów o wielkim wszechpotężnym władcy. [str. 380]

Rozpoczynając lekturę Mroku i mgły, nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Po pierwszych rozdziałach przeczuwałam, że będę miała do czynienia z romansem politycznym... czy czymś podobnym. Autor zaserwował mi jednak trwającą niemal dwadzieścia lat podróż przez komunistyczny, targany wojną i wewnętrznymi konfliktami Związek Radziecki. Szczęśliwych momentów jest tu niewiele, przerażają opisy sytuacji smutnych, przytłaczających i wręcz niewiarygodnych. Prezentowane na kartach powieści zachowanie Stalina, jego obsesja na punkcie eliminacji potencjalnie niebezpiecznych jednostek i chęć bezwzględnej dominacji ocierają się o absurd. Czytelnik ma jednak świadomość, że to szaleństwo doprowadziło do wielu nieszczęść, że opisywane w Mroku i mgle dramaty nie są zmyślone, że przed wieloma (z mojego punktu widzenia) laty każdy praworządny obywatel wspierający komunizm mógł zostać (oczywiście niesłusznie) oskarżony o zdradę, współudział w zdradzie, a przez to zesłany do łagrów lub z miejsca rozstrzelany... wraz z rodziną...
Gdy zakończyłam lekturę, uznałam, że przedstawiona przez Türschmida Rosja nadawałaby się na świat przedstawiony niejednej młodzieżowej antyutopii. Jeśli czytaliście tego typu książki, macie mniej więcej pojęcie, co czeka Was w Mroku i mgle - z tą różnicą, że Leningrad, komunizm i NKWD istniały naprawdę.

Pani książka zrobiła na mnie wielkie wrażenie, ale trudno mi wyobrazić sobie ten świat, który pani opisała, a co za tym idzie uwierzyć. [str. 430]

Wewnętrzne rozdarcie i absurdy Związku Radzieckiego czytelnik obserwuje oczami ambitnej Sonii Buriaginy, której życie staje na głowie, a poglądy ulegają powolnej, ale nieubłaganej zmianie. Dziewczyna początkowo nie chce wierzyć w to, co widzi wokół siebie. Jako siedemnastka przepełniona była wzniosłymi ideami, wierzyła w słuszność komunizmu oraz wspaniałość władz. Na ponad czterystu stronach Mroku i mgły obserwujemy niesamowitą przemianę panny Buriaginy. Krok po kroku, dzień po dniu i tydzień po tygodniu, zaczyna inaczej spoglądać na otaczający ją świat. Niemała w tym zasługa tragedii, które dotykają jej najbliższych. Dziewczyna sama sobie zadaje pytanie, czy sytuacja polityczno-obyczajowa tak bardzo by ją interesowała, gdyby nie doświadczyła tak licznych okropieństw i żyła dostatnio, jak przed wojną. (Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, pragnąc zachęcić Was do lektury oraz do chwili autorefleksji.) Obserwowana w recenzowanej powieści wewnętrzna transformacja mogłaby konkurować z osławioną w Dziadach przemianą Gustawa w Konrada (chyba udzielił mi się maturalny klimat).

Zdała sobie sprawę, że choć nadal jest członkiem partii - jej poglądy są już daleko poza partią. Ale od partii nie było ucieczki. Wystąpić z niej byłoby samobójstwem. [str. 145]

Mrok i mgła to dwa równolegle prowadzone wątki, które raczej się nie splatają, ale w niemałym stopniu na siebie wpływają. Rozdziały poświęcone Sonii przeplatają się z tymi o Stalinie i znacznie się od nich różnią. Czytając o młodej Buriaginie, współodczuwamy jej strach i zdumienie otaczającą sytuacją. Natomiast fragmenty o radzieckim przywódcy są pełne coraz to nowych nazwisk, intryg, kłamstw i przekrętów - czyli wszystkiego tego, co wcześniej czy później prowadzi do dezorganizacji i upadku. Nie jest tajemnicą, że śmierć Stalina zasmuciła i uradowała mniej więcej jednakową ilość osób; może nawet tych drugich było więcej? Jeśli zastanawiał Was ten stan rzeczy, Mrok i mgła co nieco Was oświeci.
Lektura Mroku i mgły - całkowicie przypadkowo - zbiegła się w czasie z lekturą Czasu beboka. Czemu o tym wspominam? Mrok i mgła kończy się niemal w tym samym momencie, gdy zaczyna się powieść R.A. Antoniusa - w chwili śmierci Stalina. Łącząc ze sobą te dwie powieści - w gruncie rzeczy podobne, bo ukazujące wojnę i zmiany ustrojowe z perspektywy szarego, niepowiązanego z polityką człowieka - otrzymałam niesamowitą mieszankę, która przedstawiła mi dwa zupełnie odmienne oblicza Iosifa Wissarionowicza i uprawianej przez niego polityki.

Ja nie mam żadnych marzeń. W ogóle nie marzę. Mam plany do zrealizowania. [str. 35]

Czy warto przeczytać Mrok i mgłę? Tak, zdecydowanie tak. To powieść wstrząsająca, zapadająca w pamięć, ukazująca jednostkę zmuszoną do egzystencji w realiach skrajnie nieprzyjaznych i, stety niestety, poparta liczbami. Nadaje się zarówno dla czytelników dorosłych, jak i młodzieży (dzięki dojrzewającej bohaterce i popularno-dystopijnym klimatom). Moim zdaniem, absolutny must read. Gorąco polecam!
Ocena końcowa: 6-/6
Polecam: każdemu
Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję Wydawnictwu Rebis
http://www.rebis.com.pl

Tytuł: Mrok i mgła
Autor: Stefan Türschmid
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 5 maja 2015
Ilość stron: 448
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Klucznik na kwiecień - Dziewczęta i kobiety, Książka w książce

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" - E.L. James

E.L. James to, przynajmniej na razie, autorka jednego przeboju - ale nie byle jakiego. Mam wrażenie, że w Polsce nie ma osoby - choćby umiarkowanie zainteresowanej literaturą - która nie znałaby tytułu Pięćdziesiąt twarzy Greya. Ze znajomością treści jest już nieco gorzej, bo wiele osób uznaje, że nie zamierza tracić czasu na lekturę "tego czegoś". A ja postanowiłam ten czas potracić...

Anastasia Steele przymierza się do ukończenia studiów, gdy zostaje poproszona przez swoją przyjaciółkę i współlokatorkę Katherine o przeprowadzenie wywiadu z bogatym biznesmenem, Christianem Greyem. Przystojny mężczyzna robi na Anie ogromne wrażenie, ale przecież ktoś taki jak on nie zainteresowałby się kimś takim jak ona... prawda? Wprost przeciwnie, Grey zaczyna kręcić się wokół panny Steele, spędzać z nią coraz więcej czasu, martwić się o nią... ale trzyma dziewczynę na dystans. Jaki mroczny sekret może skrywać to piękne oblicze?

Mniej więcej jedna trzecia książki to przewidywalne zagrania mające doprowadzić do ujawnienia wspomnianego powyżej sekretu i okrutnie naiwne rozważania Anastasii, czy Grey mógłby ją pokochać. Później, gdy wielka tajemnica zostaje obnażona... wcale nie robi się ciekawiej. Owszem, na kartach powieści pojawiają się sceny erotyczne (liczne, liczne powiadam), ale poza nimi wieje nudą. Pięćdziesiąt twarzy Greya, które na początku próbowało udawać, że posiada jakąkolwiek rozsądną fabułę, z czasem porzuca wszelkie pozory, a czytelnik otrzymuje jasny komunikat: w tej książce chodzi o pieprzenie.

Główna bohaterka to jedna z najgłupszych, najbardziej naiwnych postaci, o jakich czytałam ostatnimi czasy. Gdy Grey daje jej do zrozumienia, że jest dla niego tylko zabawką, ona uparcie wmawia sobie, że to jest miłość. Kiedy on chce spróbować "czegoś więcej" (uwielbiam to określenie), ona się cieszy, ale w tę miłość zaczyna wątpić. Nie zliczę, ile razy przewracałam oczami, gdy autorka raczyła mnie rozbudowanymi wewnętrznymi monologami swojej bohaterki. Po dwudziestojednoletniej absolwentce uczelni wyższej (omen nomen, mojej rówieśniczce) spodziewałabym się znacznie dojrzalszego zachowania. A może jej zachowanie to kwestia braku komputera? (Poważnie, Anastasia swojego pierwszego laptopa dostała od Greya... jak, JAK ona zdołała skończyć studia?) Niesamowity pan Grey także mnie nie zachwycił - tym szczególniej, że E.L. James chyba nie miała pomysłu na uzasadnienie jego specyficznych erotycznych... fetyszy. Niemniej jego kreację uznaję za nieco lepszą od Anastasii.
Związek Anastasii i Christiana nosił - moim zdaniem - znamiona syndromu sztokholmskiego. Każdy, kto mniej więcej orientuje się w fabule, powinien się ze mną zgodzić w tej kwestii. Nie sądzę, by jakakolwiek "normalna" dziewczyna nie protestowała wobec takiego traktowania. Nawet ze strony tak boskiego mężczyzny, jakim był Christian Grey.

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że Pięćdziesiąt twarzy Greya jako erotyk ma szanse się obronić. Nie czytuję tego typu utworów, ale opisy tego są dość szczegółowe i oddziałują na wyobraźnię. Dość szczęśliwie (?) to Anastasia jest narratorką, a jako dziewczyna spokojna i dobrze wychowana (?) nie używa wulgarnych określeń. Gdyby tę historię relacjonowała nam bardziej ekspresyjna postać, powieść mogłaby być nie do strawienia.
Podczas lektury zastanawiałam się, w czym tkwił fenomen tej trylogii. Odpowiedź poznałam. I okazała się ona doprawdy prozaiczna. Autorka sięgnęła wgłąb siebie i spisała najgłębiej skrywane marzenia przeciętnej kobiety: zdobycie przystojnego, bogatego i opiekuńczego mężczyzny oraz urozmaicone życie erotyczne. Pal licho, że bohaterowie są płytcy, a Anastasia zachowuje się, jakby miała dziesięć lat. To nic, że pod fabularnym względem Pięćdziesiąt twarzy Greya prezentuje się gorzej niż Zmierzch (nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę!). Grunt, że E.L. James napisała opowieść, w której realiach chciałaby się znaleźć niemal każda kobieta.

Czy warto zawracać sobie głowę Pięćdziesięcioma twarzami Greya? Myślę, że niekoniecznie. Na rynku dostępne są lepsze romanse eroty powieści new adult, które oprócz namiętności zawierają w sobie jakąś fabułę (na przykład trylogia S.C. Stephens, której trzeci tom chcę niebawem przeczytać, a recenzję drugiego tomu znajdziecie tutaj). Tego typu twórczość mogłaby spokojnie zawisnąć na blogu lub poleżeć w szufladzie, by sprawiać autorce przyjemność w wolnych chwilach, a nie zatruwać umysły czytelników i czytelniczek na całym świecie. Po kolejne części raczej nie sięgnę, ale czuję się - w pewnym sensie - spełniona, ponieważ przeczytałam książkę "wyklętą" przez innych recenzentów :)
Ocena końcowa: 3/6
Polecam: miłośniczkom mocniejszych romansów

Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya (org. Fifty Shades of Grey)
Autor: E.L. James
Seria: Pięćdziesiąt odcieni #1
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 14 stycznia 2015 r. (premiera: maj 2011)
Ilość stron: 606
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - W tytule jest kolor
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka ze złymi recenzjami
3. Klucznik na kwiecień - Dziewczęta i kobiety; Książka w książce

niedziela, 26 kwietnia 2015

Gdzie ta polska wersja? #26


Messenger of Fear - Michael Grant



Pamiętałam swoje imię - Mara. Ale gdy stałam w tym przerażającym miejscu, przed ponurym młodzieńcem w czarnym płaszczu ze srebrnymi guzikami w kształcie czaszek, nie pamiętałam nic więcej.
Wtedy zaczęła się gra.
Posłaniec widzi mrok w młodych sercach i zło, jakie wyrządza na świecie. Gdy dopadnie delikwenta, proponuje mu grę. Jeśli wygra, może odejść wolno. Jeśli przegra, przeżyje swój największy koszmar. 
Co to ma wspólnego z Marą? Tego właśnie się dowie...
Co to jest? Pierwszy tom nowej serii Michaela Granta.
Dlaczego? Michael Grant zdobył moje uznanie, pisząc sześć tomów GONE: Zniknęli. Wszystkie książki zajęły szczególe miejsce w moim sercu i niecierpliwie wypatruję kolejnych dzieł autora.
Szanse na wydanie? Wysokie. Wydaje mi się, że jakiś czas temu Jaguar przymierzał się do wydania tej książki w Polsce, choć teraz nie mogę znaleźć potwierdzenia tych wieści.

Czytaliście GONE? Podobało Wam się? Myślicie, że Messenger of Fear miałby szanse na zdobycie Waszego zainteresowani?
Miłej niedzieli!

środa, 22 kwietnia 2015

[W dniu premiery] "Czas beboka" - Richard A. Antonius

Ryszard Antoniszczak (znany także jako Richard A. Antonius) to scenarzysta teatralny i filmowy, plastyk, twórca postaci Miki Mola oraz autor książek o Qanarii, ósmej Wyspie na Atlantyku. Jego ostatnie dzieło bardziej skupiło się na rzeczywistości. Czas beboka to bowiem historia, która mogłaby znaleźć się w niejednym pamiętniku. Udajmy się zatem w podróż...

...do Katowic początku roku 1953. Głównym bohaterem Czasu beboka jest Adaś - dziesięcioletni, niezbyt pilny uczeń, syn oddanego działacza partyjnego i chłodno patrzącej na polityczną rzeczywistość kobiety. Powieść jest zapisem życia tego młodego człowieka. Życia pełnego zabawy, tajemnic, konfliktów na linii dziecko - rodzic i dziecko - inne dzieci oraz najróżniejszych... beboków.

Mogłoby się wydawać, że to książka o niczym. W pewnym sensie jest to prawda, ponieważCzasie beboka nie ma właściwie żadnego konfliktu, wokół którego kręciłaby się akcja. Autor rzucił chłopca na Śląsk, obdarzył niesamowitym zmysłem obserwacji rzeczywistości i umiejętnością logicznego myślenia oraz rodzicami, którzy różnią się jak ogień od wody. W drugiej części tomu pojawia się lekki rys fabularny, a także element charakterystyczny dla prozy Bułhakowa, czyli magia. Moim zdaniem niepotrzebnie, ale ten zabieg w logiczny sposób (o ile w przypadku magii można mówić o logice) doprowadził do zakończenia, które w innych okolicznościach mogłoby wydawać się naciągane. Niemniej nieco się na nim zawiodłam. Autor przełamał najróżniejsze schematy i zagrał na sercach swoich czytelników, a także głównego bohatera. Takiego finiszu po ponad siedmiuset stronach się nie spodziewałam!

Na kartach Czasu beboka pojawia się sporo postaci. Najważniejszy jest oczywiście Adam, bystry obserwator i niepoprawny podsłuchiwacz, sporo wiedzy czerpiący z zasłyszanych w mieszkaniu rozmów. Nietrudno się z nim utożsamić, zwłaszcza osobie nieznającej Katowic czy nie za dobrze zaznajomioną z historią Polski pod radziecką okupacją. O ile jednak dojrzalszy czytelnik dostrzeże mroki czy niedwuznaczności niektórych wydarzeń, dla chłopca stanowią one tylko zabawną lub przerażającą ciekawostkę.
Obok Adasia istotną rolę odgrywają rodzice: zapatrzony w politykę i w siebie ojciec, podobno pragnący dla swojego potomka jak najlepiej oraz kochająca, wyrozumiała matka, zawsze gotowa do obrony dziecka przed poglądami i większymi wybuchami złości męża. Dalej można wymienić szkolnego przyjaciela głównego bohatera, niejakiego Wieora Sidorenkę, będącego pod wieloma względami przeciwieństwem Adasia. Mniej istotną rolę odgrywają dziadkowie chłopca, jego nauczycielka od matematyki, dyrektor i wicedyrektorka, szkolna miłość, nowy kolega z klasy czy towarzysze i towarzyszki ojca. Żadnych wampirów, żadnych potworów, po prostu zwykli ludzie, jakich można spotkać na każdym kroku.

Czas beboka czytało mi się szybko i przyjemnie. Po pierwsze, dzięki sympatycznemu głównemu bohaterowi. Po drugie, dzięki częstym wzmiankom o mojej rodzinnej miejscowości (na kilka rozdziałów akcja przeniosła się nawet do Nowego Sącza lat pięćdziesiątych... dla mnie fajna sprawa). A po trzecie - i chyba najważniejsze - dzięki językowi! Wszechobecna gwara i kolokwializmy, czasem nawet wulgarne - obecne zarówno w dialogach i w narracji - pomogły mi przenieść się do Kato... Stalinogrodu tamtych lat i z dziecięcą radością poznawać ówczesną rzeczywistość.

Czas beboka to książka gruba, ale zdecydowanie warta czasu i zainteresowania. Pod pewnymi względami podobna do Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa czy Lalki Prusa, ale posiadająca zdecydowanie bardziej "swojski" klimat. To sympatyczna, lekka w odbiorze powieść obyczajowa z lekkim wątkiem nadnaturalnym. Pozycja obowiązkowa dla miłośników twórczości wyżej wymienionych prozaików, ale także osób przepadających za pozornie spokojnymi i nudnymi historiami obyczajowymi z drugim dnem.
Ocena końcowa: 5/6
Polecam: miłośnikom prozy Bułhakowa, Prusa; ceniącym powieści obyczajowe

Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję Wydawnictwo Muza
http://muza.com.pl

Tytuł: Czas beboka
Autor: Richard A. Antonius
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 22 kwietnia 2015 r.
Ilość stron: 734
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, której akcja rozgrywa się w twoim mieście
2. Klucznik na kwiecień - Książka w książce

niedziela, 19 kwietnia 2015

30 Day Book Challenge - dzień 20


Dzień 20 - Ulubiony romans
Witajcie! Jak być może wiecie, romansów w sensie stricte raczej nie czytuję. Elementy romantyczne obecne w literaturze young adult zasadniczo mi wystarczają. W większości utworów tego gatunku miłości jest tyle, że goodreadsowa półka "Romance" liczy ponad 70 pozycji - głównie YA.
Ale w dzisiejszym wyzwaniu chyba nie o to chodzi ;) Więc opowiem Wam co nieco o mojej ulubionej książce, której głównym wątkiem jest romans, czyli o...

Love, Rosie Cecelii Ahern
Nie oszukujmy się, to jest romans. Obudowany dramatem, komedią, spisany w nietypowej formie, ale jednak romans. Historia opowiada o dwójce przyjaciół, którzy znają się od dzieciństwa i nie dopuszczają do siebie myśli, iż przyjaźń mogłaby przerodzić się w coś więcej. Żywią do siebie cieplejsze uczucia, nie potrafią tego wyznać i cierpią, widząc, że ta druga osoba próbuje ułożyć sobie życie z kimś innym. (Do recenzji tej książki możecie przejść, klikając w tytuł powyżej.)
Dlaczego jest to mój ulubiony romans? Ponieważ miłość przedstawiono bardziej życiowo, bez przesadyzmu i piorunującej szybkości znanych z młodzieżówek czy Romea i Julii. Ponieważ bohaterów nie dało się nie lubić. Ponieważ bez problemu się z nimi zżyłam. Ponieważ bardzo chciałabym kiedyś przeżyć podobną historię.

Myślę, że pierwsze miejsce ex aequo mogłaby zająć...

Swobodna S.C. Stephens
To niby drugi z trzech tomów, pierwszego nie czytałam (ale mam kupiony). Niemniej historia mnie zainteresowała i rozgrzała wewnętrznie. Ta opowieść (a także cała trylogia - o ile się nie mylę) to zapis przeżyć Kiery, dziewczyny raczkującej gwiazdy rocka, Kellana. Bohaterka nie ma łatwo, musi radzić sobie z nieustanną zazdrością o boskiego chłopaka, ale ten świata poza nią nie widzi. (Recenzję Swobodnej możecie przeczytać, klikając na tytuł powyżej.)
Dlaczego lubię tę książkę? Ponieważ daje nadzieję, że prawdziwa, ślepa i bezgraniczna miłość istnieje. Ponieważ Kellan jest po prostu kochany. Ponieważ chyba każda dziewczyna chciałaby przeżyć podobną przygodę. Ponieważ nie sądziłam, że mi się spodoba, podchodziłam do niej raczej sceptycznie, a tu TAKA niespodzianka!

A jakie są Wasze ulubione romanse? Czytaliście coś spośród moich typów?
Miłej niedzieli!

piątek, 17 kwietnia 2015

Co by było, gdyby Katniss nie zastąpiła Prim podczas Dożynek? (Co by było gdyby...? #4)


Co by było, gdyby... Katniss nie zastąpiła Prim podczas Dożynek?
Igrzyska śmierci - Suzanne Collins
    Wykreowany przez Suzanne Collins świat, w którym młodzi ludzie zmuszani są do walki na śmierć i życie, a władzę sprawuje apodyktyczny i wyrachowany Prezydent Snow zdobył sobie wielu fanów. Może nie tyle świat, co opisujące go książki - zapewne za sprawą Katniss Everdeen, odważnej dziewczyny, która na ochotnika zgłosiła się do udziału w Igrzyskach, by ocalić wybraną w losowaniu młodszą siostrę Primrose. Dziś zastanowię co, jak mogłaby wyglądać ta trylogia (?), gdyby to Prim stanęła obok Peety na arenie.

    Primrose Everdeen nie posiada żadnych przydatnych na polu bitwy umiejętności, dysponuje za to sporymi pokładami empatii i zdolnościami leczniczymi. Jako jednostka nie ma szans na przeżycie, więc rozgląda się za sojusznikiem. Oczywistym kandydatem wydaje się Peeta, który z kolei polega głównie na swojej sile fizycznej. Zespół nieco słaby, więc bystra Prim rozgląda się za innymi sprzymierzeńcami. Co dość oczywiste, nie znajduje nikogo. Rozpoczynają się Igrzyska.
Prim, tak jak znana z powieści Rue, chce zwiększyć swoje szanse, nie wychylając się i ukrywając z dala od największych niebezpieczeństw. Można spokojnie założyć, że dziewczynki by się poznały, polubiły, ale spotkałby je raczej smutny los, tożsamy z losem Rue. Igrzyska wygrywa Caton (nie oszukujmy się, miał największe szanse).

    Katniss nie siedzi z założonymi rękami. Wraz z Galem próbuje nakłonić Dystrykt 12 do sprzeciwu, może nawet zbrojnego buntu wymierzonego w Kapitol. Jeden słaby, wyniszczony głodem Dystrykt nie ma jednak szans, więc jej zapędy szybko zostają stłamszone. Gdy Kat dowiaduje się o śmierci młodszej siostry, opuszcza Dystrykt i przez las udaje się do Jedenastki. Tam zdobywa poparcie dla swoich wywrotowych idei. Dwa najbiedniejsze Dystrykty wspólnie wszczynają bunt, który zostaje krwawo (ale po cichu) stłumiony. Nieliczni ocaleni rozpierzchają się po całym kraju, tworząc sieć wywrotowców i zdobywając kolejnych zwolenników. Zyskując poparcie większości Dystryktów (włącznie z Piątką rozwijającą technologię) buntownicy mają spore nadzieje na zwycięstwo. Rozpoczyna się walka, której wynik uważam za niepewny. Myślicie, że zjednoczone Dystrykty 5-10 miałyby szanse przeciwko Dystryktom 1-4 i Kapitolowi?

    Jak podoba się Wam taka wizja Igrzysk śmierci? Uważacie, że zdobyłaby sympatię porównywalną z oryginalną serią? Mnie wydaje się, że oryginalny pomysł Suzanne Collins jest o tyle lepszy, iż nie skazuje głównej bohaterki na pewną śmierć (Katniss mogła mieć szanse na zwycięstwo w turnieju, Prim niestety nie).

Oczywiście zachęcam Was do wspólnej zabawy. Chciałabym pozostać w klimacie dystopijnym, więc za dwa tygodnie odpowiem sobie na pytanie związane z inną młodzieżówką tego typu. Was także zachęcam do kreatywnego podejście do następującego momentu zwrotnego:

Niezgodna - Veronica Roth

Co by było, gdyby... System dowiedział się o niezgodności Beatrice w dniu testów?
Czas trwania: 17 kwietnia - 1 maja

Myślcie, wyobrażajcie sobie, piszcie i bawcie się dobrze!

środa, 15 kwietnia 2015

[przed premierą] "Pura Vida. Życie & śmierć Williama Walkera" - Patrick Deville

Patrick Deville to francuski pisarz, absolwent Uniwersytetu Nantejskiego. Mieszkał w wielu miejscach świata, ale w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wyjątkowo upodobał sobie Amerykę Środkową. Pura Vida. Życie i śmierci Williama Walkera to efekt właśnie takich podróży.

Rozumiemy teraz, dlaczego w krajach, w których niepewne są nawet normy antysejsmiczne, nie mówiąc już o wściekłych, regularnych erupcjach wulkanów i huraganach, nie warto tworzyć nienaruszalnych konstrukcji ideologicznych. I zamiast trzymać się sztywno myśli politycznej, należy zachować siłę i giętkość bambusa. [str. 136]

William Walker urodził się w Nashwille w maju 1824 roku, podjął studia medyczne i w wieku dziewiętnastu lat stał się kwalifikowanym lekarzem. Ale kto wyobraża sobie tak młodego lekarza? Młody człowiek zajął się więc dziennikarstwem i prawem. Kto wie, co nim kierowało, kiedy podejmował decyzję o zdobyciu władzy w jednej ze środkowoamerykańskich republik? Ciężko powiedzieć - ale efekt przerósł moje (i na pewno nie tylko moje) oczekiwania!

Kto służy rewolucji, ten jakby morze orał [str. 33]

Pura Vida to książka wielowątkowa i wymagająca od czytelnika skupienia. Lekturę zaczynamy 21 lutego 1997 roku, kiedy autor - czy też narrator - przebywa w Managui i zbiera materiały do swojej książki poświęconej Walkerowi. Przegląda gazety, dzieli się z nami informacjami z pierwszych stron. Pomiędzy to wplecione zostały dzieje innych środkowoamerykańskich "działaczy": Che Guevary, Che.50 czy generała George'a Byrona, niejako wzoru Waltera, ale to tylko niektóre ze sław. Na kartach tej książki pojawiło się naprawdę mnóstwo postaci, mnóstwo dat, mnóstwo wydarzeń i różnorakich opisów. Co w sumie tworzy dość spójny obraz Historii tamtego okresu, ale...
Niestety, w powieści panuje niesamowity chaos. Krótkie rozdziały "przerzucają" czytelnika w czasie i przestrzeni: dorzucają garstkę elementów do historii głównych postaci, po czym beztrosko przenoszą się o 100 lat do przodu / do tyłu, wracają do "teraźniejszości" czy zajmują się innym bohaterem. Można to traktować jednocześnie jako wadę i zaletę; wadę, bo dzieje historycznych figur zlewają się w jedno; zaletę, bo przypomina autentyczne, powolne i mozolne zbieranie faktów o czyimś życiu. Lektury nie ułatwiają długie, wielokrotnie złożone zdania, czasami wymagające kilkukrotnego czytania.

Każdego ranka zamieniamy się w olimpijskich bogów: od polityki międzynarodowej po strony sportowe ciekawe życie ludzi składane jest nam w ofierze całopalnej aż po najmniejszy szczegół, choć wyróżnikiem jest tu rodzaj czcionki, regułą zaś - składnia zdania, co przypomina wstęp do naszej własnej i tak bardzo godnej uwagi egzystencji(...). [str. 132]

Pura Vida, choć opowiada o ambitnym żołnierzu, nie jest książką o wojnie w sensie dosłownym. Sporo się w niej mówi o zbrojnych konfliktach i stratach związanych z wojną, ale opisy potyczek są nieliczne i mało barwne. Ta książka skłania raczej do refleksji nad bezsensem wojny - a przy okazji pokazuje zdolnego chłopaka, który ośmielił się pragnąć więcej niż inni. I, co ciekawsze, sporo z tych pragnień zrealizował.

O czym myślą ci, którzy wiedzą, że umrą, znają datę i godzinę? Czy o tym, po której stronie Historii stanęli - lub wydawało im się, że stanęli: dobrej czy złej? Jaki symbol zostawiają po sobie: dobra czy zła? [str. 219-220]

Pura Vida. Życie & śmierć Williama Walkera to lektura wymagająca skupienia, skomplikowana, wielowątkowa, ale wartościowa i wciągająca. Zwracająca uwagę na tragizm i bezsensowność wojny, polityk, pogoni za władzą. Pokazuje niesamowite dzieje ówczesnych "zwyczajnych" ludzi, w tym tytułowego żołnierza Williama Walkera. Dzieje na tyle niesamowite, że mogłyby uchodzić za fikcję. Dla zainteresowanych Ameryką wieku XVI czy XIX - pozycja obowiązkowa!
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: zainteresowanym historią Ameryki Środkowej

Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję wydawnictwo Noir Sur Blanc
http://www.noir.pl


Tytuł: Pura Vida. Życie & śmierć Williama Walkera
Auor: Patrick Deville
Wydawnictwo: Noir Sur Blanc
Data wydania: 16 kwietnia 2015 (premiera: luty 2005)
Ilość stron: 230

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

"Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania" - Katarzyna Bonda

Katarzyna Bonda do ceniona autorka kryminałów. Wychodząc naprzeciw rosnącemu zainteresowaniu pisarstwem, wydała poradnik dla początkujących autorów - Maszynę do pisania. Książkę, która ze względu na tematykę wzbudziła we mnie spore zainteresowanie, a jej wykonanie... przeczytajcie poniżej :)

Konstrukcja książki to nie tylko pomysł na historię. Każdy autor musi odpowiedzieć sobie na wiele pytań, choćby o charaktery postaci czy drogę, jaką muszą pokonać bohaterowie, by dotrzeć do celu. Jednocześnie każdy próbuje przełamywać schematy, być oryginalny i niepowtarzalny. (Jako czytelnicy doskonale wiemy, że obecnie coraz więcej książek dotyka tych samych tematów - ale nie o tym ta recenzja.) Katarzyna Bonda na łamach Maszyny do pisania wprowadza odbiorcę w świat pisarstwa. Krok po kroku prowadzi przez konstrukcję opowieści, bohaterów, świata przedstawionego i fabuły, wybór narratora, tworzenie dialogów (niby banał, ale naturalność w tej materii jest nieraz ciężka do osiągnięcia), a wreszcie przez redakcję i przygotowanie gotowego utworu do wysyłki.

Maszyna do pisania na pozór jest pełna truizmów i banałów, które niejeden Czytelnik wyśmieje i uzna za niewarte marnowania papieru i swojego cennego czasu. Faktycznie, autorka nie odkrywa Ameryki, ale stara się zachęcić odbiorcę do pisania, szukania inspiracji wokół siebie i nie poddawania się mimo przeciwności oraz blokad twórczych. Osobiście najwyżej oceniam dział poświęcony kreacji bohaterów. Szczególnie złożoną z czterdziestu dwóch punktów charakterystykę postaci, dzięki której żadna sytuacja - czy zaplanowana, czy spontaniczna, będąca efektem "życia" kreowanego bohatera - nie postawi początkującego pisarza pod ścianą z pytaniem "A on właściwie boi się pająków czy nie?" (przykład śmieszny, ale zwracający uwagę na detale).
Poradnik pani Bondy zawiera różne ćwiczenia uruchamiające wyobraźnię i kreatywność (np. przepisywanie jakiejś opowieści od pewnego momentu zwrotnego - czyli poniekąd moje Co by było, gdyby...?) oraz liczne listy wypunktowane, które czynią książkę bardziej "poradnikową". Każdy dział książki kończy podsumowanie - zlepek najważniejszych myśli na dany temat. Na kartach znajdziemy sporo odwołań do najróżniejszych utworów literackich - tych klasycznych i nieco nowszych, polskich i zagranicznych - które dobrze demonstrują to, o czym autorka pisze.

Maszyna do pisania pełna jest cennych wskazówek, ale jednocześnie przegadana. Gdyby wyrzucić z książki nic nie wnoszące (albo powtarzające myśli) linijki - a nieraz całe akapity - objętość znacznie by się zmniejszyła. Za pewien mankament uznaję także porady związane z konstrukcją fabuły. Katarzyna Bonda przedstawiła nam schematy, które występują w każdej opowieści od tysięcy lat, a tym samym - przynajmniej według mnie - zasugerowała, by się ich świadomie trzymać. Być może źle zinterpretowałam tę część Maszyny do pisania, ale moim zdaniem kreacja fabuł powinna być rzeczą indywidualną, nie znającą szablonu. Tworzona przeze mnie powieść (póki co obmyślana, szkicowana) zupełnie nie wpasowuje się w zaprezentowane w poradniku ramy - i mam wątpliwości, czy to zaleta, czy raczej wada mojej koncepcji...?

Maszyna do pisania to książka dobra dla grafomanów, którzy chcą (w końcu) napisać kompletną, przemyślaną książkę i, przy odrobinie szczęścia, ją wydać. Katarzyna Bonda udziela wskazówek, pomaga w tworzeniu bohatera, wyborze narracji i gatunku literackiego oraz motywuje do działania. Jeśli - tak jak ja - marzycie o publikacji swojej powieści oraz zdobyciu rzesz fanów, zapoznajcie się z poradnikiem pani Bondy, ale pamiętajcie, że to tylko poradnik. Bez Waszego zaangażowania, przełamywania schematów i mnóstwa samozaparcia Wasza książka pozostanie w sferze marzeń.
Ocena końcowa: 4/6
Polecam: początkującym pisarzom

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Muza
http://www.muza.com.pl

Tytuł: Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania
Autor: Katarzyna Bonda
Wydawnictwo: Muza SA
Data wydania: 4 lutego 2015 r.
Ilość stron: 319
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - Poradnik
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka, której autorem jest kobieta
3. Klucznik na kwiecień 2015 - Dziewczęta i kobiety; Książka w książce

niedziela, 12 kwietnia 2015

Gdzie ta polska wersja? #25


Girl of Nightmares - Kendare Blake



Minęło kilka miesięcy, odkąd duch Anny Korlov otworzył w piwnicy drzwi do Piekła i zniknął za nimi, ale łowca duchów Cas Lowood nie potrafi się z tym pogodzić. Przyjaciele przypominają mu, że Anna poświęciła się dla niego. Wie, że mają rację, ale według niego żadna dziewczyna nie może się równać ze zmarłą, którą pokochał.
Teraz wszędzie widzi Annę: czasami we śnie, a czasami w koszmarach, które go budzą. Ale coś jest nie tak... to nie są zwykłe sny. Anna jest torturowana, rozrywana i gorzej, ilekroć się pojawia. Cas nie wie, co stało się z Anną w piekle, ale wie, że nie zasłużyła na to, co ją spotyka. Ocaliła go kilka razy i nadeszła pory, by się odwdzięczyć.
Co to jest? Kontynuacja Anny we krwi.
Dlaczego? Dla pięknej okładki! A tak poważniej: Anna we krwi prezentowała niezłą historię, wyróżniającą się na tle innych młodzieżówek. Opis kontynuacji także zapowiada całkiem fajną opowieść, choć zalatującą z lekka wtórnością i banałem. I krwią.
Szanse na wydanie? Niskie. Pierwszy tom został u nas wydany nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka w 2012 roku, drugi tom ukazał się mniej więcej w tym samym czasie po angielsku. Jeśli mielibyśmy zobaczyć Girl of Nightmares po polsku, już raczej byśmy ją widzieli.

Czytaliście Annę we krwi? Podobało Wam się?
Miłej niedzieli!

piątek, 10 kwietnia 2015

Obecnie się czyta #28

Pięćdziesiąt twarzy Greya - E.L. James
Wprawdzie kiedyś obiecywałam sobie, że za Chiny Ludowe tego nie przeczytam. Bo pornol, bo brzydaśne, bo bez fabuły, bo wzorowane na Zmierzchu... Ale później pojawił się film (nie, nie oglądałam). Dowiedziałam się, że Fifty Shades of Grey sprzedało się lepiej niż Harry Potter... Musiałam na własnej skórze doświadczyć fenomenu pana Greya!
Póki co dewiacji nie doświadczyłam (ale książkę zaczęłam dzisiaj, więc niewiele przeczytałam). Poznałam dwudziestokilkuletnią Anastasię Steel (piękne imię, choć mentalność dziecka), jej rówieśniczkę Kate, dwóch zarywających do niej kolegów oraz niesamowitego, dwudziestosiedmioletniego pana Greya. Już wiem, że będzie to historia przesłodzona. Wyidealizowana. (Jeszcze nie wiem, jaki sekret skrywa Grey - a przynajmniej tak uznajmy.)
Swoją drogą - ta książka ma 606 stron! Masakra, dawno tak opasłego tomiszcza nie czytałam! No, przynajmniej stron ma dużo, bo waga to raczej piórkowa.
Postęp: 15%

Co Wy obecnie czytacie? Czytaliście / zamierzacie czytać o przygodach Anastasii S. i Christiana G.? Czy jednak nie dacie się przekonać "bo nie"?

środa, 8 kwietnia 2015

"Odłamki" - Ismet Prcić

Wojna w Bośni i Hercegowinie, datowana na lata 1992-1996, uznawana jest za najkrwawszy europejski konflikt od czasów II wojny światowej. Ismet Prcić, autor Odłamków, przetrwał to piekło i zechciał podzielić się z innymi swoją historią. Historią przerażającą i skłaniającą do refleksji.

Ismet Prcić kocha teatr, kobiety i wino. Jest raczej strachliwy, często wykorzystuje swój podstęp i determinację, by dotrzeć do celu. Udaje mu się opuścić targaną wojną Bośnię jeszcze przed przymusowym poborem do wojska. Mustafa Nalić to jego przeciwieństwo, chłopak bitny, chętnie wykorzystujący mięśnie i obdarzony walecznym sercem. Rwie się do walki, chce wspomóc bośniacką armię. Gdy rozpoczyna się wspomniana wojna, mają mniej niż dwadzieścia lat. I choć bardzo się od siebie różnią, ich losy zdają się w pewien sposób powiązane.

(...) teraźniejszości nie dało się wytłumaczyć w uproszczonych kategoriach przeszłości i teraźniejszości. Teraźniejszość była zagmatwana. Teraźniejszość była strzaskana, a następnie pomieszana. Strzaskana, zmiażdżona i pomieszana. [str. 387]

Odłamków nie mogę oceniać pod względem fabularnym. Być może autor przemycił w nich jakieś fikcyjne elementy, ale znakomita większość utworu jest oparta na faktach. Ismet Prcić bardzo przekonująco przedstawił ogrom ludzkiego cierpienia, jaki towarzyszy wojnom. Ale autor pisze nie tylko o konflikcie zbrojnym: w swojej powieści porusza także problemy rodzinne, emocjonalne, związane z dorastaniem (takim normalnym, niekonieczne splamionym wojną) czy tożsamością emigranta. Odłamki to historia kompletna, przez ukazanie "normalności" bohaterów zyskująca jeszcze na dramatyzmie. Dawno nie spotkałam się z tak poruszającym obrazem wojny - widzianej z perspektywy cywila oraz wojskowego. Tutaj nic nie jest pewne, a śmierć zdaje się czaić za każdym rogiem.
W powieści panuje chaos, stosowane są przeróżne formy narracji, czytelnik nieraz zmuszany jest to skupienia uwagi, by nie zagubić się w gąszczu wydarzeń.

Główni bohaterowie - Ismet i Mustafa - stanowią dla czytelnika zagadkę. Ich losy splatają się w dziwny sposób, wydają się ze sobą mocno powiązane. Ciężko mi powiedzieć, które elementy tej historii są autobiografią Ismeta Prcića: być może te, które dotyczą bohatera o tym imieniu, a być może te drugie, opisujące losy Mustafy (żeby nie było to zbyt oczywiste). Prawda leży pewnie pośrodku, a autor podzielił swoje losy pomiędzy dwóch niespokrewnionych ze sobą chłopców mężczyzn.

Więc chodzili w kółko z tymi... workami szrapneli, porównywali, wymieniali się, sam rozumiesz. (...) Wydawało mu się, że jest w stanie odtworzyć pocisk, zebrawszy wszystkie odłamki. Wariat! [str. 393]

Odłamki to powieść o wojnie, dramacie ludzkim, ale niepozbawiona humoru. Autor przemycił dość sporo komizmu, sytuacyjnego i słownego, co - wbrew pozorom - wydaje się jak najbardziej na miejscu. W utworze często pojawiają się wulgaryzmy, które także działają na korzyść powieści, dodając jej realizmu.

Odłamki przedstawiają smutną, tragiczną historię dwóch - a może tylko jednego? - młodych mężczyzn. Ukazują wojnę jako zjawisko okropne, niszczące miasta, kraje, ale także psychikę ludzi. Czytadło poruszające, ale warte przeczytania. Nie dla rozrywki, nie dla odprężenia, ale dla "pogłębienia siebie" i poznania prawdziwego oblicza wojny. Polecam.
Ocena końcowa: 6-/6
Polecam: każdemu

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non
http://www.wsqn.pl

Tytuł: Odłamki (org.Shards)
Autor: Ismet Prcić
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 18 marca 2015 r. (premiera: październik 2011)
Ilość stron: 430
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - Akcja rozgrywa się podczas wojny
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka oparta na prawdziwej historii

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

[przed premierą] "Pół króla" - Joe Abercrombie

Joe Abercrombie polskiemu czytelnikowi może być znany dzięki powieściom Zemsta najlepiej smakuje na zimno, Bohaterowie czy trylogii Pierwsze prawo. To utwory fantasy skierowane - tak jak proza G.R.R. Martina - do starszych czytelników. W lipcu 2014 roku światło dzienne ujrzał pierwszy tom młodzieżowego fantasy jego pióra, czyli recenzowane dzisiaj Pół króla.

Wszyscy musimy jak najlepiej stawiać czoło wyzwaniom, jakie stawiają przed nami bogowie. (str. 52)

Piętnastoletni Yarvi marzy o zostaniu ministrem, pomocnikiem króla. Choć jego szanse na zdobycie korony Gettlandu są względnie spore (ma tylko jednego starszego brata), chłopak nawet o tym nie myśli - jest bowiem kaleką, a jako taki nie zyskałby należnego monarsze szacunku. Niespodzianie jego król-ojciec i starszy brat giną, los zmusza Yarviego do zajęcia Czarnego Tronu. Nie dane mu jest pomścić śmierci najbliższych, ponieważ sam umiera - przynajmniej dla swoich poddanych. Pod przybranym imieniem Yorv trafia pomiędzy niewolników, a później wioślarzy. I choć coraz bardziej oddala się od rodzinnych ziem, nie przestaje myśleć o zemście na zabójcach ojca, brata i siebie samego.

Mądry minister, który ma samych nieprzyjaciół, każdego pokona z pomocą jeszcze gorszego wroga. (str. 166)

Pół króla ukazuje czytelnikom drogę, jaką przebywa młody, kaleki człowiek, by spełnić swoje pragnienia. Wszystko to osadzone zostało w fantastycznej krainie przypominającej rejony Morza Bałtyckiego. Mamy Morze Drzazg, wokół którego rozmieszczone są różnorakie krainy - na północy te zimniejsze, nieprzystępne, na południu te o bardziej sprzyjającym klimacie. Każdy kraj posiada osobnego władcę, osobny skarbiec i osobną armię, ale wszyscy królowie poddani są Najwyższemu Królowi. Przy każdym władcy tkwi minister, który "namawia, łudzi, nakłania, doradza, ale przede wszystkim (...) jest posłuszny" (Pół króla, str. 370). Autor nakreślił także religijny rys swojego świata, który - póki co - wydaje mi się zbędny; może w przyszłości zyska na fabularnym znaczniu.
Niestety, Joe Abercrombie nie zaskoczył mnie tak, jak się tego spodziewałam. Owszem, podziwiałam przebiegłość i umiejętność logicznego myślenia, które cechowały Yarviego oraz dobrze bawiłam się podczas lektury jego przygód, ale czegoś mi zabrakło. Dość szybko rozgryzłam sekret, który prawdopodobnie miał mnie zwalić z nóg. Pospiesznie przymknięty w ostatnich rozdziałach wątek konfliktu Gettlandu z sąsiednim królestwem pozostawił we mnie ogromny niedosyt. A jednocześnie zagadka ujawniona na sam koniec tomu autentycznie mnie zaskoczyła - zupełnie nie podejrzewałam jej istnienia! Ciekawa jestem, co autor przygotował w kolejnej części.

Tak naprawdę chciał powiedzieć, że nie jest dość odważny, ale nie był dość odważny, aby się do tego przyznać. (str. 13)

Yarvi zdobył moją sympatię niemal od pierwszych stron Pół króla. Los nie był dla niego łaskawy, obdarzył go wspaniałym starszym bratem, przenikliwym umysłem i źle ukształtowaną lewą ręką. Na przekór wszystkiemu chłopak rósł w siłę, zarówno fizyczną i mentalną, by w ostatnich rozdziałach czytelnika - a także innych bohaterów - zaskoczyć. Jego towarzysze, których tożsamości nie zdradzę, zostali zarysowani znacznie mniej wyraziście, właściwie niczego się o nich nie dowiedzieliśmy - a szkoda, bo każdy niewolnik może posiadać własną, niepowtarzalną historię wzbogacającą uniwersum. Zawiodłam się na "płaskości" niektórych postaci - głównie tych złych, pozbawionych jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego.

Zapamiętaj raz na zawsze: silnych mężczyzn jest co niemiara, a mądrych niewielu. (str. 14)

W powieści Abercrombiego najbardziej brakowało mi barwnych opisów. Wykreowany przez niego fantastyczny świat aż prosił się o dokładniejsze opisanie. Tymczasem nie poznajemy nawet wyglądu głównego bohatera, choć inne postacie zostały mniej więcej zarysowane. Relacje z potyczek są względnie szczegółowe, ale chciałam nieco lepiej poznać świat, w którym rozgrywa się akcja. Być może miał to być ukłon w stronę młodszych odbiorców - rówieśników Yarviego - którzy w tego typu książkach szukają raczej akcji a nie tolkienowskich (nudnych?) opisów.

Głupi jest niewolnikiem gniewu(...). Mądry umie gniew wykorzystać. (str. 28)

Pół króla to dobra powieść fantasy, choć skierowana raczej do młodzieży. W przystępny sposób przekazuje ważne, ponadczasowe mądrości: o przyjaźni, kolejach losu i zmianach, jakie można wprowadzić dzięki odpowiednio ukierunkowanemu uporowi. Jako osoba nieco przewyższająca wiekiem "target", uznaję utwór za odrobinę przewidywalny i schematyczny, niemniej pełen wspaniałych cytatów (kilka urozmaica tę recenzję). Jeśli macie ochotę na krótką, ale pełną przygód i mądrości podróż po fantastycznym świecie, nie wahajcie się i przeczytajcie Pół króla - bez względu na wiek :)
Ocena końcowa: 4+/6
Polecam: młodzieży; fanom powieści fantasy

Głupiec uderza od razu (...). Mądry się uśmiecha, obserwuje i zapamiętuje. A dopiero potem zadaje cios. (str. 123)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Rebis
http://rebis.com.pl

Tytuł: Pół króla (org. Half a King)
Autor: Joe Abercrombie
Seria: Morze Drzazg #1
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 7 kwietnia 2015 r. (premiera: lipiec 2014)
Ilość stron: 400
Recenzja realizuje wyzwania:
1. Książkowe wyzwanie 2015 - Została wydana w 2015
2. Wyzwanie czytelnicze 2015 - Książka w numerem w tytule

piątek, 3 kwietnia 2015

Co by było, gdyby Rosie wyjechała na studia hotelarskie do Bostonu? (Co by było, gdyby...? #3)


Co by było, gdyby... Rosie mimo wszystko pojechała na studia hotelarskie do Bostonu?
Love, Rosie - Cecelia Ahern
    Przypuszczam, że nie jestem jedyną osobą, która ubolewała nad rezygnacją Rosie z nauki w Bostonie. Rozumiem, że akcja powieści osadzona była w innych czasach, kiedy "brzuchate" studentki mogły mieć bardziej pod górkę niż obecnie. Podczas lektury zastanawiałam się, co by było, gdyby panna Dunne jednak zdecydowała się na podróż do Ameryki. Popuśćmy zatem wodze fantazji...

    Rosie dołącza do Alexa w Bostonie. Jak na dobrych przyjaciół przystało, wynajmują wspólne mieszkanie i rozpoczynają naukę. Młoda Dunne, choć znajomi i wykładowcy traktują ją z rezerwą i lekkim lekceważeniem, pilnie się uczy. Aż do dnia porodu. Kiedy na świat przychodzi jej dziecko, dziewczyna zaczyna mieć problemy z dzieleniem czasu pomiędzy studia i noworodka. Alex dzielnie próbuje jej pomóc, ale on także ma sporo obowiązków związanych z uczelnią. W mieszkaniu pojawia się niańka, która dba o dziecko, gdy obydwoje przebywają poza domem. Kiedy Alex poznaje Sally (i jakoś przekonuje ją, że dzieciak nie jest jego), wyprowadza się od Rosie i młoda mama zostaje sama. Po ukończeniu studiów podejmuje pracę w jakimś amerykańskim hotelu, ale niebawem wraca do Dublina, do rodziców, i zaczyna planować utworzenie własnego pensjonatu. Utrzymuje kontakt z Alexem.
Obawiam się, że ciąg dalszy diametralnie różniłby się od książkowego pierwowzoru, bo w Bostonie nie ma Ruby, która nieustannie popychała Rosie do działania. Choć może w amerykańskiej metropolii znalazłaby się jakaś godna następczyni? Na przykład wzmiankowana niańka? :D

    Inny wariant zakłada zamieszkanie bohaterów osobno, tak jak to było w Dublinie. Każde z nich ma swoje życie, swoje problemy, swoje miłości. Alex i Rosie spotykają się często, nadal się wspierają, ale nie mają okazji tak naprawdę do siebie zatęsknić. Każde z nich znajduje swoją drugą połówkę, Rosie pracuje w branży hotelarskiej gdzieś w Bostonie, później rozkręca swój hotelarski biznes (w mieście lub okolicach). Para bohaterów pozostaje ze sobą w nieustannym kontakcie i wiecznej przyjaźni.

    Zgadzacie się z moją opinią na temat alternatywnych losów tej pary? Jak zauważyliście, przewidywałam zupełnie inny bieg wydarzeń, niż zaplanowała autorka. Uważacie, że mimo wszystko los uśmiechnąłby się do Alexa i Rosie? Albo przeciwnie, ktoś nie wyszedłby z tego cało? Czekam na Wasze zdanie w tej sprawie :)

Oczywiście zachęcam Was do wspólnej zabawy. Za dwa tygodnie odpowiem sobie na poniższe pytanie. Was także zachęcam do kreatywnego podejście do następującego momentu zwrotnego:

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins

Co by było, gdyby... Katniss nie zastąpiła Prim podczas Dożynek?
Czas trwania: 3 kwietnia - 16 kwietnia

Myślcie, wyobrażajcie sobie, piszcie i bawcie się dobrze!

środa, 1 kwietnia 2015

"Once Upon a Time in Wonderland" - Czytadła serialowo #2

    Alicja wróciła do domu. Nie potrafiła zapomnieć o swoich przygodach w Krainie Czarów, a zwłaszcza o znalezionym tam ukochanym, Cyrusie, który - na jej oczach - został zabity przez Czerwoną Królową. Rodzina wysyła ją do ośrodka dla obłąkanych. Dziewczyna już, już ma poddać się eksperymentalnej metodzie leczenia, gdy w azylu pojawiają się Biały Królik i Walet Kier. Twierdzą, że Cyrus nie umarł, a Alicja musi wrócić do Krainy Czarów. Tak właśnie zaczyna się niesamowita, porywająca opowieść przedstawiona w serialu produkcji ABC, Once Upon a Time in Wonderland.
    Once Upon a Time in Wonderland, co zapewne wywnioskowaliście z powyższego opisu, bazuje na pomyśle Lewisa Carrolla, ale ukazuje rzeczywistość zupełnie odmienną od tej, którą znamy z książek. Po pierwsze, w serialu sporą rolę odgrywają postacie, których w Alicji w Krainie Czarów zwyczajnie nie było - i być nie mogło. Mówię tu o Dżafarze, potężnym i nikczemnym magu, którego fani Disneya na pewno kojarzą z Alladyna. Innym nawiązaniem do tej opowieści są dżinny (dżinnowie?) zamknięte w butelkach, spełniające trzy życzenia. Na osobach znających "pierwowzór", czyli Once Upon a Time, taki zabieg zapewne nie robi wrażenia, ale ja swoją przygodę z tym uniwersum zaczęłam właśnie od Krainy Czarów. Absolutnie tego nie żałuję! Po drugie, nawet ci dobrze znani bohaterowie są zupełnie inni niż książkowe pierwowzory. Alicja nie jest już małą dziewczynką, Królik rzadko gdzieś się spieszy, a Czerwona Królowa... no, ona na pozór pozostała bez zmian.
    O co w ogóle chodzi w Once Upon a Time in Wonderland? Alicja próbuje odnaleźć i uwolnić ukochanego Cyrusa. To jednak nie wszystko, bo twórcy zaserwowali widzom wiele niespodzianek fabularnych. Nie udało im się uniknąć pewnego schematu: Alicja trafia na problem - Alicja wędruje, by problem rozwiązać - Alicja rozwiązuje problem - przed Alicją pojawia się kolejny problem. I tak w kółko. Schemat pozornie nużący, ale dzięki kreatywności twórców absolutnie nie nudziłam się podczas seansu. Niespodzianka goni niespodziankę, poznajemy drugą / trzecią twarz doskonale znanej postaci, dowiadujemy się czegoś o motywach działania, o przeszłości... Niesamowita sprawa!
    Serialowa Alicja ani trochę nie przypomina Alicji książkowej. Wyrosła, stała się odważna, kreatywna, potrafi doskonale walczyć. Ta zmiana bardzo mi się spodobała, ale bohaterka sama w sobie nie zdobyła mojego uznania. Dziewczyna jest chaotyczna, niezdecydowana, nieraz naiwna. Dobrym wsparciem dla niej okazał się Walet Kier (zwany też Willem Sclarlett - Szkarłatnym), oziębły, może mniej bystry, ale oddany i wierny. Will okazuje się postacią znacznie bardziej złożoną, niż można podejrzewać. Tę postać polubiłam szybko i do samego końca serialu sympatia ta wzrastała - ciężko było się z nim rozstać w ostatnim epizodzie. Warto wspomnieć co nieco o Cyrusie, którego w oryginalnej Alicji w Krainie Czarów nie było. To dżinn, uroczy i słodki, odważny i uparty, zapatrzony w Alicję jak w obrazek. Związek pomiędzy tą dwójką przedstawiono zdecydowanie zbyt idealnie, na szczęście oszczędzono nam zbyt ckliwego okazywania czułości.
    Ogromnym zaskoczeniem dla mnie okazała się Czerwona Królowa - dziewczyna bezwzględna, zapatrzona w siebie, a jednak... podobnie jak Walet, skrywająca ogromną tajemnicę. Nawet Dżafara, potężnego i bezwzględnego maga pożądającego całej władzy dla siebie, scenarzyści przedstawili wielowymiarowo. Nie twierdzę, że jego zachowanie zawsze było racjonalne (wręcz przeciwnie), ale konstrukcja jego osobowości mnie zachwyciła.
    Bardzo spodobało mi się, że w serialu nikt nie jest całkowicie dobry ani całkowicie zły. Tak jak w prawdziwym świecie, w Krainie Czarów charaktery są najczęściej szare, z mniejszą lub większą domieszką czerni.

    W obsadzie Once Upon a Time in Wonderland nie znalazłam znajomych twarzy. Ani nawet podobnych do znajomych (okej, Ben Cotton, grający w serialu drugie skrzypce, przypominał mi Benedicta Cumberbatcha, ale tylko przez chwilę). Niemniej pozostaję pod niemałym wrażeniem jej doboru. Nie wybierano największych sław, największych piękności, a jednak udało się stworzyć zespół idealny. Najmniej przypadła mi do gustu Sophie Lowe (Alicja), ale ciężko mi wybrać ulubieńca. Kreacje Michaela Sochy (Walet Kier), Emmy Rigby (Czerwona Królowa) czy Naveena Andrewsa (Dżafar) podobały mi się w jednakowym stopniu. Może Will odrobinkę bardziej, ze względu na oryginalność i akcent... ten akcent.
    Once Upon a Time in Wonderland przy pierwszym kontakcie nieco odrzuca efektami specjalnymi. Generowane komputerowo tła - na przykład labirynt wokół zamku Czerwonej Królowej czy otoczenie ścieżki, po której Will i Alicja wędrują na początku - nie zachwycają jakością wykonania. Nie wiem, na ile jest to zabieg celowy, podkreślający bajkowość serialu, ale uważam go za zły pomysł. Później, gdy akcja rozgrywa się w mieście, w zamku czy w lesie jest już lepiej, bo "plastelinowe" elementy nie rażą w oczy. Postać Białego Królika, także generowana komputerowo, wypada o niebo lepiej - i dobrze, bo uroczy zwierzak odgrywa w serialu dość istotną rolę.

    W serialu przez cały czas sporo się dzieje (choć niektóre elementy można by pominąć bez większej szkody), ale ostatni epizod to kumulacja wszelkiej akcji. Szkoda, że twórcy nie zdecydowali się na zwiększenie liczby odcinków albo lepsze rozplanowanie wydarzeń. (Poczytałam co nieco i dowiedziałam się, że serial zdjęto z anteny ze względu na marną oglądalność... POWAŻNIE?!) And They Lived... byłoby znacznie lepsze, gdyby przedstawione tam wydarzenia nie mknęły tak szybko. Twórcy szybciutko ukatrupili ciekawie zapowiadający się wątek, a ja miałam ochotę zawyć z rozpaczy. Niby domknięto ważniejsze wątki, ale chciałabym spędzić w tym uniwersum nieco więcej czasu.

    Once Upon a Time in Wonderland to porywający serial, w którym akcja, romans i przygoda mieszają się w zadowalających proporcjach. Scenarzyści bez wahania mieszali wątki, splatali losy bohaterów, zaskakiwali odbiorców. Szkoda, że nakręcono tylko jeden krótki sezon. Na szczęście jest jeszcze Once Upon a Time, za który zabiorę się w najbliższym czasie. Wam tymczasem polecam tę alternatywną wersję opowieści o tym, co czai się w Króliczej Jamie.
Ocena końcowa: 5+/6

Tytuł: Once Upon a Time in Wonderland (pl. Dawno temu w Krainie Czarów)
Reżyseria: David Boyd, Ciaran Donnelly, Paul Edwards, Billy Gierhart, Ralph Hemecker, Kari Skogland, Michael Slovis, David Solomon, Romeo Tirone, Ron Underwood, Alex Zakrzewski
Scenariusz: Jane Espenson, Zack Estrin, Richard Hatem, Adam Horowitz, Jenny Kao, Edward Kitsis, Rina Mimoun, Jan Nash, Adam Nussdorf, Jerome Schwartz, Katie Wech

Ilość odcinków: 13
Premiera: 10 października 2013 - 4 kwietnia 2014
W rolach głównych: Naveen Andrews (Dżafar), Peter Gadiot (Cyrus), John Lithgow (Biały Królik), Sophie Lowe (Alicja), Emma Rigby (Czerwona Królowa), Michael Socha (Will Scarlet / Waler Kier)
Oglądacie / oglądaliście Once Upon a Time albo Once Upon a Time in Wonderland? Bylibyście zainteresowani taką mieszaniną bajkowych opowieści?